Nic epokowego, ale skoro przyjemnie się czytało, więc czemu nie?
Na szczęście debiutancka powieść Mariny Lewyckiej nie wiele ma wspólnego z traktorami, ale za to na nieszczęście ma również niewiele wspólnego z komediową konwencją tak dumnie zapowiadaną na okładce*. Chyba, że kogoś bawi nieporadny pseudo związek osiemdziesięciokilkuletniego starca i dużo młodszej biuściastej blond (farbowanej oczywiście) Ukrainki z przemytu. Teraz, gdy czytam poprzednie zdanie dostrzegam w tym faktycznie jakiś komediowy potencjał, w samej powieści jednak więcej będzie dramatyzmu niż humoru. Ów dziadzia też jest emigrantem, ale powojennym, dość silnie zasymilowanym wdowcem, intelektualistą i genialnym wynalazcą, jak sam siebie określa, choć między nami mówiąc, te znamiona geniuszu i indywidualizmu bliższe są szaleństwu, o które (całkiem słusznie) podejrzewają go obie dorosłe córki. Rodzina Mayewskich może i nie była podręcznikowym przykładem perfekcyjnego stadła, ale jakoś znosiła swoje towarzystwo, w każdym razie dopóki nestorka rodu nie zmarła. Wtedy relacje nieco się nadpsuły a owdowiały Nikołaj poczuł zew drugiej młodości. Ślepy na prośby i groźby obu córek znalazł i co gorsze sprowadził do domu nową miłość życia - Walentynę, która z piersiastego anioła bardzo szybko przeistoczyła się w wyrachowaną harpię z piekła rodem, której w głowie tylko pieniądze, a właściwie dobra, które można za nie nabyć. Trzeba się zatem Walentyny pozbyć, najlepiej w trybie natychmiastowym i raz na zawsze, a to nie takie proste. Trwać będzie przez mniej więcej 2/3 książki.
Stopień irytacji, jaki budziło we mnie zachowanie Walentyny mogę tylko porównać do tego, który wyzwalali we mnie sąsiedzi Trelkovsky’go w „Lokatorze” Romana Polańskiego. Upierdliwa, pyskata i zabójczo sprytna. Do tego bez najmniejszych skrupułów znęcająca się nad niedołęgim starcem – swym mężem. Szczerze przejęłam się losem tego starego durnia (tak, durnia, bo będąc ślepym na wszelkie przestrogi na własne życzenie sobie tą szarańcze do domu sprowadził) i w duchu kibicowałam rozsądnym córkom, które wszelkimi prawnie dozwolonymi środkami usiłowały wyeliminować Waleczkę. Ta jednak, jak zaraza, wciąż powracała.
Wbrew tym wszystkim odmalowanym powyżej okropieństwom „Zarys dziejów traktora po ukraińsku” jest powieścią ciepłą i krzepiącą. Lewycka w przyjemnie lekkim tonie opowiada o starości, przemijaniu, nieuchronnym dziecinnieniu. To powieść prosta, ale nie prostacka. Skłaniająca ku autorefleksji, mówiąca o starości z ogromną empatią i szacunkiem. Prócz dramatycznych podchodów z Walentyną, Lewyckiej udało się przemycić sporo wspomnień jej własnej rodziny z czasów przed emigracyjnych. Analizuje różnicę miedzy dzisiejszą a powojenną falą emigrantów ze wschodu. Aspekt różnić kulturowych jest tu zresztą dość pomysłowo wygrany.
Niezła książka (nawiasem mówiąc nominowana do Nagrody Bookera oraz Orange Prize w 2005 roku).
Ocena: 





* Pech? Siła wyższa? Ostatnio czuję się jak detektyw na tropie głupot i nieścisłości umieszczanych w notach wydawniczych.
Tak na marginesie, Wydawnictwo Albatros jest jedynym znanym mi wydawnictwem, które nie posiada własnej strony internetowej. Nie wiem czemu tak jest, ale IMHO to jak strzelić sobie samemu w kolano, ale jak mawiają mądrzy ludzie – nie mój cyrk – nie moje małpy.
Może Cię również zainteresuje:
- „Prochy Angeli” Frank McCourt 28/05/2008
- „Kradnąc konie” Per Petterson 15/11/2008
- „Extra Virgin” Annie Hawes 23/05/2008
- O uprzedzeniach 14/01/2011
- „Malarz świata ułudy” Kazuo Ishiguro 11/12/2008
- „America Dream. Niedopowieść” Natalia Bielawska 24/03/2010
- „Mądre dzieci” Angela Carter 26/06/2008










Czytałam jakieś 2 lata temu. Większego wrażenia na mnie nie zrobiła, męczyły mnie te wstawki o historii traktora i i denerwowała niemoc córek w pozbyciu się macochy.
Mnie bardzie irytowała Waleczka, to że tak się szarogęsiła i ustawiała wszystkich po kątach. Nie cierpię tych ludzi i czekałam, aż się jej w końcu pozbędą. Zgodzę się z Tobą Matyldo, że nie jest to coś nadzwyczajnego, ale przyjemnie i szybko się czytało.
serio nie mają swojej strony? To faktycznie w dzisiejszych czasach spory błąd. No, ale jak mówisz, nie nasz cyrk;) Marketing zdeczka chyba zaspał tam:)
Obchodziłam tę książkę kilka razy w księgarni ale jednak nie kupiłam. Hmm, może dobrze zrobiłam?
Hmm mnie nie zachęca. A już miałam nadzieję, że wreszcie znajdę motywację na to, żeby sięgnąć po coś ukraińskiego. Spędziłam na Ukrainie ponad 3 tygodnie w te wakacje, a jakoś z ukraińską literaturą kompletnie jestem nie obeznana. Chcę to nadrobić, ale zawsze znajduje się coś innego do czytania pod ręką.
Ta książka raczej nie bardzo przybliża czytelnika do Ukrainy, z tego co pamiętam :) Czytałam to jakiś rok temu, w każdym razie już większość zapomniałam, ale wiem, że mnie najbardziej irytował ojciec tych dwóch kobiet, może niesprawiedliwie, ale jakoś nie mogłam co jakiś czas nie pomyśleć „dobrze Ci tak, stary głupcze!”. Walentyna po prostu w paskudny sposób wykorzystywała okazję. Pamiętam też, że w ogóle nie rozumiałam jej syna, takie nieme dziwo ze Wschodu. Niemniej jednak przed lekturą myślałam, że to będzie zupełnie inna książka i wiem, że się zdziwiłam w miarę czytania. A wstawki o traktorach są ciężkie do przebrnięcia, im dalej tym gorzej.
Chiara co ciekawe na okładce mojego „Traktora” jest adres www, ale treść strony nie ma nic wspólnego z tym wydawnictwem Albatros. Prowadzi ją jakiś inny Albatros…
Aniu uważam, że książka jest warta przeczytania i godna uwagi, ale raczej w kategoriach rozrywkowych niż literatury dającej coś do myślenia. Ja bym nie kupowała tylko poszukała w bibliotece :)
E.milio pewnie Cię rozczaruję, ale tak jak wspomniała Liritio „Traktor” jest powieścią brytyjską z Ukrainą mającą niewiele wspólnego. Lepiej poczytać Jurija Andruchowycz, Sierhija Żadana albo Natalię Śniadanko. Czarne wydaje dużo ukraińskiej literatury.
Liritio a mnie nawet te wstawki o traktorach tak nie złościły. W ostateczności nie ma ich aż tak dużo i zawsze sobie można je pominąć. I fakt syn Walentyny to dziwna postać, chyba trochę po macoszemu stworzona.
Zosik: tak, kojarzę wymienionych przez Ciebie autorów ze słyszenia i wciąż zbieram się, żeby sięgnąć po ich książki. A w tym przypadku akurat błędnie zasugerowałam się tytułem.
Pingback: “Zarys dziejów traktora po ukraińsku” Marina Lewycka
To teraz przynajmniej nie przeżyjesz sromotnego rozczarowania :) Bo u Lewyckiej Ukrainy tyle co kot na płakał. Pozdrawiam!
Zosiku tak też zrobię jak się ze stosika trochę wykopię. Na razie z premedytacją omijam bibliotekę:)
Aniu też bym chciała bibliotekę omijać, ale cóż począć, gdy książki w terminie trzeba oddawać.
Tytuł raczej sugeruje, że będzie raczej więcej o traktorach niż o Ukrainie. Mnie bardzo się podoba proza Lewyckiej. I wydaje mi się, że w „Krótkiej historii…” bardzo sprawnie snuje opowieść o swojej rodzinie miotanej wiatrami historii na przemian z opowiadaniem o współczesności. Moja rodzina jak pewne wiele rodzin, ma swoje tajemnice, które zostają pogrzebane z ostatnimi świadkami. Może dlatego tak mi się książka podoba.