Czym skorupka nasiąknie za młodu… A właśnie, że nie trąci na starość. Przynajmniej nie w powieści Marianne Fredriksson.
Kilka miesięcy wstecz Kalio recenzując „Elizabeth i Katarinę” napisała, że jest to książka o przełamywaniu schematów. Gdy przeczytałam jej tekst w czasie lektury zupełnie pojąć nie mogłam na czym to przełamywanie schematów polegać by miało. Historia opowiadania przez Fredriksson bowiem jako żywo była egzemplifikacją teorii głoszącej iż osoby (właściwie kobiety) od dzieciństwa przyzwyczajone do brutalnego traktowania nawet w wieku dorosłym skłaniają się ku damskim bokserom, bo w ich mniemaniu tylko agresywni mężczyźni to prawdziwi mężczyźni.
Zastanawiam się czy szwedzkim pisarkom (z pominięciem Astrid Lindgren) kiedykolwiek zdarza się pisać ciepłe historyjki, pozbawione tego całego dramatycznego sztafażu, tych wszystkich ludzkich tragedii, bólu i łez? Dla skandynawskich literatów parających się pisaniem powieści obyczajowo – psychologicznych proces twórczy musi mieć charakter terapeutyczny, bo w żaden inny sposób wytłumaczyć sobie nie potrafię skąd w tej literaturze tyle udręk i zgryzot. Marianne Fredriksson nie będzie tu zresztą wyjątkiem (choć w zestawieniu z królową dezolacji Majgull Axelsson i tak pisze pogodne opowiastki). „Elisabeth i Katarina” to historia skomplikowanych relacji matki i córki, ale również powieść w bardzo zmyślny sposób pokazująca społeczne przemiany na przykładzie dwóch pokoleń. Elisabeth bił mąż, a Katarina nigdy nie była w stanie wybaczyć tego swojej matce (podkreślam: matce, a nie ojcu). Zresztą tu nawet nie o wybaczenie idzie, a o brak zrozumienia dla bezwolnej postawy Elisabeth, która tak łatwo poddała się brutalowi. Gdy Katariną zachodzi w przypadkową ciążę, a ojciec jej dziecka w ataku furii ją katuje, z rozmysłem decyduje się na los samotnej matki, której życie nie będzie lustrzanym odbiciem mamusinej gehenny. Bo właściwie w imię czyjego szczęścia i na dobrą sprawę po co miałaby się poświęcać? I faktycznie, w tym względzie jest to powieść o przełamywaniu schematów.
Osobną kwestią są moje subiektywne odczucia, które celowo pozostawiłam na koniec. Bodaj nie raz wspomniałam o przypadkowych czytelniczych zestawieniach, które w sposób całkowicie nie zamierzony łączą powieści o podobnym przekazie, które w ten sposób stają się dla siebie konkurencją. Nie inaczej było tym razem, a wciąż świeże wrażenia po lekturze „Dziewczyny z zapałkami” dość radykalnie przyćmiły „Elisabeth i Katarinę”, która w tym zestawieniu wypada blado i nijako. Powieść Janko czytałam z emocjonalnym zaangażowaniem, a Fredriksson na chłodno i z mimowolnym dystansem.
Ocena: 





A! I chciałabym zaznaczyć, że zbieżność tematyczna ostatnich kilku lekturek to zupełny przypadek. Na czas jakiś zresztą mam zamiar porzucić ciemiężone żony i zabrać się za eksplorację terytoriów literacko zgoła odmiennych.
Może Cię również zainteresuje:
- „Lato polarne” Anne Swärd 14/11/2009
- Okrucieństwa nie do przyjęcia 21/08/2010
- Islandia? Tylko dla ludzi o mocnych nerwach 14/04/2010
- I co? I nic 25/09/2010
- „Zamknięty pokój” Maj Sjöwall i Per Wahlöö 25/10/2009
- „Doktor Glas” Hjalmar Soderberg 06/09/2008
- „Karzeł” Pär Lagerkvist 17/12/2008










Nie znam tej książki, niemniej jednak mam wrażenie, że skandynawscy pisarze chyba zbyt dużo czerpią z tego dziwnego klimatu jaki tam panuje. Może to północ tak wpływa na ludzi? albo jakos tak lubują sie w masochiźmie emocjonalnym. I dobrze im idzie pisanie o takich smętnych i mrocznych sprawach. Raczej nie sięgnę po tą książkę…
Książkę Janko mam od dłuższego czasu, ale też jeszcze nie czytałam. Tematyka nieco mnie odstrasza, może ma to przyczynę w poniekąd osobistych obserwacjach (nie odczutych na mojej skórze, bynajmniej) ale na czas jakiś mam dosc takich ‘akcji’.
Wolę cos z innej beczki i z humorem. A to z braku wiosny … :>
Też łaknę humoru jak kania dżdżu. Jutro po robocie idę sobie kupić „Zapiski z małej wyspy” i mam nadzieję, że i tym razem angielskie sztywniactwo wprawi mnie w nastrój co najmniej dobry. Natomiast w weekend łyknęłam sobie „Kolonie Knellera” i już teraz składam solenną przysięgę, że na tym tomiku ma znajomość z Keretem się nie zakończy.
Nie znam tych dwóch co wymieniłaś, ale wędrują do notesika ;) w każdym razie ja ostatnio (co do ksiazek z humorem) lubuję się w wydawnictwie Czarne. Trafiłam na parę fajnych pozycji (stosik niebawem ;P))) i naprawdę swietnie napisane..
Poki co czytam 700 stronicowe tomisko ‘Półbrat” – GENIALNE.
znalazłam info co do książki „Zapiski z malej wyspy” i skojarzyłam, ze widzialam ją na wsytawie w Matrasie. Chyba też kupię :)))) Ta seria zdecydowanie dobrze mi sie kojarzy.
Mary a to mnie zaskoczyłaś, że o Kerecie nie słyszałaś. Ja na jego tomiki poluję od dłuższego czasu i w końcu udało mi się najnowszy wypożyczyć. Kupować raczej go nie będę, ale wypożyczać na pewno jeśli tylko okazja po temu się nadarzy.
No tak, właśnie zauważyłam, że podobieństwo tematyczne ostatnich książek jest dwuznaczne. Przemyśl więc, czy to, co w planach, to mądry wybór. ;))) (Oczywiście ironizuję, bo warto „to” zrobić) :))))
:) ano nie słyszałam. Ale teraz juz wiem. no:)
Matylda z tymi książkami to samo jakoś wyszło, a decyzji jestem pewna (poza tym skoro już w tej papierologii stosowanej doszliśmy tak daleko grubym nietaktem byłoby się wycofać :]
Mary no właśnie! No :]
Mam wrażenie ze humor w „Zapiskach” jest przez bardzo małe h. ale może się mylę, moze ten fragment w „Dodatku” o niczym nie świadczy;)
mnie też się wydaje, że ta kobieca literatura skandynawska jest mroczna, smutna i przepełniona łzami…drugie takie wrażenie mam na temat literatury kobiet z Indii…
Odnośnie literatury skandynawskiej, wydaje mi się, że „problem” nie leży w tym, iż wszystkie te powieści są jakieś przygnębiające, traktujące o sprawach przykrych, niemiłych, wręcz dusznych, ale w tym, że nadal tak mało się skandynawskich powieści wydaje w Polsce. Wydaje mi się, że i Szwedzi czy Norwegowie pisują powieści luźniejsze, ale nie trafiają one na nasz rynek. Niestety.
Odnośnie „Zapisków z małej wyspy” i wypowiedzi peek-a-boo, humor tam jest, jak najbardziej i przez duże ha, z tym, że jest to humor angielski, nie do każdego trafia;)
Pingback: “Elisabeth i Katarina” Marianne Fredriksson
Peek przyznaję się bez bicia, że nie czytałam tego fragmentu. Zadowoliłam się recenzją Piotra Kofty, którego zdanie bardzo sobie cenię (podobnie jak zresztą Ty :).
Chiara faktycznie w tym względzie te dwie literatury mają sporo wspólnego.
Litera nie do końca mogę się z Tobą zgodzić. Pewnie, że wciąż w Polsce wydaje się niezbyt wiele literatury skandynawskiej choć i tak więcej niż tej dalekowschodniej, a jednak myśląc o literaturze z Azji nie mam przed oczami samych cierpiętnic, cierpień i ludzkich dramatów.