„Na ustach grzechu” Magdalena Samozwaniec
Nieśmiertelna klasyka polskiej grafomani pióra Heleny Mniszek (w wydaniu, którego jakość idealnie współgra z wartością tej „prozy”) wciąż czeka na mej półce na odpowiedni moment (a czy taki kiedykolwiek nadejdzie to już zupełnie insza inszość), ale wydaje mi się, że nikogo już nie zdziwi, że do czytania różnych cykli zwykłam zabierać się według sobie tylko znanego klucza: zazwyczaj od końca, a w najlepszym razie od środka. Przypuszcza zatem, że nikogo nie zaskoczy, że przygodę z „Trędowatą” zaczęłam od jej parodii pióra jedynej w swym rodzaju Magdaleny Samozwaniec, która zresztą tą brawurową farsą debiutowała w świecie prozaików.
Książeczkę podsunęła mi koleżanka z pracy mówiąc: przeczytaj, to ci się na pewno spodoba. I faktycznie, miała rację. „Na ustach grzechu” bowiem to wyborna porcja satyry, dziełko w sam raz, pełne błyskotliwych językowych gierek cudnie parodiujących piętrową (grafomańską) metaforykę i ckliwość pani Mniszek, opowieść o tragicznej (a jakże!) miłości czy może lepiej o tragicznym afekcie urodziwej i szlachetnej Steńki Doryckiej z Doryc i zubożałego hrabicza Zenona. Ona nie może być z nim, bo urodzona jest zbyt nisko, on nie może być z nią, bo musi ratować podupadłe finanse rodziny poprzez małżeństwo z zamożną acz upiorną baronównę Świdrypajło. Tak, tak, jak łatwo przewidzieć wszystko zmierza ku dramatycznemu finałowi…
Na naiwność opowiastki litościwie spuśćmy zasłonę milczenia (dość powiedzieć, że trąci myszką na kilometr), wszak nie ważne jest to, co napisała Samozwaniec, a jak to napisała. Językowe żarty są bowiem wyśmienite, a zachowania arystokracji są tyleż nieprawdopodobne, co zabawne, z czego zapewne doskonale zdawała sobie sprawę Magdalena Samozwaniec trawestując wszystko to co w swym nieszczególnie lotnym umyśle stworzyła Mniszek. Chciałabym Wam zacytować jakiś najbardziej reprezentatywny fragmencik, ale tak na dobrą sprawę takiego nie ma. Musiałabym przepisać całe „Na ustach grzechu”, bo każde zdanie jest tu małym mistrzostwem satyry.
Ot choćby to:
Gdy Steńka, zmęczona zapasami ze swawolnym ptactwem, poszła spocząć wśród szumowin lasu, ten ostatni był jeszcze wilgotny jak świeżo scałowana dziewczyna wiejska. [s.81]
Albo taki oto piękny opisik przyrody:
Był to świt przeciągle bolesny jak śpiew bociana. Siwa mgła – osmętnica mamrotała swym zjadliwym wyziewem świat w jakąś starą tucz, w której migotały tu i ówdzie kropelki wody, zwane przez cudzoziemców dżdżem. [s. 75]
Nie, zdecydowanie nie jest to dzieło wielkie, ani tym bardziej coś co każdy znać powinien, ale wedle uznania zgrzeszyć i pośmiać się z nim można.
Ocena: 














Uwielbiam Twoje recenzje. Obserwowanie tego bloga zaowocowało rosnącą stertą wydruków (książki do zapoznania się) na moim biurku.
No to teraz wiem, po co mam się wybrać do biblioteki. Będzie co czytać do kolacji, po bardzo żmudnym dniu w redakcji (już nie czuję, jak rymuję).
Jeszcze raz dzięki za sięganie po literaturę indyjską Trudno ją czasem dostrzec w tej masówce popkulturowej.
:)
Pozdrawiam
Azja
Azja dzień dobry! :-) Cieszę się, że stosik lektur rośnie! Po indyjską literaturę chętnie sięgam, ale raczej taką multikulti niż stricte indyjską. A cóż to za redakcja, w której pracujesz :> Czyżby w wydawnictwie?
W sumie oryginał pani M. też jest niczego sobie, jeżeli chodzi o zabawną stronę książki :) ta kobieta po prostu sparodiowała samą siebie tekstami w stylu „Waldemarowi zmysły wypełzły na usta”. Czytałam „Trędowatą” dwa razy i oba cieszyły mnie niesłychanie, prawie płakałam ze śmiechu w niektórych momentach. Oczywiście tragizm tej historii również dostrzegam ;)
A do Magdaleny Samozwaniec zraziłam się potwornie próbując przeczytać przed laty jej książki o Pawlikowskiej „Maria i Magdalena”, a potem „Zalotnicę niebieską” i poległam w obu, bardzo mi się ta pisarka nie spodobała.
Ach Samozwaniec, Samozwaniec jest dobra na wszystko, zwłaszcza na takie ponure dni lata, jak te ostatnie ;)
uwielbiam Samozwaniec, ale i tak najbardziej uwielbiam jej autobiografię o życiu jej rodziny i jej siostry…
Liritio no masz, a mi się wydawało, że „Zalotnica niebieska” musi być czymś fajnym, już sam tytuł szalenie kokieteryjny i obiecujący. „Trędowatą” znam tylko z tych dwóch najwcześniejszych adaptacji kinowych (pierwsza z lat dwudziestych, druga z trzydziestych) i marzę o tym by w końcu móc się zapoznać z kwiecistą metaforyką pani Mniszek.
Peek masz rację :-)
Chiara, a jaki to to ma tytuł?
to ja może podpowiem za Chiarę – „Maria i Magdalena”. Fantastyczna książka; do mnie „Na ustach grzechu” jakoś nie trafiło, nabyłam kiedyś Babci na urodziny, ale chyba to wrodzona awersja do pastiszy wszelakich ;-)
Dziękuję Zosiu :-)
Zosia ma rację, „Maria i Magdalena” ale również „Zalotnica Niebieska”.Obie ogromnie polecam.
Chiara :)
Zosiku swoim postem wzbudziłaś moje zainteresowanie tą autorką.
Ha Ha… A u mnie na blogu niespodziewanie też dyskusja nad niewygodnym przesadzonym stylem, ale swoja drogę… to te fragmenty zapowiadają faktycznie ucztę. Narobiłaś mi smaka na tę powieść siostry Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nie ma co
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane