Czytanie nie równa się czytaniu?
Krytycznym wpisem na temat nieszczęsnej „Wpadki” Rebeki Eckler (przy czym możemy mówić o dwóch wpadkach: tej związanej z posiadaniem dziecka i tej literackiej) wywołałam niechcący małą burzę i święte oburzenie, zupełnie jakby czytanie chick lit, ba pokusiłabym się nawet o generalizację, popularnej literatury w ogóle było jakąś wstydliwą przypadłością, czymś w rodzaju, wybaczcie barwne porównanie, hemoroidów, które w pewnym wieku posiada niemal każdy, ale niechętnie się do tego przyznaje. Zresztą tu się rodzi zabawny paradoks, jako że czytanie uchodzi za jedną z najbardziej nobliwych form spędzania wolnego czasu, ale czy czytanie Manna, Dostojewskiego, Pamuka albo Jelinek jest czynnością na równi nobliwą, jak obcowanie z prozą Kinga, Cobena, Kalicińskiej czy innego sprawnego rzemieślnika pokroju J.L. Wiśniewski? I czy można żyć tylko literaturą z najwyższej półki? Moim zdaniem nie. Dlatego z powątpiewaniem spoglądałam na kolegów ze studiów, którzy upierali się, że oglądają tylko Tarkowskiego i Angelopolusa i niczym poniżej ich się nie skalali. Jest w tym jakaś ukryta hipokryzja, bo tak się nie da moim mili. Perły i w gnoju się zdarzają i proszę się tu nie krygować, że jest inaczej. I mi, jako prawdziwemu nałogowcowi w dziedzinie pochłaniania literek, zdarza się niestety czytywać przypadkowe tytuły, bo z uzależnieniami już tak jest, że najlepiej jest obcować z towarem prima sort, ale jak kogo przyprze to nie pogardzi i działką najniższego gatunku… Ta gatunkowa i jakościowa różnorodność jest zresztą czymś z czym nigdy nie miałam najmniejszego problemu. Uwielbiam popkulturę i z lubością czerpię garściami inspiracje, również z jej eklektyzmu.
Czy czytanie horrorów, chick-litów, romansów albo sensacyjnych bzdur jest nobliwe? Nie. A zatem czy warto, jak zauważyła Vampire_Slayer, robić sobie pasztet z mózgu? Od czasu do czasu tak, bo po takim pseudoliterackim tworze prawdziwa, wartościowa literatura smakuje o wiele, wiele lepiej.
I to zasadniczo wyczerpuje to, co mam do powiedzenia w tym temacie. Spodziewajcie się wkrótce recenzji „Katonieli” :-)
[Edit] Moi drodzy! W końcu, po długim okresie wzajemnego poklepywania się po ramionach i dopieszczania ego, udało mi się Was sprowokować do dyskusji! I to jakiej ciekawej. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie głosy. Mam wrażenie, że w tej debacie nie ma złych argumentów ;-) Na komentarze odpowiem, na pewno, ale gdy będę mieć jakąś dłuższą spokojną chwilę.









No to się narobiło ;) Podpisuję się pod ostatnim zdaniem środkowego akapitu.
Poza tym przecież ludzką rzeczą jest błądzić… ;)
Hmm, nie jestem pewna. Im jestem starsza tym bardziej szkoda mi czasu. Chick-lit nie biorę do ręki z zasady. Kilka donrych lat temu przez przypadek przeczytałam książkę Grocholi, niedawno książkę Weiner i wiem, że to nie dla mnie. Jeśli mam ochotę na coś lekkiego, to wolę islandzki kryminał. Z filmami też tak mam – zwyczajnie szkoda mi czasu. Ostatnio obejrzałam pierwszych 15 minut „Twistera” i wyłączyłam. Nie dałam po prostu rady. Mnie to zwyczajnie nie odstresowuje, tylko denerwuje.
Net.a.a ;-)
Aniu, o to ja się Grocholą nie pokalałam i nie sądzę, aby to kiedykolwiek nastąpiło. Te wszystkie babskie czytadła pisane ku pokrzepieniu serc to zdecydowanie nie moja bajka. Poza tym pod etykietką „literatura popularna” umieściłabym również kryminały, a zatem w sumie wszystko sprowadza się do tego, że najwyższą półką żyć się nie da i odskocznia od niej jest wskazana, choćby po to, aby do szczętu nie zgłupieć. Może się mylę?
Tak też myślę, tylko że właśnie ja bym z chit-litem nie wytrzymała a kryminał jednak przeczytam i to chętnie. Samą górną półką zdecydowanie nie potrafię żyć, nie ma szans. Dla mnie dobra odskocznią jest też DF i WO.
Ja wiele lat temu (10 i więcej) skalałam się Grocholą, Wiśniewskim i Coelho. Wystarczyło na całe moje literackie życie.
Najprawdziwsze dla mnie zdanie to to, że będąc nałogowcem czasem czyta się to, co nam akurat wpadnie w ręce (a bywają to rzeczy dziwne). Z reguły staram się wybierać tylko takie tytuły, które uważam za potencjalnie dobre (ale np. jestem wierną wielbicielką fantastyki, a poza kilkoma chlubnymi wyjątkami nie jest to literatura z najwyższej półki, jak zresztą jest chyba z większością, jeśli nie każdym gatunkiem). Mimo to zdarza mi się przeczytać coś, co ktoś pożycza mi wraz z entuzjastyczną recenzją, czego normalnie nie wzięłabym do ręki. Tak było z tym nieszczęsnym „Czymś pożyczonym” i wieloma książkami z „fantastycznej” półki – czasem dzięki temu natrafiłam na coś wartościowego, czasem wynudziłam się śmiertelnie, różnie bywało. Jest dużo prawdy w tym, że szkoda czasu na badziewie, z drugiej strony pewna elastyczność daje nam szansę na znalezienie ciekawej książki nawet z nielubianego gatunku. Tak mi się wydaje :)
Taki Pennac w „Jak powieść” udowadnia nader prostymi słowami, że ogólnie czytanie nie jest obowiązkiem i nie należy pogardliwie spoglądać na kogoś, kto w ogóle nie czyta, bo nie lubi.
Naprostował mnie trochę, dlatego też bardzo dobrze Cię rozumiem.
Zosik, ależ oczywiście! Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Każdy czasami musi zrobić sobie sieczkę z mózgu. Nic już nie piszę, bo wszystko świetnie ujęłaś.
Po moich [Przeczytanych] widać, że u mnie litpop zwycięża, ale żebym się z tego powodu czuł czytelnikiem drugiej kategorii? Absolutnie nie. Co więcej, choć zwykle nie wracam do książek już przeczytanych, mam zamiar zrobić wyjątek dla chicklitu (nie wiem czy dobrze), czyli dla „Przyjaciół” Marty Madery :D
jestem za większością! Zosik Twój wpis przypomina mi przypadek Pana Wojtka C., który to był moim „sąsiadem” w autobusie służbowym. Pan ten czytał tylko AMBITNĄ (w jego mniemaniu) literaturę – choc czytał to za wiele powiedziane bo przez ponad rok „siedzenia” obok tego Pana ani razu nie widziałam jego z książką! Za to każda pozycja, którą ja wlokłam ze sobą (wlokłam – tak bo poczytac nie dał – no chyba, że zasnął) była komentowana. O zgrozo! Nie przytoczę w jaki sposób – możesz sobie wyobrazic ten ironiczny uśmieszek w stylu Woody’ego Allena?! Myślę, że temu Panu przydałoby się poczytac (jeśli już) trochę przysłowiowej sieczki, zrobic pasztet z mózgu – on był zamknięty na świat albo też zamknięty w swoim świecie? Kiedyś miałam taką myśl, żeby zaproponowac jemu „Życie podziemne mężczyzny” !!!!! … nie zdążyłam! Szczęście moje jak i Pana Wojtka C. – znalazł on o niebo lepszą pracę!! Ja cieszyłam się jego szczęściem i swoją wolnością wyboru!
Oj tam, wiadomo doskonale, że nie da się funkcjonować ciągle na najwyższych obrotach i „czasami człowiek musi, inaczej się udusi” ;)) dobrze jest więc co jakiś czas upuścić sobie trochę powietrza dla zdrowia choćby i dobrego samopoczucia, chociaż wiadomo też, że są książki lekkie gorsze i lepsze :)
ja się odprężam przy kryminałach i seryjnych zabójcach, na opowieści głupich pańci szkoda mi czasu, ale przecież nie strzelę kogoś w łeb tylko dlatego, że ma odwrotnie ;)
Nie czytam samych ‘ambitnych’ dziel jak i nie ogladam tylko takich filmow. Ale nie uwazam tez, by sam fakt czytania byl czyms nobliwym. Kazdy czyta to, na co ma ochote, nie oceniam. Kazdy jest na innym poziomie rozwoju emcjonalno-intelektualno-duchowym i fakt, ze Coelho moze nie wnosic do mojego zycia nic nowego, nie znaczy, ze ktos nie ma prawa dostrzec w nim jakiejs prawdy dla siebie. Ja z kolei nie dorastam tym, ktorzy zaczytuja sie Joycem i wierszami futurystow. Nie czuje sie ani lepsza od czytelnikow Coelho ani gorsza od czytelnikow Joyce’a. Czytam co czytam i nikomu nic do tego.
Ale tez tak naprawde nie uwazam sie za uzalezniona od czytania. Nie pochlaniam ksiazek, od kilku lat srednia roczna wynosi ok. 80 ksiazek, co wcale tak duzo nie jest. Wybieram raczej jakosc (stosujac moje kryteria) nad ilosc i po prostu na pewne ksiazki potrzebuje wiecej czasu, by je przetrawic w spokoju, nie moge sie wtedy rozpraszac i zaraz po skonczeniu siegnac po cos nowego. Czasem trzeba odczekac kilka dni nim wezmie sie cos nowego do reki. Czytam tez sporo artykulow w dobrych gazetach, ktore absorbuja rownie mocno co ksiazki, czytam recenzje, wymagajace skupienia, wiec nie starcza mi juz sily na czytanie ‘wszystkiego, co mi w rece wpadnie’.
A pop-kulture tez lubie, rozne jej wydania, byle cos nowego pomoglo mi poszerzyc horyzonty. Bo nie lubie stac w miejscu, takze w kwestii literatury.
Pozdrowienia sloneczne :)
:)
każdy z nas jest hipokrytą.
po trosze
każdy z nas czyta co chce, kiedy chce.
to tak jak z muzyką „nie cierpię Feel ale znam wszystkie piosenki i nucę pod nosem”.
pozdrawiam
a ja czytam po prostu to co mi się podoba. nie jestem zawodowym recenzentem, ani nie mam zamiaru byc, wiec wolę sie zachwycac niz krytykowac.
a najbardziej śmieszy mnie kiedy ktoś męczy ksiazke którą ponoć ‘WARTO” przeczytać, a która kompletnie mu nie podchodzi – i do tego mówi że „zajebista, oj tak, warto!!!’ ;)))))
Oj tam, przejmujesz się nie wiem czym :-) Czytam różne rzeczy, mniej lub bardziej ambitne, o każdej coś tam piszę – też mniej lub bardziej ambitnie. I generalnie resztę mam gdzieś :-)
No Zosik gratuluję pomysłu na „wszczęcie tej bezkrwawej bitwy na argumenty” :-) udało Ci się pobudzic nasze ospałe przez pogodę mózgi ;-)
Takie odmóżdżanie od czasu do czasu z pewnością nie szkodzi. Nie można żywić się samym kawiorem, chleb ze smalcem okazyjnie jest równie smaczny. Większa ilość tego typu lektur wywołuje u mnie rozdrażnienie.
Nie do konca zgadzam sie z Mary. Dla mnie czytanie nie jest tylko i wylacznie rozrywka, czasem czytam trudniejsze w odbiorze ksiazki, bo lubie wyzwania. Czytajac tylko lekkie, przyjemne, nie wymagajace wysilku lektury szybko usnelabym z nudow i zakurzenia komorek mozgowych. Akurat mnie trudnosci napotykane w trudniejszych ksiazkach sprawiaja przyjemnosc, lubie jak pobudzaja nowe emocje, zadaja nowe pytania, a szczegolnie te natury etycznej. I szczerze mysle, ze czasem warto przez cos przebranac, nawet jak troche boli po drodze, bo nigdy sie nie wie, jaka nagroda czeka na koncu… Stanie w miejscu (takze literackim) oznacza cofanie sie. a mnie rozwoj siebie cieszy i sprawia duzo radosci :)
Ja bym bynajmniej nie stawiała na równi Kinga z Kalicińską. On jest bardzo dobrym pisarzem, a ona (z tego co słyszałam) grafomanką. Poza tym, to nie gatunek czyni daną książkę bezwartościową tylko pisarz. Nie wiem, skąd wzięło się pojęcie, że czytanie horrorów jest czymś mniej nobliwym. Począwszy od pierwszych utworów grozy mamy kilka arcydzieł.
Co do pop kultury to się zgodzę, że jako fenomen jest ciekawa. Często zagłębiam się w filmy, seriale, czy książki z czystej ciekawości, czemu są tak popularne.
chichiro
chyba nie do konca jasno sie wyraziłam. Dla mnie rozwój własny jest cholernie ważny i ja np wole sie skupic na czyms ambitniejszym co sprawia ze sie i rozwijam i jednoczesnie daje mi jakis w sposob rozrywke.Moze nie do konca jasno okreslilam o co mi chodzi. Otóż:
generalnie mialam na mysli pewne osoby ktore znam, ktore nie znoszą tak naprawde czytac ale robia to bo wypada, bo trzeba wymienic jakis tytuł w towarzystwie, bo jakis autor jest modny. A tak naprawde maja to w dupie. Wola po raz nty obejrzec koło fortuny.
Tyle w tym temacie.
Ja akurat jestem pasjonatka ksiazek, i raczej nie traktuje ich jako tylko i wyłacznie głupich odmóżdżaczy. No.
Ja tam lubię książki sensacyjne, romanse też czytam a kiedyś to dośc mocno zaczytywałam się w Danielle Steel a także kocham kryminały a to też ktoś może powiedzieć że lektura niższego lotu.
Akurat na pozycję o której pisałaś w poście niżej „Wpadka” jakoś nie mam ochoty więc się nie wypowiadałam w tamtym wątku ale czytałam np. Giffin „Dziecioodporną” a to też lektura z bardziej lekkich.
My chyba zbyt bardzo się przejmujemy to co czytamy.
przeczytałam trzy tomy „Zmierzchu”. Sklasyfikujcie mnie odpowiednio : D
zosia – jeśli chodzi o Zmierzch, to ja przeczytałam 2/3 pierwszego tomu z powodu fajnej, czarnej okładki. Niestety fajność okładki nie zdołała mnie utrzymać przy lekturze, a to z powodu tego, że w tej książce wszystko już kiedyś było. Dlatego właśnie nie lubię chick-lit, bo nie zaskakuje fabułą, a ja w książce szukam właśnie czegoś niespodziewanego. Za to lubię czytać kryminały, bo w każdym zabija kto inny, trochę inaczej i z innego powodu :)
A ja się ubawiłam przednio przy nawracających opisach marmurowego ciała Edwarda, „Jak spod dłuta Michała Anioła”. Takie egzaltowane opisiki są jak balsam dla umęczonego mózgu maturzysty. I dla innych też. Moja Mama doktorantka ostatnio rzuciła: „Skocz mi proszę do biblioteki po tę nową Szwaję, albo inne takie lekkie, byle za mądre nie było”.
Pisało się kiedyś pracę na olimpiadę filologiczną o perspektywach feministycznych w literaturze, o teorii istnienia książek dla kobiet i książek dla mężczyzn, słowem – kobiety czasem potrzebują chick-lit, ale też panowie gustują w tych wojenno-mechanicznych cudach. Kryminały też są dobre. Albo prawnicze. Jest jednak dużo i w miarę ambitnych, i w miarę lekkich – taki na przykład Grisham. Może niespecjalnie głębokie, ale jak językowo błyskotliwe, ale ile relaksu z czytania.. Wybieram więc raczej takie półśrodki, by ani za głupio nie było, ani za ambitnie – podziwiam Mamę za panią Szwaję, bo ja nie byłam w stanie zmęczyć. Nie obrażając oczywiście pani Szwai ;) dwie pierwsze przełknęłam.
Ciekawie… bardzo ciekawie podąża dyskusja :) Jeszcze trochę i od jutra zacznę czytać „harlekiny” :) Komentarz Chihiro wyjątkowo bliski memu sercu… A ja się trochę powymądrzam ;) i powiem, że konkluzja będzie taka: należy starać się wszystkiego w życiu spróbować… ale do „harlekinów” mnie nie przekonacie ;)
ja chciałam coś tu napisać i trzeci raz kasuję komentarz, który popełniłam…co oznacza, że prawdopodobnie nie powinnam nic pisać.
Ale ci, którzy zaglądają na mój blog wiedzą,że czytam raczej książki, nazwijmy to „popowe”. A sądzę tak po tym, że w porównaniu do tego, jakie dyskusje toczą się na innych blogach książkowych u mnie w recenzjach na ogół jeśli, to pojawia się dosłownie parę komentarzy, co pewnie oznacza, że czytam nie najambitniejszą literaturę;)
Z pozdrowieniami.
Chiaro, jakby przeliczać wartość książki na ilość komentarzy pod recenzjami, wyszłoby, iż moje czytanie to lektury prawie dna :-)
Jarek, może z kolei jest tak ambitnie, że w dyskusji bierze niewiele osób;) A na serio, to faktycznie pewnie nie ma sensu zastanawianie się nad liczbą komentarzy, ale parę razy napisałam coś tak od serca, czekałam aż się rozwinie rozmowa, a tu prawie nic…za to pod wpisami, którym nie dałabym za wiele komentarzy dyskusja aż furczy. Niezbadane są ścieżki blogowych komentarzy.
No, dobrze, objechaliście panią Szwaję, Wiśniewskiego i innych. Bynajmniej nie jestem ich zwolenniczką, bo poziom i język pani Szwai jest nie do przejścia. Ale przecież ktoś musi to czytać, skoro te książki się sprzedają i są wydawane nowe?
Aniu hihi ;-) w takim razie to musiał być jakiś gigantyczny akt desperacji. Dla mnie WO i DF to również dobra odskocznia, ale wynikająca raczej z potrzeby odpoczynku od czytania książek w ogóle.
Mandżuria to racja, że szkoda czasu na badziewie, ale i elastyczność w doborze książek bardzo się przydaje, choć ja przyznaje się, że w ogóle nie czytam fantastyki. Zupełnie nie moje klimaty.
Agnes ale można też w drugą stronę na osobę w ogóle czytającą książki patrzeć, jak na freaka, ktory marnuje oczy i czas na gapienie się w literki. Tak w każdym razie mi się wydaje choć ta postawa jest mi kompletnie obca.
Lilithin :-)
Bazyl i bardzo dobrze. Właśnie o to chodzi! O wolność wyboru tego co komu odpowiada. A „Przyjaciół’ Marty Madery nie kojarzę. Pisałeś o tym?
Moni po pierwsze „autobus służbowy” to brzmi bardzo tajemniczo i intrygująco. Po drugie przyznać rację Ci muszę, a Pan Wojtek C. (Cejrowski? ;-) zapewne to jeden z tych czytelniczych snobów, o których pisze Mary
Jeanne właśnie! Ładnie to określiłaś, że człowiek czasem musi sobie upuścić powietrza trochę. I żeby nie było mnie też najlepiej odprężają kryminały :] choć innymi popularnymi czytadłami również od czasu do czasu nie pogardzę. Rzadziej niż częściej, ale jednak nie będę kręcić i udawać, że tak nie jest.
Chihiro ależ Ty się moja droga rozpisałaś! W sumie dziwie Ci się, że nie uważasz czytania za „coś” nobliwego. Kiedyś z pewnością była to czynność bardziej dostojna, ale w chwili, gdy popkultura włada niepodzielnie niemal każdą dziedziną sztuki, trudno dzielić je na te, do sympatii których warto się przyznawać czy też nie. Zresztą tak zawsze było z kinem, które przecież zrobiło gigantyczny krok w przód. Na początku bowiem, jak zapewne wiesz, było uznawane za nawet nie sztukę, a prostą i niewymagającą rozrywkę dla spracowanych mas. Teraz już tak nie jest, ale czy chodzenie do kina uważa się za zajęcie bardziej szlachetne niż czytanie? Mimo wszystko szczerze wątpię. Zresztą obcowanie z literaturą, jakakolwiek by ona tam nie była, przydaje z miejsca poloru intelektualnego. Wszak w czytanie trzeba włożyć jakiś wysiłek intelektualny, poświęcić temu czas i to zdecydowanie w większej ilości niż na kino.
Mary tak, tak. Literackie snoby są nie do podrobienia. Co swoją drogą tylko potwierdza mą tezę, że czytanie jest czynnością szlachetną, daje pozory stanu duchowego, do którego warto aspirować choćby poprzez czytanie tego co jest na czasie.
Jarek ja się nie przejmuje ;-) Ja tu celowo mieszam, żeby wzbudzić trochę intelektualnego fermentu. Jak widać z całkiem niezłym rezultatem.
Aglod i niestrawność zapewne? Albo chociaż zgagę. Tak, trzeba znać w życiu umiar ;-)
Chihiro raz jeszcze – tym razem się z Tobą całkowicie zgadzam, że warto od czasu do czasu zadać sobie (czasem bardzo dosłownie!) trudniejszą lekturę, taką, która zadaje ważkie pytania miast podrzucać zbiór gotowych odpowiedzi. Zresztą w życiu nigdy nie jest wskazane, aby stać w miejscu. Książek też to tyczy.
Queen of the Grabs jesteś zbyt drobiazgowa, ale rozumiem rozsierdzenie wielbicielki, której idola postawiono w jednym rządku z jakimiś powieściokletami. Sęk w tym, że wymienione nazwiska posłużyły mi jedynie jako przykłady autorów literatury popularnej, trafiającej do bardzo szerokiego spektrum odbiorców. Twórców literatury, która nie wymaga specjalnego intelektualnego zaangażowania ma natomiast dostarczyć rozrywki i w tej funkcji znakomicie się sprawdza. Poza tym piszesz, że Kalicińska z tego co słyszałaś jest grafomanką, a może wcale tak nie jest? Może właśnie jest równie sprawnym literacko rzemieślnikiem jak King tyle, że każde w swoim gatunku. Ach i jeszcze horror horrorowi nierówny, cóż jeśli snobować się na znawcę literatury przy ich udziale raczej wypada znać Drakulę, Frankensteina, Poe. King to rozrywka, porządna rozrywka, ale niekoniecznie wielka literatura.
Juddyta może ociupinę, ale ja bym to raczej nazwała ryzykiem zawodowym. Prowadząc blog siłą rzeczy wystawia się swe czytanie pod publiczny osąd, również dobór lektur ;-)
Zosia hihi :) Ależ ja właśnie o tym mówię (piszę w sumie): czytadla to nie zło wcielone, a forma eskapizmu.
Alli sęk w tym, że literatura popularna wciąż i nieodmiennie bazuje na utartych, dobrze znanych schematach, które tylko ubiera w nowe szatki. I właśnie do tego sprowadza się jej podstawowa funkcja: dostarcza rozrywki, bo jest bezpieczna, na swój sposób przewidywalna. Tak samo rzecz ma się zresztą z kinem, mam na myśli głównie hollywodzkie produkcje gatunkowe, które są jak odgrzewanie kotleta na coraz nowszej patelni. Sprawnie wypełniają ramy gatunku, ale i tak wszystko dzieje się wedle ściśle określonego schematu.
Zosiu po raz drugi – koniecznie pozdrów mamę. Jest od teraz moją idolką, nie dlatego, że czyta Szwaję, ale dlatego, że jako osoba, rzec by można, uczona ma tak zdrowe podejście do czytadeł.
Krzysztof a kto Cię tu do „harlekinów” przekonuje? Coś chyba sobie sam dopowiedziałeś ;-) Wymieszałeś bowiem kwestię bezpiecznego odmóżdżenia przy czymś lekkim i zabawnym z literaturą bulwarową o progeniturze najgorszej z możliwych. Mimo wszystko, cytując „Misia”, mieszasz dwa porządki walutowe… ;-)
Chiara akurat Twój dobór literatury to fajny miks popularnej z piękną. Strasznie to u Ciebie lubię ;-) I nie bądź taka skromna z tymi komentarzami. Czy to nie zbytnia małostkowość przejmować się takimi drobiazgami. Faktycznie zwróć uwagę, jak to wygląda u Jarka, a trudno powiedzieć, aby eksplorował literackie dno :)
Swoją drogą faktycznie niezbadane są ścieżki komentarzy ;-)
Manuskrypt Twój komentarz to dowód na to, że każdy wyczytał tu co chce. Krzysztof na przykład pochwałę czytania harlekinów ;-) Zupełnie inaczej odebrałaś sens całej dyskusji. (Tym razem) nie mam nic do wymienionych w szeregu pisarzy literatury popularnej, a ich nazwiska, co już wcześniej podkreśliłam, posłużyły mi za przykłady literackich rzemieślników, biegłych w uprawianych przez się gatunkach, których pisarskie wytwory stoją po przeciwległej stronie barykady dla Manna i Pamuka, których obecności jakoś nikt tu nie kwestionuje. Popularnych twórców ktoś czyta, a prawdę mówiąc jest to całkiem pokaźna grupa czytelników, którzy mają takową potrzebę. I cały paradoks w tym, że czytanie ich uchodzi za taki trochę obciach, literackie faux pas, które wyrobionemu, wrażliwemu czytelnikowi nie powinno się przydarzyć, bo jest od tego, aby spijać z literatury to co najlepsze. Ja twierdzę, że jest inaczej, że i spijanie samej śmietanki może prowadzić do poważnego żołądkowego rozstroju…
A pisałem. I o drugiej części też – http://bazyl3.blogspot.com/search?q=madera :D
a ja mogę zakwestionowac Pamuka i można teraz mnie „objechac” ale jak pisze mary też nie będę czytac czegoś bo wypada i warto przeczytać, a do tego wszystkiego się zachwycac, jeśli już Pamuk to tylko „Stambuł” lecz reszty się nie wypieram bo przecież zawsze mogę zmienic zdanie, a teraz całe szczęście nie muszę nic na siłe :-)
wiesz, od zawsze dodaje mi skrzydeł, kiedy jednak we wpisie mam komentarze…jakbym chciała coś pisać li i jedynie dla siebie, pisałabym w zeszyciku chowanym w biurku;)
Pozdrawiam;)
Bazyl dzięki :)
Moni a ja Pamuka jeszcze nie czytałam. Przy obecnych temperaturach nawet myśleć o nim nie mam ochoty.
Chiara komentarze to fajna rzecz, choćby dlatego, że dają możliwość wymiany poglądów, ale ja bym nie traktowała ich jako celu blogowania samego w sobie. Poza tym pisanie blogu jest dużo wygodniejsze niż do zeszyciku (mówię to ja, dziecko internetu, które niedługo zapomni jak się używa długopisu).
Zosik od dziś Safak lepsza od Pamuka! :-) lekko jest!
napisałam tylko swoje zdanie…już dawno przestałam się oszukiwać,że piszę tylko dla siebie. No więc-nie;) Jakby tak było, mnie by wystarczył zeszycik;))
To jeszcze ja. ;)
Babskich czytadeł nie czytam prawie wcale, kiedyś zdarzało mi się to częściej. Za to przede wszystkich czytuję kryminały, które są moim ulubionym rodzajem książek. I nie obchodzi mnie, co myślą ludzie na temat tego, co czytam, bo to JA czytam i to jest tylko i wyłącznie moja sprawa. Oczywiście, sięgam również po te ‘poważniejsze’ tytuły, ale nie mam wyrzutów sumienia, że ostatnio pochłaniam ‘lżejszą literaturę’. Każdy powinien czytać, to co jemu odpowiada, bo czytanie powinno sprawiać przyjemność. :) Ważne, że w ogóle czyta. ;)
Aniu otóż to :]
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane