Właśnie ukazała się kolejna, trzecia przetłumaczona na język polski, powieść szwedzkiej pupilki blogujących moli książkowych. Czy będzie takim samym hitem, jak „Sztuka bycia Elą”? Śmiem przypuszczać, że jednak nie…
Powodów po temu z łatwością mogłabym wskazać przynajmniej kilka. „Kochający na marginesie” to niby wciąż ta sama, dobrze znana Johanna Nilsson – wróg kultury konsumpcyjnej i znawczyni tej bardziej „porąbanej” strony życia. Ta sama, a jednak inna, bo w odróżnieniu od poprzednich powieści tym razem jej literaccy bohaterowie nie są kontestatorami zastanego świata, nie buntują się przeciw temu co zastane, a raczej próbują zaakceptować swą społeczność nieprzystawalność. Czyżby Nilsson obywatelsko dojrzała i doszła do wniosku, że wszystkie rewolucje skazane na klęskę? Wyrosła z buntowniczej pozy? Konformizm to za duże słowo, ale coś jednak jest na rzeczy. Zastęp jej „Kochających na marginesie” po staremu nie mieści się w społecznych schematach, ale co z tego wynika? Na dobrą sprawę nic istotnego. Miast sprzeciwu wobec odgórnego sprowadzania do wspólnego mianownika, walczą sami z sobą, ze swą innością, której w sobie nie akceptują. Mimo wszystko chcą mieścić się w uświęconej normie, chcą stać się pełnoprawnymi członkami tego wiecznie zabieganego społeczeństwa nastawionego na konsumpcję. Złodziejka, ciężarna nastolatka, transseksualista, uliczny grajek, alkoholik, chorobliwie otyła emigrantka – żadne z nich nie pasuje do obrazu idealnej Szwecji, każde z nich dobrowolnie decyduje się na życie na marginesie po cichu marząc o spełnieniu. W porównaniu z poprzednimi powieściami, tutaj bohaterowie Nilsson są pasywni, wolą się nie wychylać, a nawet jeśli zdecydują się na „wyjście z szafy” odwagi starcza im tylko na pierwszy krok.
Coraz mniej w pisarstwie Nilsson celnych społecznie obserwacji, a i ostrze jej krytyki jakby nieco się stępiło. Pisarka powoli acz wyraźnie żegna się ze społecznikowskim zacięciem, a wita z prozą z ducha obyczajową. Przyzwoicie napisaną, celowo chwytającą za serce (choć jeszcze nie ckliwą, na szczęście), i (niestety) grzeczną. W „Kochających na marginesie” nikt nie kwestionuje zastanego ładu świata, jak robiła to Ela, ani nie próbuje go naginać do własnych potrzeb, jak Stella z „Rebeliantki o zmarzniętych stopach”. Postaci nie negują społeczeństwa, łakną aprobaty, zrozumienia i miłości, która to, jako najszlachetniejsze spośród znanych człowiekowi uczuć, jest motywem przewodnim spajającym ich losy. Najbardziej nilssonowską bohaterką w „Kochających na marginesie”, duchową krewną Stelli i Eli, będzie Bea – zagubiona neurotyczna złodziejka, której życie jest egzemplifikacją twierdzenia o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. Pozostałe postaci są tłem, mdłym i żałośnie nieporadnym.
Zastanawiam się czy lepiej byłoby, gdyby Nilsson zamiast tuzina postaci wybrała sobie jedną bohaterkę z krwi i kości (taką Beę na przykład) i, tak jak dotychczas, to na niej skupiła całą swą uwagę? I tak i nie, bo choć rozpisana na wiele głosów opowieść stanowi istotne novum, kolejny krok w przód w pisarskim fachu, ale… Trudno nie pozbyć się wrażenie, że tym razem para poszła w gwizdek. „Kochającym na marginesie” daleko do świeżości i młodzieńczego buntu poprzednich powieści, to raczej droga ku cichej akceptacji wszystkiego tego co Nilsson do tej pory tak zawzięcie krytykowała. Tak więc na pewno jest to krok w przód, ale czy w dobrą stronę? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Rebeliantka o zmarzniętych stopach” Johanna Nilsson 13/11/2008
- „Sztuka bycia Elą” Johanna Nilsson 11/07/2008
- „O krok” Henning Mankell 28/04/2008
- „Przystupa” Grażyna Plebanek 25/12/2007
- „Lato polarne” Anne Swärd 14/11/2009
- „Morderca bez twarzy” Henning Mankell 01/06/2009
- „Elisabeth i Katarina” Marianne Fredriksson 09/03/2009










Widzę, że nie bardzo poodobała Ci się książka. Ale 4 * to i tak sporo, więc nie jest tak źle.
Mnie się ta książka spodobała ze względu na temat.
Matylda – bez zachwytów i szczególnego entuzjazmu, ale to dobra książka. Warta przeczytania (choć nie ukrywam, że zdecydowanie bardziej cenię dwie poprzednie).
Nutta a mi ten temat, jak widać, średnio podszedł… :)
ach, czekałam na tę recenzję … ale skoro wg Ciebie dwie poprzednie pozycje są lepsze, to zacznę od „Rebeliantki…”. Muszę się przecież zapoznać z pupilką blogujących moli książkowych;):)
Myślę, że to będzie dobry wybór, choć pamiętaj droga ma net.a.a. – gusta są różne :-)
Mnie w ogole do tej autorki nie ciagnie, mimo ze lubie literature skandynawska. Ale samo pisanie o ludziach nieprzystajacych do reszty spoleczenstwa to za malo, by mnie zainteresowac. Poza tematem musi cos z lektury wynikac, czytajac Twoje recenzje o powiesciach Nilsson mam wrazenie, ze akurat z jej ksiazek nic nie wynika.
kreativ blogger dla ciebie ode mnie:)
I te różne gusta są jak najbardziej wskazane Zosiku:) ciekawa jestem jak będzie w tym wypadku ze mną:)
Chihiro akurat w „Rebeliantce…” coś z tego wynika, ale w „Kochających na marginesie” faktycznie już zupełnie nic. Bunt jest pozą, kliszą, w którą nieuchronnie popadła Nilsson. Stąd ta wytracona siła jej prozy. W gruncie rzeczy to bardzo powierzchowna książka, a szkoda…
Kalio dziękuję :)
Net.a.a. też jestem ciekawa :)
A ja nie czytałam poprzednich powieści Nilsson, ale do nich mnie jakoś nie ciągnie kompletnie, a „Kochających na marginesie” chcę przeczytać ;)
W takim razie czekam na recenzję :-)
I my wyróżniamy symbolicznie nagrodą Kreativ Blogger, przyznawaną przez czytelników:)
Zojko dziękuję bardzo :-)
Pingback: InfoTuba - Kraków wiadomości wydarzenia kultura Białystok Gdańsk Lublin Łódź Olsztyn Opole Poznań Rzeszów Toruń Warszawa - Polska - Literatura - "Kochający na marginesie" Johanna Nilsson
Witaj.
Jak widać czytelnicy mają różny odbiór tych samych książek i bardzo dobrze.
Mnie się ta powieść spodobała. Muszę powiedzieć, że podobało mi się właśnie to, że nie jest to kolejna historia jednej bohaterki, że Nilsson odeszła od swojej dawnej konwencji, że potrafi jeszcze czymś zaskoczyć i pisać inaczej niż dotąd. Akurat mnie to społecznikowskie zacięcie autorki czasami drażniło, zwłaszcza w „Rebeliantce’, bo „Sztuka bycia Elą” przypadła mi do gustu jak najbardziej.
Zresztą, na moim blogu znajduje się recenzja „Kochających na marginesie” i nie tylko. Zapraszam serdecznie.
Naturegirl ależ ja Ciebie podczytuje po cichu już od bardzo dawna :)
Myślę że wolałabym o samej Bee tą książkę.
Jestem tuż po lekturze ale..nie mam chęci do opisywania jej dość ciężka jednak Ty jak zawsze pięknie potrafisz ubrać w słowa recenzję:)
Zresztą czasem tak bywa iż po przeczytanej pozycji nie zawsze jest chęć b o niej pisać.
Judytto a może jednak skusisz się na kilka zdanek o „Kochających na marginesie”, żeby nie było, że tylko ja kręcę nosem? I Faktycznie nie raz człowiek nie ma ochoty pisać o tym co przeczytał, choć ja zazwyczaj się dyscyplinuję i staram jednak coś tam nasmarować.
Właśnie skończyłam czytać i czuję, że w ogóle nie poznałam bohaterów tej książki. Za dużo ich na tak mało stron.
Nie przeczytałem jeszcze tej książki, ale całkiem możliwe, że spróbuje. Nie rpzeczytałem, więc nie mogę się o niej wypowiadać. Napiszę tylko, że to, co jej zarzucasz:
„(…) nie buntują się przeciw temu co zastane, a raczej próbują zaakceptować swą społeczność nieprzystawalność (…) każde z nich dobrowolnie decyduje się na życie na marginesie po cichu marząc o spełnieniu. (..) bohaterowie Nilsson są pasywni, wolą się nie wychylać, a nawet jeśli zdecydują się na „wyjście z szafy” odwagi starcza im tylko na pierwszy krok”.
wydaje mi się bardzo psychologicznie prawdopodobne. Jak mówię, jednak nie czytałem tej powieści, ani żadnej innej tej autorki, więc to tylko luźna refleksja na marginesie twojej recenzji.
Pozdr.