„Schodów się nie pali” Wojciech Tochman
Inblanco zachęcała, więc poczułam się zachęcona i w końcu przeczytałam „Schodów się nie pali”, zbiór, publikowanych pod koniec lat 90-tych na łamach Gazety Wyborczej, reportaży Wojciecha Tochmana. Właściwie to już moje trzecie spotkanie z wydaną pod wspólnym tytułem autorską zbieraniną reportaży z Dużego Formatu i Wysokich Obcasów. Wcześniej czytałam świetną „Beznadziejną ucieczkę przed Basią” Katarzyny Surmiak – Domańskiej oraz jeszcze lepsze „Gottland” Mariusza Szczygła i przyznać muszę, nie bez żalu, że zbiór Tochmana na tym tle wypada nieco bladziej, choć to wciąż bardzo dobry tom (nawiasem mówiąc w Wyborczej nie piszą źle i kropka).
Jedenaście historii. Każda o czym innym, a jednak razem tworzą pewną przemyślaną całość. Nawet kolejność nie wydaje się być przypadkowa. Kim są bohaterowie Tochmana? Ludźmi nieszczęśliwymi, wykorzystanymi, emocjonalnie kalekimi, w jakiś sposób ułomnymi, ale jednak ludźmi. Ludźmi z powikłanymi losami, bo o tych ze zwyczajnym życiem nikt reportaży nie pisze. Motywem przewodnim „Schodów się nie pali” jest brak. Każdy z bohaterów reportaży Tochama bowiem coś utracił. Najbliższą osobę, własną godność, wolność, życie. Co ważne, Wojciech Tochman potrafi pisać o cierpieniu w sposób skrajnie nie manieryczny, bez popadania w ckliwość i banał. To opowieści o oswajaniu tragedii, o tym, że z osobistymi dramatami da się żyć. Co ciekawe Tochman pisze przede wszystkim o kobietach. Męskich głównych postaci jest tu zaledwie garstka.
Niektóre reportaże wciąż tkwią mi w głowie. Na przykład ten o Grzegorzu Przemyku (można go przeczytać tutaj), czytając go celowo powracałam do niektórych zdań, czasem nawet kilkukrotnie chcąc się upewnić czy faktycznie to zostało napisane. Albo historia niedoszłej wdowy po Edwardzie Stachurze (przeczytaj tu), albo opowieść o urzędowo rozdzielonym rodzeństwie, które po latach chce znów być razem. To zresztą chyba najbardziej wzruszająca historia. Kilka innych, natychmiast po przeczytaniu, wyparowało mi z głowy.
Niezły zbiór, ale jednak IMO do „Gottland” się nie umywa.
Ocena: 














Przeczytałam reportaż o Marcie Kucharskiej. I jakoś tak straszliwie smutno mi się zrobiło.
Oj znowu zachęcasz Zosiku. Napewno do przeczytania!Pozdrawiam
Lilithin, bo to faktycznie smutna historia. O straconych złudzeniach, o przegranym życiu. Choć ja wolę ten reportaż o Przemyku. W nim też pojawia się Marta Kucharska.
Kimura a co! Czasem trochę trzeba… ;)
Czytałam i Tochmana i Szczygła, ale moim faworytem jest jednak Tochman. Czy umiem to uargumentować? To już trudniejsza sprawa, tym bardziej, że „Gottland” też nie jest byle jakim zbiorem reportaży.
Może najbardziej u Tochmana ujmuje mnie jego skromność i pokora, które przekładają się na nieobecność autora w tekstach? Tam nie jest ważny Twórca, jego spostrzeżenia, tylko relacje bohaterów. Szczygieł co prawda w „Gottland” nie „szczerzy się” z każdej strony do czytelnika, ale jego obecność jest tam bardziej namacalna, co też nie jest zarzutem, bo w trakcie lektury absolutnie mi to nie przeszkadzało. Ale u Tochmana zauważyłam właśnie to usuwanie się w cień i wywarło na mnie,jak widać, ogromne wrażenie :)))
Teraz czytam „Obwód głowy”, znowu wydane przez Stasiukowe „Czarne” i choć niektóre reportaże są średnie, to te doskonałe są prawdziwą perełką.
Odkryłam ten gatunek właśnie dzięki Tochmanowi. I to kolejny argument przemawiający na jego korzyść ;)
Gdybym miała wskazać, które reportaże podobały mi się najbardziej, to chyba byłaby to historia braci bliźniaków, wspomniana przez Ciebie opowieść o rodzeństwie i otwierający tom „Siedem razy siedem”. Ale grzechem byłoby też nie wspomnieć o „Mówię ci, tam była enklawa tajemna „, nie za postać Skrzyneckiego czy Nowickiego, ale Janinę Garycką.
Dzięki za cynk o „Beznadziejnej ucieczce przed Basią”. Sprawdziłam, jest w mojej bibliotece.
Śnieg stopnieje, to się przedrę do biblioteki i zaopatrzę :)
Inblanco to prawda o czym piszesz. „Gottland” jest Szczygła, to jego zbiór i jego obecność jest wyczuwalna wlaściwie w każdym reportażu. A u Tochamana odwrotnie – on jest wielkim nieobecnym, który pozwala swym postaciom mówić. Otwiera ich trochę, jak terapeuta. Oni gadają on to spisuje.
Ale jednak wolę „Gottland” ;)
Droga Z. Tak zupełnie z innej beczki, aczkolwiek w odpowiedzi na Twoje pytanie ;) Czytanie idzie mi bardzo topornie, w grudniu przeczytałam jedną książkę, co odnotowałam u siebie ;) No i czytam też od prawie miesiąca inną, tytułu nie wymienię, a to zacna książka ;). Na początku miałam problem z lekturą, ale po przekroczeniu magicznej połowy książki (a ma pewnie z 500 stron) lektura zaczyna mi się podobać i mnie wciąga. Mam nadzieję, że do końca stycznia przeczytam ją ehhehe ;)) a jak przeczytam, napiszę o niej ;)
Tochmanem bylam zauroczona pare lat temu, zaczelo sie od „Jakbys kamien jadla” (przeczytaj koniecznie!), a potem byl ten zbiorek. Po nic innego jeszcze nie siegnelam. To reportaze w najlepszym stylu, oszczedne, nieoceniajace, skromne, ale glebokie i madre. „Gottland” nie czytalam, jakos jednak Czechy mnie nie pociagaja…
zosiku, grudniową porą i w moje ręce wpadł zbiór reportaży Tochmana… sposób, w jaki opisuje te wszystkie ludzkie historie jest nie do podrobienia; ciężko mi porównywać go ze szczygłowym ‘Gottlandem’, który czytałam wcześniej, bo wydaje mi się, że panowie ‘startują’ w różnych kategoriach; a każdy w swojej jest naprawdę dobry;
Droga M. W takim razie cieszę się bardzo, że impas próbujesz przełamać. Pewnie, nic na siłę. Swoją drogą brzmisz bardzo tajemniczo. Co Droga M. tytułów zdradzać nie lubisz :-)
Chihiro na pewno przeczytam „Jakbyś kamień jadła”. Bardzo lubię czytać zbiory reportaży, więc tym bardziej szukać jej będę. A czytałaś „Córeńkę”?
Basiu co racja to racja – każdy pisze inaczej, więc nie wdając się w zbędne generalizacje powiem może tak: wolę styl Szczygła od stylu Tochmana, choć (napiszę to raz jeszcze) i jeden i drugi to świetny pisarz i reporter :)
Nie, jeszcze „Corenki” nie czytalam, ale przedzej czy pozniej na pewno to zrobie.
Chihiro, Gottland nie jest o Czechach. To znaczy jest, ale w ogóle nie jest ważne, że czytasz o Czechach. Jest o urnie, której nie można pochować i jeździ pociągiem w toalecie za muszlą klozetową. Jest o piosenkarce, na której widok w studiu wszyscy uciekają, nawet sprzątaczka łapie czapkę z włoćzki i ucieka ze studia. To książka o strachu a nie o Czechach.
Chihiro ja też :)
Jack Lang cóż rzec mogę – true, true.
Jack Lang, dziekuje za wyjasnienie. Jakos sobie ubzduralam, ze to o Czechach, dziekuje za wyprowadzenie mnie z bledu.
No ale właśnie przez pryzmat tego strachu możemy poznać czeską historię. Reportaże nie na darmo ułożone są w porządku chronologicznym, każdy odkrywa taki rąbek tajemnicy i opisuje zachowanie społeczeństwa (poprzez zachowanie jednostek) na tle ważnych wydarzeń w Czechosłowacji/Czechach. I właśnie to jest ciekawe, że okazuje się nagle, że historię mamy podobną, charaktery niby troszkę inne a jednak jakby identyczne. Tak więc o Czechach i strachu, owszem.
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane