Mniej więcej roku temu zachwyciłam się lekkością i wdziękiem „Kolorów miłości” Preethi Nair. Bardzo cieszyła mnie myśl, że na przeczytanie wciąż czeka, jeszcze goręcej wychwalane i polecane, „Sto odcieni bieli”. Znakomitym pretekstem do tego by w końcu zabrać się za lekturę okazało się kolorowe wyzwanie czytelnicze. Tak więc wczorajszy wieczór przeznaczyłam na czytanie Nair i przyznać muszę, że tym razem nie jestem aż tak oczarowana jak miało to miejsce rok temu…
Co nie zmienia faktu, że „Sto odcieni bieli” czytało mi się przyjemnie i w dodatku z nieuchronnie wzmagającym się apetytem. Uwielbiam indyjskie smaki, a pieczołowite opisy kuchennych rytuałów tudzież (o zgrozo!) ich aromatycznych efektów aż za skutecznie wiercą dziurę w żołądku. Ale powieść Nair na szczęście to nie tylko gotowanie, choć można je spokojnie uznać za motyw przewodni „Stu odcieni bieli”, ale również całkiem przyjemne obyczajowe czytadło, powiedziałabym, że magiczne acz mało odkrywcze, sprowadzające się do jakże miłej dla podniebienia tezy, że odpowiednio przygotowane potrawy są lekarstwem na każdy problem.
Tych kłopotów zresztą Nalini ma całkiem sporo. Wyrwana ze swych ukochanych Indii, przeniesiona to chłodnej Anglii, w której czuje się obca i bezużyteczna i jakby tego było mało bez słowa wyjaśnienia porzucona przez wiarołomnego małżonka. Zostaje zatem sama z długami i dwójką małych dzieci, ale wtedy na scenę wkraczają życzliwy ludzi, którzy dyskretnie pomagają Nalini odbudować nie tylko wiarę w siebie, ale i życie w ogóle. Kluczem do szczęścia będzie kuchnia i magiczne przetwory, które mają moc rozwiązywania problemów. Zaś jedyną osobą, która nie chce tego dostrzec jest córka Nalini – Maja, druga narratorka, która nie może pogodzić się z rzekomą śmiercią ojca i nie chce wybaczyć matce, że ta śmiała ułożyć sobie życie u boku innego mężczyzny.
Fabuła jest zaskakująco prosta i przewidywalna, a cały jej urok kryje się właśnie w owej prostolinijności, ciepłym przesłaniu i magii kryjącej się w zakamarkach kuchni. A czego mi zabrakło? Błyskotliwości i dowcipu „Kolorów miłości”, a i pary narratorek za nic nie byłam w stanie polubić. Irytowała mnie życiowa nieporadność i wiernopoddańczość Nalini, ale i arogancja i upór Mai. Nie mniej jednak godziny spędzone w towarzystwie Preethi Nair uważam za zupełnie udane, a i chętnie przeczytałabym kolejną jej książkę.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- Preethi good thing 24/08/2010
- „Kolory miłości” Preethi Nair 22/08/2008
- „Czas postu, czas uczty” Anita Desai 09/10/2009
- „Miłość za kilka włosów” Mohammed Mrabet 07/08/2009
- “Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków” Xiaolu Guo 01/03/2009
- „Tłumacz chorób” Jhumpa Lahiri 06/10/2008
- „Czekolada” Joanne Harris 20/11/2007










może następne będzie jakieś apetyczne wyzwanie czytelnicze?:)
Aromatyczne czytadło, tak wlasnie nalezy okreslic tę ksiazke. Poza tym przez te wszystkie kuchenne opary w niej buzujące, jest lektura znacznie lepsza na zime ;).
Krepinska to chyba musisz napisać Padmie :-)
Peek no masz :( Ale drugi raz to mi się tego czytać nie chce…
Mnie jakos nigdy Preethi Nair nie pociagala, sama nie wiem czemu, bo tego typu czytadla calkiem lubie. Moze po prostu za duzo ich na rynku? A moze boje sie, ze zrobilabym sie glodna i musialabym natychmiast wybrac sie na kolacje do indyjskiej restauracji? (a prawde mowiac juz sporo czasu minelo, odkad ostatnim razem jadlam cos indyjskiego, innego niz domowe indyjskie jedzonko).
Chihiro skłamałbym mówiąc, że mnie nie zaskoczyłaś :-) Myślałam, że książki Preethi Nair bardzo dobrze znasz. W każdym razie mogę Ci je szczerze polecić, a po „Kolory miłości” wizyta w indyjskiej knajpie nie jest konieczna :-)
Tą muszę kiedyś pzeczytać!! Jest na mojej liście.
Bo poprzednia bardzo mi się podobała.
zosik: eee, drugi raz to tego czytac sie nie da, ale na chłodniejsze i deszczowe dni lata tez moze byc ;)
Judytta mi poprzednia jednak dużo bardziej niż ta :-)
Peek pewnie, że może być :-)
zszukałam się swojej recenzji na jej temat, bo pamiętałam, że oczywiście czytałam (piszę oczywiście, bo był czas, kiedy czytałam wiele ukazujących się na naszym rynku książek autorek z Indii pochodzących), ale nie znalazłam. I odkryłam, że jest, ale tylko na biblionetce, potem przeniosłam swoje recenzje na blog najwyraźniej;)
Chiara ja nigdy nie czułam potrzeby pisania tekstów na B-netkę. W sumie to posiadanie blogu mnie tak dyscyplinuje, ale wcześniej nie czułam żadnej motywacji, żeby regularnie coś tam pisać.
a ja zaczynałam blog od zupełnie innej zasady, niż teraz, a biblionetka na tyle mi się podoba, że tam pisałam…potem zaczęłam na blogu i od tej pory tam już nie piszę.
miło czytać o tej nutce optymizmu, bo mnie też podobała się ta książka :)