Pieszczotliwie określane przeze mnie książką o żarełku, choć nie powiem, aby takie zdrobniałe miano korespondowało z zawartością tomu esejów o kulturze jedzenia. Wydane w serii Spectrum, którą wielce sobie cenię aczkolwiek nie zawsze chce mi się ją czytać. Powód po temu jest jeden acz zasadniczy – są to publikacje z ducha „naukowe”, a ja nie zawsze mam ochotę czy też potrzebę obcowania z czymś aż tak mądrym ;) Podobnie zresztą mam z niebeletrystycznymi książkami Umberto Eco, którego kocham, wielbię i czczę, co nie zmienia faktu, że po całym dniu orki w pracy łeb mi już pęka od tej całej semiotyki. Przy słowie naukowe z premedytacją umieściłam cudze łapki, jako że (i chwała Spectrum za to!) nie są to typowe książki akademickie (czytaj naukowy lub też pseudonaukowy bełkot), a wartościowe pozycje odsłaniające różne oblicza kultury w sposób przyswajalny dla zwykłego zjadacza chleba, który z akademickim dyskursem na co dzień nie ma nic wspólnego. A kultura, jak wiadomo, w niemal każdym przejawie swego istnienia interesuje mnie nie od dziś.
Nie inaczej zatem było z „Jedzenie: Rytuały i magia” – tomem esejów odsłaniających kulturowe, antropologiczne oraz historyczne aspekty wiążące się nie tyle z jedzeniem co samym aktem spożywania – obwarowanym szeregiem specyficznych ceremoniałów. Przyznać muszę, że powstała pod patronatem Fundacji Schweisfurtha antologia jest dosyć nierówna, choć teksty stanowią tematycznie spójną i przemyślaną całość nie wszystkie czyta się z zainteresowaniem. Otwierające tom eseje na temat religijnego uwarunkowania diety faktycznie pod względem merytorycznym są bardzo, bardzo dobre, a i ciekawie napisane. Wiadomo bowiem powszechnie na przykład o szeregu żywieniowych obwarowań jakie na Muzułmanów narzuca Koran, o konieczności poszczenia przez określoną ilość dni oraz zakazie spożywania wieprzowiny, ale o tym, że zwierzęta, które jedzą muszą zostać pozbawione życia w określony sposób w dodatku z głową skierowaną ku Mekkce (sic!) nie miałam pojęcia. Autor przytacza przykład europejskiego zakładu, który by móc eksportować swe wyroby do krajów muzułmańskich nie dość, że przerobił linię produkcyjną, tak aby sprostała wszystkim religijnym prikazom i dodatkowo zatrudnił wyznawców Allacha w charakterze potwierdzających ten fakt ekspertów.
W mym odczuciu najlepszy esej dotyczy kasty braminów w Indiach – tekst perełka w bardzo intrygujący sposób tłumaczący skomplikowane zależności między koniecznością zachowania absolutnej czystości, a nieuchronnym brudem. Bowiem niemalże chorobliwa chęć uniknięcia splamienia nakazywała co zamożniejszym braminom przed spożyciem posiłku przebrać się w prostą płócienną opaskę, której nie dotykały ręce krawca (z niższej kasty, a zatem nieczystego), a następnie wyrzucić wszystkie naczynia, bo tylko użyte jeden raz dają gwarancję doskonałej czystości. Ci biedniejsi musieli zadowolić się gotowaniem na kuchennej płycie niedostępnej nawet dla wzroku osób postronnych i codziennie chrzczonej krowim nawozem (co samo w sobie stanowi znakomity przykład skrajnie odmiennego kulturowego pojmowania czystości – dla braminów jest to czystość bardziej w sensie duchowym, my wolimy myśleć o niej w kategoriach szkiełka i oka. Dlatego dla Hindusów krowie gówienko jest formą uświęcania posiłku i pomimo chorobliwego uczulenia względem brudu nie zwracają uwagi na oczywistą nieczystość świętych odchodów, których z kolei świat zachodni nie dopuszcza w jakiejkolwiek formie do żywienia, bo mówiąc krótko stanowią nieczystość w czystej postaci).
Wnikliwość w połączeniu ze specyficzną czułością Wojciecha Cejrowskiego odrobinę na myśl przewodzą teksty dedykowane dzikim ludom zamieszkującym Amerykę Południową oraz Oceanię, a ich żywieniowe ceremoniały są doprawdy fascynujące. Na resztę miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.
Nie powiem, aby moje horyzonty zostały szczególnie poszerzone, ale było ciekawie, a chwilami nawet dosyć zajmująco.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- Bon Appétit! 02/07/2010
- „Czekolada” Joanne Harris 20/11/2007










Zosiu,
dziś na wręczaniu Papierowego Ekranu zaprezentowano Twoja stronę:))) I pan prowadzący wspomniał, że szczególnie interesujący jest dział „(nie)doczytane”:)
Pozdrawiam serdecznie:)
Mam takie same odczucia co Ty wobec serii Spectrum. Sliczna i zajmujaca, wygodna do noszenia ze soba, ale po co nosic ja ze soba, skoro rzadko jest okazja, by z wielkim skupieniem zaglebiac sie w tresc tych ksiazeczek? Chociaz „Nie ma kto pisac do pulkownika” Marqueza, cudowne dzielko, tez zostalo wydane w tej serii, a nie nalezy do ksiazek naukowych.
W kazdym razie „Jedzenie…” brzmi bardzo interesujaco, co do braminow to wiem o tych zwyczajach – trudno ich przestrzegac, a o tym, co czyste a co nieczyste mozna sie przekonac spedzajac troche czasu nad Gangesem, np, w Varanasi. Pasjonujace informacje!
MBMM byłam tam! Ha, mam to nawet nagrane na filmiku. Ciekawe, w którym miejscu sali siedziałaś ;-)
Chihiro cieszę się, że się ze mną zgadzasz, bo co tu dużo gadać, Twoje zdanie szczególnie sobie cenię.
Zosiu, gratulacje ; ) Należało Ci się ^^
Co do książki, w planach mam jej kupienie. Nie ma to jak książka o żarełku, byle jej nie połknąć, jak świeczki zapachowej ;]]
Vampire ojej widzę między nami spore podobieństwo. I ja mam zakusy, aby zjeść co bardziej apetycznie pachnące świeczki ;-)
Zosiku,
tak bliżej drzwi… Ale nie zapamiętałam żadnej twarzy oprócz twarzy prowadzącego;)
A ja siedziałam dokładnie naprzeciwko prowadzących… Szkoda, że się nie zgadałyśmy :(