Kolokwialnie rzecz ujmując: jestem na nie.
Lubię Murakamiego. Nie bałwochwalczo wyznaję, ale lubię. Za niektóre powieści bardziej („Tańcz, tańcz, tańcz”), za inne mniej (niech będzie „Sputnik sweetheart”), ale moje upodobanie względem jego pisarstwa nie uczyniło ze mnie czytelniczki bezkrytycznej, która chcąc usprawiedliwić swego idola na siłę doszukuje się mocnych stron i dlatego, nie bez przykrości, stwierdzić muszę, że zbiór „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” należy do najsłabszych publikacji sygnowanych nazwiskiem Japończyka. Wolę już nawet to nieszczęsne „Po zmierzchu”.
Poprzedni tom opowiadań Murakamiego, czyli „Wszystkie boże dzieci tańczą” podobał mi się bardzo, stąd tym większe jest me rozgoryczanie lekturą „Ślepej wierzby…”, która jest zbiorem nieporównywalnie gorszym. Czemu? Odpowiedź jest prosta niczym przysłowiowy świński ogonek. „Dzieci boże” są koherentnym tomikiem, którego poszczególny teksty, pisane w tonacji groteskowo-surrealistyczno- humorystycznej, łączył motyw trzęsienia ziemi w Kioto. Tym czasem „Ślepa wierzba…” to antologia krótkich tekstów powstałych w przeciągu dwóch dekad pisarskiej kariery Murakamiego i prawdę powiedziawszy ten swoisty przekrój przez twórczość nie wypada szczególnie korzystnie. Co ciekawe zabawne miniaturki wczesnego Murakamiego są dużo lepsze niż nadmiernie rozbudowane (żeby nie powiedzieć: ciągnące się bez głębszego celu niczym gumka w majtasach) teksty późnego Murakamiego (może z wyjątkiem „Toniego Takitani”, bo to faktycznie opowiadania niezwykłej urody).
Mogę podpisać się pod stwierdzeniem Jarka Czechowicza, że Murakami nie do końca odnajduje się w krótkich formach literackich, ale zgadzam się również z Joanną Kostrzewą, która nazwała „Ślepą wierzbę…” Murakamim w pigułce, tyle że paradoksalnie według mnie wcale nie jest to zaletą. Czemu? Aby zrozumieć to należy na chwilę zatrzymać się przy specyfice (czy wręcz fenomenie) pisarstwa Murakamiego, któremu, całkiem zresztą słusznie, zarzuca się, że piszą wciąż tą samą książkę. W „Ślepej wierzcie…” jest to widoczne aż nazbyt dobrze. Pomijając kilka wczesnych króciutkich perełek (na przykład rewelacyjny „Rozkwit i upadek pieczonych rożków”), znakomita większość tekstów zawartych w tomie to historyjki o różnych wariantach tego samego bohatera (nawiasem mówiąc doskonale znanego z powieści): zdystansowanego wobec świata, introwertycznego ilustratora czy grafika, koniecznie miłośnika jazzu i muzyki klasycznej, którego młodość przypadła na czas rewolt studenckich w latach sześćdziesiątych. Większość opowiadań sprawa wrażenie niedopracowanych szkiców, zbyt słabych by móc przerodzić się w bardziej złożoną całość, co w połączeniu z kolejnymi wcieleniami tej samej postaci daje efekt odwrotny do zamierzonego: zamiast ciekawić – nudzi.
Teksty zawarte w „Ślepej wierzbie i śpiącej kobiecie” są nieprzekonywujące, pozbawione puenty, często bez polotu. Bez motywu czy tezy, która w jakiś sposób spajałby z sobą tą garść przypadkowych opowiadań (bohater się nie liczy, bo to nie efekt zamierzony, a pisarska maniera Murakamiego). Kilku opowiadań nie chciało mi się nawet doczytać do końca. Szczerze, gdyby to było moje pierwsze spotkanie z panem M., darowałabym sobie dalszą znajomość. Wniosek z tej lektury płynie tylko jeden: Murakami, aby móc w pełni błysnąć, potrzebuje znacznie dłuższego rozbiegu.
Dlatego jestem na nie.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami 01/07/2008
- „Po zmierzchu” Haruki Murakami 28/10/2008
- Mój Murakami 21/04/2010
- „Zagubieni w Tokio” Marcin Bruczkowski 15/02/2008
- „W pogoni za dalekim głosem” Taichi Yamada 23/09/2008
- „Sen_numer_9” David Mitchell 10/03/2008
- „Metafizyka rur” Amelie Nothomb 13/08/2008










Uff, odetchnąłem :-) Widziałem, że czytasz i z niecierpliwością czekałem na tę recenzję. I… bałem się, że Ci się te teksty spodobają :-)
Wygląda na to, że pan M. odcina bezustannie kupony od tych samych, kilku, pomysłow, na które kiedys tam udało mu sie wpasc. Jedyna jego książka, po którą jeszcze zamierzam sięgnąć to „Norwegian Wood”. Na wszelki wypadek w wersji angielskiej;)
Brzydko zaczynając od zaimka dzierżawczego, mnie się książki Murakamiego podobały. Przyłożyły się do tego ta inność kulturowego kręgu, wysławiana pod niebiosa przez niektórych, atmosfera niesamowitości i odrobiny grozy, elementy nonsensu. Po kolejnych tomach – „Norwegian Wood”, potem „Sputnik..”, „Kafka”, „Po zmierzchu” i wreszcie „Kroniki..” (jak chyba i większość czytelników) zarzucam mu odgrzewanie kotleta i problem z ostatecznym rozwiązywaniem fabuły. Przywołuje to na myśl wywody okolicznego proboszcza, który chcąc uzyskać niezły wynik w trakcie kazania, zakończywszy jeden wątek przed czasem, zaczyna mówić od rzeczy, gorączkowo zaglądając w poły lewego rękawa (gdzie jak mniemam, znajduje się zegarek). Najbardziej nacięłam się na „Kronikach ptaka nakręcacza”. Nie były dla mnie niczym innym, jak niekończącym się oscylowaniem wokół jednego, mało z resztą pociągającego konceptu, wlokącego się nieładnie przez setki stron, który to można było zamknąć nawet w stu stronach. Szkoda czasu.
Teraz, gdy mam ochotę na odrobinę niesamowitości czy grozy, to cóż – zaglądam do Muminków.
A ja jak skończę „Kwietniową czarownicę” M. Axelsson (a koniec już widać), postanowiłam wziąć się za “Norwegian Wood” H. Murakamiego. Co do opowiadań (nowel), to z zasady odrzucam tą formę. Nie lubię krótkich tekstów. Choć „Wszystkie boże dzieci tańczą” mam w wersji „komputerowej”, może w pracy uda mi się podczytywać, bo zbliża się okres luzu w pracy ;))
Zazwyczaj osobom, które nie lubią form krótkich, odradzam ich czytanie, choćby nie wiem jak mocno lubiły samego autora. Bo nieczęsto wychodzi z tego coś dobrego;) A tak na marginesie, Murakami i tak całkiem długie opowiadania pisze, to jeszcze nie amerykańskie short story, ani tym bardziej niemieckie Kurzgeschichte;P
a ja sie w ogóle nie zgodzę. Bo nawet jeśli sie ciagnie jak gumka w majtach i powiela sie pewne kwestie typu bohater, sytuacje, motyw samotności itp itd – mnie sie podoba.
No ale o gustach sie nie dyskutuje.
Co nie znaczy ze nie wole murakamiego w dluzszych formach. I nie ma dla mnie gorszej czy lepszej ksiazki.
No ale jak napisalam u siebie – ja sie nie znam.. ;)
Jarku zgadzam się z Twoją recenzją i nie wiem na ile śledziłeś inne wypowiedzi na temat „Ślepej wierzby…”, ale nasza opinia jest raczej dość odosobniona pośród huraoptymistycznych zachwytów.
Peek mi się „Norwegian Wood” nie podobało zbytnio, ale zrzuciłam to na karb ogólnego przesytu stylistyką Murakamiego. Co zaś tyczy się mnie – mam zamiar doczytać i „Kronikę ptaka…” i „Kafkę” – podobno dwie najlepsze powieści, bo mam je swoje, ale zdecydowanie szybko to nie nastąpi. Na gwałt potrzeba mi przerwy.
Zosiu, ja aż tak kategoryczna w mych osądach nie jestem ;) Co nie zmienia faktu, że mając do wyboru Muminki i Murakamiego w ciemno biorę to pierwsze. Przykład proboszcza boski – muszę zapamiętać i cytować :-)
Matyldo tak, jak pisałam już Peek „Norwegian wood” mi się raczej nie podobało, a „Wszystkie boże dzieci tańczą” jest po prostu fajne. Myślę, że to dobra książka na nudę w pracy, ja połknęłam ją w pociągu, a rzadko zdarza mi się, aby w czasie podróży jakakolwiek książka zaabsorbowało mnie aż tak.
Litero coś w tym jest, że albo się umie pisać dobre opowiadania, albo powieści. Faktem jest, że do „Ślepej wierzby…” podeszłam z neofickim zapałem po tym, jak pod koniec ubiegłego roku odkryłam, że jednak opowiadania i nowele da się lubić, oczywiście pod warunkiem, że są dobrze napisane. Niestety to co prezentuje Murakami IMHO jest (w większości przypadków) antonimem pojęcia „dobrze napisane opowiadanie”.
Mary a widzisz, sama przyznajesz, że jednak dłuższe formy :P
cudny blog. wczoraj utknelam tu na pol nocy,pozdrawiam.
Ależ Murakami piszę cały czas tę samą ksiażkę, z tym samym bohaterem, i na tym polega jego urok. Albo się to czytelnikowi podoba, albo nie. *^v^*
Właśnie rzecz w tym Joanno, że co za dużo to niezdrowo. W gruncie rzeczy pan M. jest pisarzem wtórnym. Niby wiedziałam o tym od dawna i w sumie ta konkluzja nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, ale dopiero „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” uświadomiła mi ten fakt w pełnej krasie, ale i tak go lubię :-)
ale nie powiedziałam ze te opowiadania są złe. Wolę po prostu zaczytać się w książce..
A i „Po zmierzchu” jest weg mnie bardzo dobre.
„Po zmierzchu” mnie nie przekonało, ale wolę je niż akurat te opowiadania (co innego „Wszystkie boże dzieci tańczą” o czym już wspominałam; ten zbiór ma ręce i nogi i sens i dowcip i to „coś”).
Kurczę, i nie wiem, co mam zrobić. Bo tak: czytałam dawno „Przygodę z owcą” i do połowy mojej przygody z owa powieścią, byłam na tak. Potem coraz mniej mi się podobało… aż nie spodobało mi się tak bardzo, ze dałam sobie spokój. I przyznam, że miałam nadzieję, że to nie jest reprezentatywna powieść dla Murakamiego… chyba jednak nie miałam racji, skoro piszecie o zapętleniu się autora. A w domu mam „Kronikę…” Będzie inna niż „Przygoda z owcą”? Czy to tylko pobożne życzenie?
A co myślicie o _słuchaniu_ Murakamiego? Muza wydała kilka audiobooków i moja biblioteka nawet je posiada. Tylko się zastanawiam, czy taką gęstą prozę da się w ten sposób przyswoić? Lubię książki czytane, ale kojarzą mi się zdecydowanie z utworami lżejszego kalibru. Mogę sprzątać, układać puzzle, malować paznokcie a w tle leci powieść. Ale Murakami chyba się nie nadaje… ;)))
I jeszcze jedno pytanko: i jak „Czarna woda” Zosik? Bo widziałam, że czytasz.
Rozpisałam się, ale mam dużo wolnego czasu :)
Inblanco prawdę powiedziawszy nie mam pojęcia, jak będzie z „Kroniką…”, bo jej nie czytałam choć z pewną dozą prawdopodobieństwa gdybać mogę, że bohater będzie ten sam tylko otoczenie może się trochę zmienić. Rozumiem Twoje zniechęcenie „Przygodą z owcą”, którą ja bardzo lubię, ale pamiętam, że gdy ją czytałam denerwowało mnie to, że zamiast ku realizmowi Murakami coraz bardziej oddala się w świat fantazji (a ja nie znoszę takich zagrywek). Jest to w każdym razie coś co trzeba przełknąć i zaakceptować, bo inaczej pan M. lubić się nie da.
Murakami do słuchania? Szczerze – jakoś tego nie widzę (nie słyszę?). Trzeba by sprawdzić organoleptycznie by móc się przekonać, ale tak jak „Lala” albo „Lubiewo” świetnie się do tego nadają tak Murakami nie pisze „mówionych” powieści, więc hmm… Sama nie wiem.
A co do „Czarnej wody” poszła w odstawkę póki co. Bardzo dziwna sprawa z tą Ekman muszę Ci powiedzieć, bo jak ją czytam to oschłość narracji + prymitywizm bohaterów totalnie mnie odstręcza i mam za przeproszeniem ochotę kopnąć „Czarną wodę” w cztery litery, ale trochę odtajawszy znów mam na nią ochotę. Póki co jednak na gwałt potrzebowałam czegoś co samo się będzie czytać i póki co (tfu, tfu) Fossum mnie zadowala :-)
Yvonne witaj :) Jest mi niezmiernie miło :)
Mnie sie te opowiadania calkiem podobaly, ale nie czytalam ich jednym ciagiem i wciaz mam niektore w tym tomie nieprzeczytane. Bo latwo mozna miec przesyt Murakamim, a wtedy zrazic sie do niego na amen. Zdecydowanie wole go po angielsku, brzmi swietnie, za to stwierdzam, ze po polsku, po przeczytaniu jedynie „Po zmierzchu”, koszmarnie! Wiec jak juz Murakami – to tylko w wersji angielskiej. W polskiej te ksiazki traca urok, sa zwyczajnie banalne, nie ma w nich tej tajemniczosci, zostaje pustka niczym nie wypelniona.
Faktycznie coś w tym jest Chihiro, że angielski jest językiem bardziej podatnym na banały, które wcale nie są takim oczywistym banałem w subtelnym angielskim niż konkretnym polskim. Tak jest z wieloma piosenkami, które po angielsku brzmią wspaniale, a gdy próbuje się je przełożyć na polski… Sama rozumiesz ;)
Pingback: InfoTuba - Kraków wiadomości wiadomości wydarzenia kultura Białystok Gdańsk Lublin Łódź Olsztyn Opole Poznań Rzeszów Toruń Warszawa - Polska - Literatura - "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" Haruki Murakami
Polubiłam Murakamiego od pierwszych stron „Przygody z owcą” i wsiąknęłam w jego pisarstwo do tego stopnia, że w krótkim czasie przeczytałam prawie wszystkie powieści. Bo są wciągajace, magiczne, zagadkowe, niedające zasnąć, po prostu – NIESAMOWITE. Ale co do opowiadań to, podobnie jak Ty – jestem na nie.
O jak miło! To jest nas już troje :-) Ja wciąż nie przeczytałam „Kroniki…” i „Kafki…”, ale „Przygoda z owcą” i „Tańcz, tańcz, tańcz” to zdecydowanie moje dwie faworytki.
Mnie Murakami absolutnie zauroczył swoim zbiorem opowiadań, o których wspomniałaś – mianowicie „Wszystkimi bożymi dziećmi, które tańczą”. I na tym – póki co! – zakończyła się moja znajomość z ów panem. Ale nie myśl, że to koniec, co to, to nie ;). Jeszcze do niego wrócę, to na pewno. I ze „Ślepą wierzbą…” również się zapoznam, pewnie trochę czasu minie, ale zapoznam się. ;) I dopiero wtedy stwierdzę, czy mamy podobne wrażenia po lekturze. :))
Pozdrawiam ! :*
To „Ślepą wierzbę…” zostaw sobie na sam koniuszek :)
Zapamiętam :)
Hmmm…nieszczęsne ‘po zmierzchu’ mi się najbardziej podobało :) Ale zgadzam się co do ostatniego zdania :)