Krygować się nie będę, tym razem inspiracja przyszła nie z literatury, a z… komentarzy pod poprzednią recenzją. Karolina.ja i Yvonne to Wy tchnęłyście we mnie ten pomysł, a raczej chęć zadania szerszemu gronu czytelników pytania: czy i Wam kiedyś „urwał się film” w czasie lektury? Słowem czy macie takie książki, których lektura sprawia, że zapominacie o całym bożym świecie. Karolina.ja przegapiła odjazd autobusu czytając „Kiedy byliśmy sierotami”. Yvonne z kolei tak pochłonęły „Białe zęby”, że została… okradziona. I ja, choć przez zaczytanie nie przegapiłam autobusu ani nie utraciłam ruchomego mienia, na poczekaniu mogłabym wymienić kilkanaście tytułów, które skutecznie umiliły mi czas i na tyle zajęły umysł, że podróż, czy to do pracy, czy jakaś dłuższa pociągiem, mijała niewiadomo kiedy. Dość wspomnieć „Platformę” i „Cząstki elementarne” Houellebecqa (7 godzin w pociągu minęło niczym przysłowiowy z bicza trzask), „Ring” Kojiego Suzukiego (do tej pory pamiętam towarzyszące lekturze dreszcze!), „Mądre dzieci” Angeli Carter albo, przykład z dzisiejszego poranka, pierwsze opowiadanie zbioru „Ładne duże amerykańskie dziecko”.
A Wy macie takie książki?
Zaczytaliście się kiedyś po uszy?
[Edit] Zaczytanie od drugiej strony to zasnąć nad książką :] Z autopsji znam kilka takich przypadków.
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










Dziewczęciem będąc często nie mogłam oderwać się od książki i z tą książką szłam na spacer z psem. A że Sunia zawsze się pilnowała, nawet nie patrzyłam, gdzie jest. I razu pewnego oprzytomniałam, gdy usłyszałam, jak ludzie robią zakłady, czy spadnę, czy nie. Okazało się, że z książką w ręku zupełnie nieświadomie chodziłam po krawężniku. Ale nie spadłam. :) Niestety, nie pamiętam, co to była za książka.
Jeszcze zacznę się stresować, że przez lekturki ode mnie nie dojedziesz do pracy i znikniesz gdzieś w książkowej czasoprzestrzeni :-)
Z tego roku pamiętam, jak przejechałem dwa przystanki tramwajowe i zupełnie tego nie zauważyłem przez tę książkę http://krytycznymokiem.blogspot.com/2008/07/cao-tekstu-na-stronie-magazynu.html Co ciekawe, wcale mnie to nie zirytowało, ale na wszelki wypadek przerwałem lekturę, kiedy wracałem te dwa przystanki z powrotem.
Miałam kiedyś taki okres, że czytałam wszędzie, a więc: pod ławką w szkole, pod kołdrą przy latarce (ukrywając się przed rodzicami), w wannie, na kibelku, w tramwaju/autobusie, jedząc posiłki itd. Raz wpadłam do strumyka czytając książkę na takim małym pomościku; książka po wysuszeniu nie bardzo nadawała się do użytku. Była pożyczona z biblioteki, ale nie pamiętam, co to było. Wtedy dosłownie „połykałam” książki, różne to był lekturki, np. czytane po wiele razy książki Siesickiej, Karola Maya, Lucy Maud Montgomery, Sigrid Undset i wiele innych. Teraz już raczej nie „połykam”, ale się delektuję. Wielokrotnie jednak traciłam poczucie czasu podczas lektury, zapominając o innych sprawach – nie tak dawno przy książkach „To wiem na pewno” Wally Lamba i „Półbracie” Christensena.
Podpisuję się pod „Ringiem” Suzukiego; kilkakrotnie zaczytałam się totalnie w książce Marty Fox „Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza”. Pamiętam pasję, z jaką czytałam biografię Anais Nin autorstwa Linde Salber („Tysiąc i jedna kobieta”). Ostatnio takiego zaczytania doznałam przy „Ex Libris…” Anne Fadiman i „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood.
mój kolega kiedyś przyszedł totalnie zakręcony i powiedział, że przez ciekawą książkę doba mu się poprzestawiała i czytał w nocy a spał trochę w dzień;)
Mnie się chyba nigdy aż tak nie udało zaczytać…aczkolwiek wiele książek jak mnie wciągnie, to wiele czynności robię czytając…i zawsze mi się przypomina Mama Żakowa, która zmywała naczynia czytając książkę;)
Witaj,
już kiedyś się odzywałam u Ciebie( możesz nie pamiętać).
Raczej czytam niż gadam, ale widziałam, że czytałaś Piaskową Górę i jestem ciekawa Twojej opinii, a jakoś ją pominęłaś.
Pytam, bo czytałam „kobietę” tej autorki, która wydała mi się strasznym bełkotem, a miała bardzo dobre recenzje.
Piaskowa Góra też ma znakomite recenzje.
Ps U mnie zaczytywanie polega na tym, że nie odkładam książki o północy, tylko czytam do rana, choć wiem, że następny dzień w pracy będzie trudny.
Ostatnio zaczytałam się tak przy Zmierzchu.
Zmierzch w sensie Theorina, a nie w sensie wampirów – uściślam:)
jak się naprawdę zaczytam to zupełnie nie zauważam upływającego czasu, jak chociażby ostatnio odkładając „Sto odcieni bieli” ze zdziwieniem odkryłam, że jest po drugiej w nocy ;)
Bardzo często w czasie czytania zanurzam się dosłownie w akcji książki. Czytam na przystankach, w autobusie i zapominam wsiąść do autobusu albo wysiąść z niego. Jak czytam w domu albo mi coś wykipi albo przypalam garnki :) Dobrze mi się czyta w czasie dłuższej podróży – czas szybko leci. Aż żal czasami odłożyć książkę. Czytacze tak mają. Pozdrawiam :)
jest mnóstwo takich książek. Przede wszystkich jeśli dla kogos czytanie jest pasją to wiele tytułów mógłby wymienić. Takim chyba moim największym ‘zaczytaniem’ moge nazwac ksiazki Murakami’ego. Pochlaniaja mnie zawsze bez reszty.
VMR to się nazywa dopiero ekwilibrystyka ;)
Jarek chyba mi to nie grozi… Co najwyżej wywiozą mnie na Azory ;)
Awita to musiałaś się faktycznie zaczytać, że aż w strumyku się skąpałaś. Twoja anegdota z życia przywiodła mi na myśl „Anię z Zielonego Wzgórza”.
Kultur-alnie cieszę się, że i Ty drżałaś czytając „Ring” :)
Chiara niezły kolega! A zmywania garów i czytania wyobrazić sobie jednak nie mogę. Kilka razy próbowałam czytać jedząc zupę, ale zawsze kończyło się to tak samo… ;)
Prunello przeczytałam „Piaskową górę” i bardzo mi się podobała. Napiszę o niej coś więcej w najbliższym czasie. A ze „Zmierzchem” trochę się faktycznie zamieszania zrobiło. W pierwszej chwili pomyślałam o wampirach, więc dobrze, że sprostowałaś.
Net.a.a. a czytałaś „Kolory miłości”? Bo to moja kolejna „pousznazaczytanka” :)
Globalistko racja, racja :)
Mary, w nawiązaniu do Twoje posta, to kusisz mnie Larssonem, ale skoro to taki pewniak to zostawię go sobie na dłuższą podróż pociągiem :)
polecam bardzo. Naprawde.
„Kolory miłości” już czekają u mnie na półeczce i wiele sobie po nich obiecuję :)
a ciekawam bardzo co napiszesz o Budnitz :)
Zaczytuję się ostatnio w Godengu – dzięki temu mam już na koncie dwie nieprzespane noce. Nie wiem, kiedy ten czas tak leci.
I również zdarzyło mi się (nawet ostatnio) przegapić tramwaj – czytając Marininę. :)
Kryminalnie jakoś.
Pingback: Po uszy zaczytani
Mary trzymam Cię za słowo :) A Budnitz trochę mnie męczy…
Net.a.a. mam nadzieję, że się nie rozczarujesz :-)
Aniu no proszę. Takie niepozorne kryminały, a jednak muszą być ciekawe :)
Kilka lat temu bardzo zaczytywałam się w Sapkowskim ;) Książki na tyle mnie wciągnęły, że nawet chodząc po ulicach czytałam i wpadłam w kilku ludzi. A ostatnio zaczytałam się w „Ruchomym święcie” Hemingwwaya w pracy.
Twórczość Sapkowskiego jest mi obca. Ogólnie z fantastyką jestem na bakier, ale podczytywanie Hemingwaya w pracy – też tak chcę!!!
Oj, kilka takich było :) Ale chyba najlepiej pamiętam Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Byłam chyba w szkole średniej wówczas – czytałam ją przy śniadaniu i tak się zaczytałam, że przegapiłam pierwszą lekcję. Ocknęłam się, pobiegłam na autobus i… przegapiłam przystanek.
Pamiętam, że miałam też taką książkę pracując, ale nie mogę sobie chwilowo przypomnieć co to było, a któraś książka Hłasko tak mnie wciągnęła, gdy pracowałam w sklepie, że… nie zauważyłam, że klientka weszła i czeka :D (na szczęście też okazała się wielbicielką Hłaski i wybaczyła widząc okładkę) :)
Ojoj, zaczytanie się na amen jest częstym przypadkiem :) potrafię czytając książkę robić prawie wszystko, a przegapianie różnych lekcji, zajęć, a czasem istotnych wydarzeń, też często mi się zdarzało. Jednak najbardziej wciągnęła mnie książka mało ambitna, przypadkowo pożyczona z biblioteki „Łatwa zdobycz”, o seryjnej zabójczyni. Ależ ja się zapadłam w tą historię! Zaczęłam czytać rano, zamiast wstać i pójść na wydział, i oczywiście już tam nie dotarłam :) Właściwie nie mam pojęcia, co mnie aż tak w nią wciągnęło, ale oderwać się nie mogłam.
Chandra mnie złapała a szła samotna noc. Wziąłem „Solaris”. Nie pamiętam nawet czy założyłem okulary. Mała czcionka tekstu nie przeszkadzała. Czas mijał szybko mimo, że spodziewałem się w Lemie czego innego. Patrzę, a moja maranta fascinator już otworzyła swoje liście w odpowiedzi na nowy ranek…
Rok temu wymogłam na lekarzu dwa dni zwolnienia, żeby tylko móc posiedzieć w domu i zaczytać się w Kafce nad morzem Murakamiego…
Podobnie jak In Anna zaczytalam sie w „Kafce nad morzem” tak, ze czytajac ja w autobusie w drodze do pracy zdecydowalam nagle, ze w ogole do tej pracy nie dotre, tylko wroce do domu i bede czytac dalej. Co tez uczynilam :)
Zaczytywalam sie namietnie dosc czesto, gdy bylam mlodsza, ale nie pamietam, by zdarzylo mi sie cos przegapic. Czasem zdarza sie, ze czytam, podnosze wzrok i jakby swiat wokol mnie wydawal sie mniej rzeczywisty niz ten opisywany w ksiazce. Mialam tak niedawno z „Droga” McCarthy’ego, Tabucchi z „Robie sie coraz pozniej” tez poprzenosil mnie w inne swiaty…
Goldenrose a ja wolę film! Książka pisana na podstawie scenariusza była taka… Właśnie napisana na podstawie scenariusza.
Liritio tytuł „Łatwej zdobyczy” już zanotowałam.
Sebastian ależ pięknie to ująłeś
In Anna ależ Ci dobrze :) Powiedz koniecznie jakich użyłaś argumentów, aby go przekonać?
Chihiro nie podejrzewałam Cię o takie szachrajstwa i właśnie zasiałaś we mnie ziarno defetyzmu może i ja kiedyś tak zrobię, choć do tej pory grzecznie łażę do roboty (i coraz bardziej mam tego dość).
Byłam wtedy leciutko przeziębiona, powiedziałam lekarzowi, że jestem zmęczona pracą i chyba wyglądałam dość żałośnie, bo dostałam czwartek i piątek wolne… Dwa dni to niby niewiele, ale jak ja się wtedy ucieszyłam! Czułam się, jakbym została spuszczona z łańcucha – dwa dni wolności w prezencie. Hmmm, chyba muszę to powtórzyć :)
Hmm, właściwie to boli mnie gardło. Może też spróbować powinnam? ;)
Mnie najpierw wpadła w ręce książka, więc filmu wówczas w ogóle wówczas nie znałam. Możliwe, że dlatego podeszłam zupełnie inaczej.
Podobnie zresztą miałam z Gwiezdnymi Wojnami – najpierw książka, która wówczas mi się spodobała, a później film, do którego mimo wszystko książka się nie umywa (choć rzadko to piszę ;))…
Wiem, że to dziwne, ale przyznaję się bez bicia, że nie widziałam żadnej części „Gwiezdnych wojen” :-)
Stan zaczytania zdecydowanie przydarza mi się – zdarza się zbyt często, jeśli wziąć pod uwagę opinie osób z najbliższego otoczenia… Ostatnio tak zamknęła mnie w świecie między swoimi okładkami książka Steinbecka „Na wschód od Edenu”, a teraz „W Ameryce” Susan Sontag.
Pozdrawiam
PS. Też nie widziałam żadnej części „Gwiezdnych wojen” i jeśli będę wystarczająco uparta, to wcale nie obejrzę i już ;) Co to? Każdy musi? ;)
PS2. Czyli nie warto kupować zbioru opowiadań Budnitz? Nie ukrywam, że od jakiegoś czasu czaję się na niego..
JoanJohanson to jesteśmy dwie :-) Jak miło, że nie tylko ze mnie takie dziwiadło co „Gwiezdnych wojen” nie oglądało. Co zaś tyczy się zaczytania to „Na wschód od Edenu” koniecznie kiedyś przeczytać muszę plus jeszcze kilka innych Steinbecka. A Budnitz… Muszę w końcu zebrać się w sobie i recenzję nasmarować.
Jak miałam 13 lat szłam ulicą i..czytałam ksiązkę astrologiczną tak się zaczytałam że prawie bym wpadła pod pociąg, przechodząc na skróty przez tory nie zauwazyłam szlabanu.
Przeszłam dosłownie.. moze z 500 metrów od jadącej lokomotywy.
podpisuję się pod Ringiem, dopisuję „Madame”, większość książek Josteina Gaardera, a z przeszłości to 7 tomów Opowieści z Narnii :)
Josteina Gaardnera jeszcze nie czytałam… Hmm, muszę to przemyśleć.
Kiedyś wpadłam na latarnię, innym razem zajechałam na końcowy przystanek autobusu, w którego połowie trasy powinnam wysiąść.. Tytułów jednak lektur to powodujących sobie nie przypomnę. Ostatnio jednak zaczytywałam się w „Złodziejce książek” – nie wiem kiedy minęła mi podróż do Wrocławia i spowrotem – wiem tylko tyle, że docierając do domu kończyłam ją czytać ;)
kiedyś to była „Ania z Zielonego Wzgórza” i wszystko, co sygnowane nazwiskiem L. M. Montgomery :)
Ostatnio Mankell :D