Susan Hill to podobno jedna z bardziej cenionych brytyjskich pisarek, ale jeśli jest tak bardzo ceniona, jak jej „Ludzie czystego serca” trzymający w napięciu, to cóż rzec mogę… w szkole raczej nie byłaby prymuską.
Znana jestem z mego chaotycznego podejścia do czytanych cykli, w czym udatnie pomagają mi nasi rodzimi wydawcy (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam wydawnictwo W.A.B.), ale po raz pierwszy w całej mej czytelniczej karierze poirytował mnie fakt, że nie zachowałam oryginalnej kolejności! Z takim na przykład Mankellem nigdy nie było większego problemu, nawet czytając według sobie tylko znanego, dość przypadkowego, klucza nigdy nie trapiło mnie poczucie, że właśnie odbieram sobie przyjemność czytania wcześniejszych chronologicznie tomów. Natomiast w przypadku Susan Hill z każdą kolejną stroną coraz głębiej byłam przekonywana o tym, że trzeba było czytać po bożemu z zachowaniem oryginalnej chronologii. Hill bowiem ma nieznośną manierę uporczywego powtarzania i przypominania co wydarzyło się w poprzednim odcinku, więc nawet jeśli za pierwszym czy drugim razem puściłam mimo uszu precyzyjny opis kto i dlaczego zabił książkę temu, o tyle po kilku – kilkunastu powtórkach co do jednego pewna być mogę – pierwszej części cyklu z Simonem Serraillerem czytać już nie muszę, ale to nie jedyny powód, dla którego dalszą znajomość z panią Hill raczej sobie odpuszczę.
Każde dziecko wie, że dobry kryminał = trzymający w napięciu kryminał. W „Ludziach czystego serca” napięcia jest tyle co kot napłakał. Może i nawet dosyć interesująca intryga kryminalna została rozmyta kosztem pieczołowitych, wielowątkowych opisów z życia angielskiego sennego miasteczka tudzież kolegów, kuzynów i pociotków inspektora Simona Serraillera. Przy czym od razu zaznaczam, że prowincja w ujęciu Hill do pięt nie dorasta, ba nie ma nic wspólnego z rozmachem Caroline Graham. Uczciwie rzecz ujmując kryminalna intryga jest tu bonusem do rozwlekłych scenek z życia miasteczka, które jako żywo przypominają serialowego tasiemca: na chwilę wpadamy do danej postaci (a będzie ich tu koło dwudziestki), sprawdzamy jak się czuje i co porabia, koniecznie trzeba coś wtrącić o toczącym się śledztwie i gotowe, możemy przenieść się do kolejnej osoby. Postać Serraillera, który powinien spajać tą gromadkę i swym aktywnym działaniem popychać akcję w przód, jest mdła i bez wyrazu. To zamknięty w sobie odludek, postać zgoła nieciekawa.
Susan Hill postawiła na pogłębiony rys psychologiczny. Drobiazgowo (moim zdaniem aż za bardzo) analizuje mroczną stronę ludzkiej psychiki. Skupia się na tym co czuje i myśli stadko jej postaci w obliczu zagrożenia zaniedbując intrygę, która ciągnie się i ciągnie bez większego znaczenia aż do głęboko rozczarowującego finału, który bynajmniej nie stanowi rekompensaty trudu włożonego w brnięcie przez kolejne rozdziały. Poza tym Hill zostawiła sobie kilka otwartych furtek, które zapewne domknie w kolejnej części. Bardzo nie lubię takich zagrywek. Cykl cyklem, ale niech poszczególne powieści będą zamkniętymi całostkami.
Wyjątkowo ponura i ciągnąca się jak szpagat powieść. Pozostałe części raczej sobie odpuszczę.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Jestem królem zamku” Susan Hill 18/08/2009










Zosik coś brak Ci szczęścia przy ostatnich lekturach – nie wiem czy przyczyną tego jest faktycznie pech czy też, jak wydaje mi się w moim przypadku, wakacje, gorączka z nieba i ogólne rozleniwienie? Mam wrażenie, że wtedy mózgi pracują od niechcenia i chłoną treść jak kaczka wodę (czyli nie chłoną) – coś bałagan u Hill? :-)
Pierwsza część jest zdecydowanie lepsza, po jej przeczytaniu zdecydowałam się sięgnąć po drugą. Druga jednak mnie wykończyła dłużyznami i podobnie jak ty, na niej zakończyłam znajomość z tą autorką…
pani Hill może przeczuwała, że kto zacznie od tego tomu, nie wróci do wcześniejszych, dlatego od razu wolała opowiedzieć, co było wcześniej ;)
Moni chyba faktycznie prześladuje mnie pech, ale na szczęście „Tak kochali Galicjanie” jest książką przecudną! :-)
Padma Twój komentarz odblokował mi jakąś klapkę w głowie. Byłam pewna, że o Hill czytałam na jakimś blogu, ale nie mogłam sobie przypomnieć kto i gdzie o niej pisał i teraz nagle eureka: To byłaś Ty! Zaraz sobie odszukam ten wpis na Twoim blogu. Szkoda, że zaczęłam czytać od dwójki, bo teraz nawet jeśli jedynka jest lepsza to już fun nie ten czytać kryminał, w którym wcześniej wiadomo jak się kończy. Cóż, jak pech to pech. Niech będzie to dla mnie nauczka, żeby cykle czytać chronologicznie.
Marcin Ty złośliwcze ;-)
Pogłębiony rys psychologiczny jest dobry, jeżeli idzie w parze z dynamiczną akcją, ogromnym napięciem i podekscytowaniem.
Podobają mi się kryminały, które pomimo jakiejś ciągłości, pomimo dopasowania do pewnego cyklu mogą być czytane wg indywidualnych zachcianek. Nie znoszę chronologii, jakiś „dalszych” bądź „wcześniejszych” części. Nie pasuje to do kryminału, jako gatunku, bo nie pozostawia czytelnikowi wyboru.
A ja lubię mieć wybór :)
Dlatego Panią Hill raczej ominę z daleka.
Pozdrawiam.
Udało Ci się obrzydzić mi ten cykl,a nie mam chyba ochoty, na złość Tobie, odmrozić sobie uszów i przekonać się,że może nie jest taki zły jak go malujesz (a pewnie jest – w tym momencie powstrzymuję się od nazwania Cię wyrocznią delficką). Coś miłego żeby przełamć złą passę,coś miłego..hmm…najciemniej po latarnią – właśnie skończyłam czytać „Dom na Kresach .Powrót” Philipa Marsdena, jeśli podobała Ci się „Lala” to to pewnie też Ci się spodoba. Jak się zbiorę to napiszę recenzję,ale jest tak gorąco,że po prostu narazie mi się nie chce:)
Może przemknę dziś cieniem, od drzewa do drzewa, i rozerwę się w księgarnii – czyt.może niedlugo jakiś stosik:)
Claudette mogę się podpisać pod Twoim komentarzem obiema łapkami :-)
Krepinska mym zamiarem nie było go obrzydzac, tylko trochę skrytykować, ale strasznie fajnie, że myślisz o mnie jako o wyroczni :) Choć z drugiej strony to tak wielka odpowiedzialność, że nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradzę.
;) dobre :) do pominiecia – pamietaj mary pamietaj – nie siegaj po to !!!
Mary hihi :-)
A mi z kryminałami jakoś w ogóle nie po drodze. Co prawda serię Marka Krajewskiego pochłonęłam, ale to raczej nie ze względu na ciekawą intrygę kryminalną, a raczej ze względu na całą otoczkę: przedwojenny Wrocław, cynicznego Mocka, mroczny klimat…
Mi Krajewski niespecjalnie podszedł co szczerze przyznaję, choć nie wykluczam, że jeśli nadarzy się okazji przeczytam coś jeszcze.
Czytałam tą książkę i powiem ci że.. Susan Hill jest jakaś inna odnośnie jej książek.Lubię rys psychologiczny ale też miałam takie dziwne odczucia.
Przejrzałam inne tytuły Hill i raczej jej nie przekreślam Judytto. Kilka brzmi naprawdę zachęcająco choć nie mam na myśli cyklu z Serraillerem.
Zosik moja droga, nie chcę się narzucać, nie zobaczę Twoich odpowiedzi na łacuszek? przepraszam ok, może nie lubisz to rozumiem … ale wiesz tak z ciekawości pytam, bo fajnie tak się poznaje ludzi ;-))… a może nie mogę ich znaleźć?
Moni musiałam gdzieś przeoczyć Twój komentarz ;-) Odpowiem na Twoim blogu, OK?
DZIĘKUJĘ ZOSIK :-))))
You welcome Moni :-))