“Tak wyszło” Amelie Nothomb
Najnowsza powieść Amelie Nothomb jest szalenie filmowa, ale i aż nazbyt ugładzona.
Maksymalne skondensowanie myśli i przekora – to dwa znaki rozpoznawcze belgijskiej pisarki i o ile nie sądzę abyśmy dożyli chwili, w której Nothomb uraczy nas czymś dłuższym niż 200 stron, o tyle tej charakterystycznej niesforności w “Tak wyszło” jest jakby mniej. Tym razem bowiem Amelka, nawiasem mówiąc nie mam pojęcia dlaczego piszę o Nothomb z takim pobłażaniem, wzięła na warsztat kwestię gry z tożsamością, pomysł zresztą miała jak zwykle bardzo błyskotliwy, ale jego rozwinięcie już jakby nieco rozczarowuje.
W mieszkaniu Baptiste’a umiera nieznany mu mężczyzna. Dziwnym trafem ów mężczyzna, Olaf, swą fizis przypomina Baptiste’a, tyle że jest zdecydowanie zamożniejszy i w związku z tym musi wieść o niebo bardziej intrygujące życie. Możliwość stania się Olafem, uśmiercając przy okazji tożsamość poczciwego acz nudnego Baptiste’a, okazuje się pokusą zbyt silną by móc jej się oprzeć. Baptiste szybko odrzuca wszelkie moralne dylematy i wskakuje w skórę Olafa, o którym nie wie tak naprawdę nic poza tym, że ma jaguara i willę w Wersalu.
Nothomb tym razem nie zaskakuje, przekory w tej błahej bajeczce o zamianie tożsamości jest bardzo niewiele, to samo tyczy się ironii, od której aż kipi moje ulubione z “Pokorą i uniżeniem”. Znamienny jest już sam tytuł – “Tak wyszło” właśnie tak jakoś pisarce wyszło przy czym “jakoś” będzie tu słowem kluczowym, bo tym razem Amelie Nothomb ani nie pozostawiła mnie z rozdziawioną ze zdziwienia gębą, ani z tematem do przemyślenia. Wiem, że po jej pisarstwie można spodziewać się dużo, dużo więcej.
Wypadek przy pracy? Pisarskie wypalenie? W każdym razie spore rozczarowanie. Mimo wszystko lepszy byłby z tego scenariusz.
Ocena: 





Na szczęście w zanadrzu wciąż mam sporo starych Nothombek :-)









eeeee znowu? co jest? czyżby wyglądało na to, że – na szczęście- zaczęłam od jednych z lepszych książeczek Amelie? Trochę mnie to zaniepokoiło i zraziło do Nothomb bo wypadek przy pracy to to nie był, no chyba, że takie wypadki zdarzają jej się częściej (patrz “Sabotaż miłosny”) I w co tu teraz “ręce włożyć”, które ominąć, a które czytać :-)???
Na pewno “Z pokorą i uniżeniem”, a i pozostałe dwie, które czytałam (“Kwas siarkowy” i “Metafizyka rur”) są godne polecenia. Tą bym sobie odpuściła. Nie powiem, żeby lekturą była stratą czasu, bo przy takim maleństwie (110 stron) trudno mówić o stracie, ale jednak znam lepsze Nothombki.
Sam pomysł kojarzy mi się z “Utalentowanym panem Ripleyem”.
Dzięki, skorzystam z podpowiedzi :-) i odwdzięczam się dwoma tytułam, które stratą, nawet krótkiego, czasu nie bądą : “Słownik imion własnych” oraz “Krasomówca”
Nutto skojarzenia jak najbardziej słuszne. Po prawdzie Ripleya znam tylko z filmu, ale faktycznie pomysł jest bardzo, bardzo podobny.
Moni dzięki :)
[...] miała jak zwykle bardzo błyskotliwy, ale jego rozwinięcie już jakby nieco rozczarowuje. Przeczytaj całośćTagi: recenzja książki Dodaj do ulubionychWyślij znajomemuZgłoś naruszenie regulaminuDodaj do: [...]
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Nocna zamieć" Johan Theorin
przy łóżku "Pokonani" Iriny Głowkiny - wciąż, bo czyta się świetnie, ale powoli ;-)
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane