„Filmy mojego życia” Alberto Fuguet

Filmy mojego życia - Alberto FuguetŚwietnie skonstruowane „Filmy mojego życia” dowodzą namiętnych relacji łączących Fugueta nie tylko z X muzą, ale i literaturą.

Alberto Fuguet, chilijski reżyser, scenarzysta oraz prozaik uchodzi za czołowego przedstawiciela generacji McOndo*, łączącej iberoamerykańskich literatów – buntowników wierzących w realizm w wersji pop, ostentacyjnie odrzucających baśniowy entourage i folklorystyczne inklinacje realizmu magicznego, miast tego wyznających literaturę, która ma być zwierciadłem wiernie odbijającym rzeczywistość. McOndystów interesuje życie w krajobrazie wielkomiejskim z całym dobrodziejstwem, a raczej przekleństwem inwentarza: przestępczością, biedą, płciowymi podziałami. Fuguet na tej kanwie stworzył powieść co najmniej interesującą. Gładko przyswajalną, dynamiczną, zabawną, ale i wzruszającą.

Tak jak smak magdalenki zanurzonej w lipowej herbacie dla narratora „W poszukiwaniu straconego czasu” stał się prowodyrem szeregu wspomnień i wzruszeń, tak i w Beltranie Soler, wizyta w przybytku handlu filmami, zainicjowała serię reminiscencji z czasów dzieciństwa. Nie uprzedzając jednak wydarzeń, warto przez chwilę bliżej przyjrzeć się postaci Solera, z jednej strony wspieranego motywami zaczerpniętymi wprost z biografii samego autora, z drugiej zaś żywo przypominającego… męskich bohaterów z powieści Harukiego Murakami: osobliwych samotników, na własne życzenie wiodących żywot wagabundy, bo tylko to jest gwarantem ich niezależności. Na podobieństwo swych japońskich kolegów, Beltran Soler sejsmolog z powołania i wyboru, latający Holender przemieszczający się od trzęsienia do trzęsienia ziemi, zainspirowany przez poznaną w samolocie Amerykankę, zaczyna spisywać listę filmów swego życia. Oddaje się tej z pozoru bezsensownej, w żaden sposób nie pasującej do jego uporządkowanej egzystencji, czynność z zapałem, o który nikt by go nie posądzał. Każdy kolejny przywołany w pamięci film uruchamia lawinę wspomnień z dzieciństwa, które bohater spędził w, rzec by można, duchowym i społecznym rozkroku: najpierw w dostatniej Kalifornii kin samochodowych i kolacji z gwiazdami Hollywoodu, później w surowym i zacofanym Chile doby dyktatury Augusto Pinocheta, tym bardziej upiornym, bo dodatkowo obwarowanym językową barierą. A jednak, przy okazji kompilowania listy, Soler w końcu może zmierzyć się z demonami przeszłości: traumami dzieciństwa, dziwnymi relacjami rodziców, koszmarem samotności w chilijskim ogólniaku. Fuguet pisze o dramatach Beltrana nie bez zadumy, ale i z przyjemną „pop” lekkością. W jego powieści filmy są lekarstwem na wszelkie nieszczęścia i smutki. Niosą ukojenie i radość nawet w najbardziej dojmujących okolicznościach, a później, po latach stają się kluczem do pamięci.

Miłe zaskoczenie. Przyznaję, że pomimo mej niechęci wobec pisarzy latynoamerykańskich, „Filmy mojego życia”, powieść w gruncie rzeczy dość nietypową, przeczytałam (a właściwie połknęłam w jedno popołudnie) ze sporą dozą przyjemności. Taką literaturę iberoamerykańską mogłabym czytać częściej!

Ocena: ★★★★★☆

* Nazwa ukuta przez samego zainteresowanego ze zbitki słów: Macondo (wieś ze „Stu lat samotności” G.G. Marqueza) oraz McDonalds

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ameryka Południowa, Lekturki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „„Filmy mojego życia” Alberto Fuguet

  1. Pingback: Moje literackie magdalenki UNITED STATES

  2. Ada POLAND pisze:

    A powiedz – czemu niechęć do iberoamerykańskiej literatury? Ciekawi mnie, czy jakieś konkretne książki wzbudziły to uprzedzenie – czy bardziej ten „magiczny” czy „oniryczny” entourage? Dla mnie np. Cortazar jest tak oddalony od „baśniowości” jak to tylko możliwe (w większości opowiadań, albo w „Książce dla Manuela”). I nawet Marquez – np. w Kronice zapowiedzianej śmierci. Pamiętam moje zdziwienie, gdy odkrywałam kolejne książki czy opowiadania Marqueza – że tak różne od Macondo.
    Wiadomo, że „de gustibus” – ale ciekawa jestem to po prostu :)

  3. zosik POLAND pisze:

    Dziwna sprawa, bo racjonalnie tego wyargumentować nie potrafię. To raczej moje widzi-mi-się. Zresztą tak do końca iberoamerykańskiej literatury nie odrzucam, choć po przeczytaniu „Sto lat samotności” Marqueza żadna inna jego powieść (a czytałam chyba jeszcze ze 4) nie przypadła mi do gustu, podobnie, jak po „Księdze istot zmyślonych” Borgesa każdy kolejny tomik był coraz bardziej na nie. Mario Vargas Llosa to również nie to czego mi trzeba, a Cortazara czytałam zaledwie jedną powieść. Tak więc nie przekreślam tak do końca literatów z Południowej Ameryki, ale również nieszczególnie ich poszukuję. Zresztą zestaw problemów, którymi się posiłkują nieszczególnie mnie zajmuje, nigdy nie interesowałam się tamtym rejonem świata i latynoskimi kulturami. Ich cywilizacja jest mi niemal obca i prawdę mówiąc doskonale czuję się z tą ignorancją.
    Tak więc mając do wyboru coś ze Starego Kontynentu albo Ameryki Łacińskiej – Europa zawsze ma pierwszeństwo. I Azja, a twórców iberoamerykańskich odwiedzam raz na jakiś czas. Choć przyznać muszę, że Fuguet sprawił mi bardzo miłą niespodziankę, a zatem… Kto wie co jeszcze z tego wyjdzie.

  4. Ada POLAND pisze:

    O widzisz, to trochę tak, jak u mnie z literaturą właśnie azjatycką – próbowałam, najpierw bez uprzedzeń, potem z zaciekawienia, wreszcie z rozsądku… i nic. Jest to dla mnie hermetyczne, wręcz czuję te stulecia nawarstwionych cywilizacyjnych różnic i przepaść w mentalności. Wydaje mi się, że zatrzymuję się zawsze na najbardziej zewnętrznej warstwie. A może to wszystko moja niewiedza? Zresztą jakiś czas temu doszłam do wielce odkrywczego wniosku, że czas dokonywać wyborów, że i tak nie zdążę przeczytać tego, co chciałabym i może powinnam. Czuję się przy tym zakorzeniona na dobre w kulturze europejskiej (z rozszerzeniem na śródziemnomorską, w takim antycznym rozumieniu) i wracam do rzeczy najważniejszych.
    Dobranoc :)

  5. zosik POLAND pisze:

    Otóż to Ado. Faktem jest, że mogłabym więcej, częściej, że mogłabym sięgnąć po teksty socjologiczne czy antropologiczne tyczące tamtych stron, ale po prostu nie mam ochoty. Kultura Ameryki Południowej (i poniekąd również afrykańska) kompletnie mnie nie pociąga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>