Annie Sanders nie istnieje. Pod tym pseudonimem ukryły się dwie angielskie dziennikarki: Annie Ashworth oraz Meg Sanders, znane głównie z nadawanego przez BBC babskiego programu z dobrymi radami, a także wcześniejszej powieści z gatunku chick lit pod, jakże znamiennym, tytułem „Goodbye Jimmy Choo”. Ich bożonarodzeniowy wypot pewnie nie miałby większej racji bytu, gdyby nie to, że co roku wszyscy (WSZYSCY, więc i ja) w mniej lub bardziej uświadomiony sposób poszukują tego osławionego ducha świąt. Dla niektórych kryje się pod choinką, dla innych w „Kevinie samym w domu”, albo (samokrytyka) w takiej miernocie literackiej, jak „Święta, święta…”. Wiedziały gały co brały, ale na litość boską, po dwóch Angielkach można spodziewać się choć odrobiny ironii! A tu nic. Zero. Za to mdlącego lukru aż w nadmiarze.
Rzecz tyczy dwóch niewiast – tej zapracowanej karierowiczki i świeżo upieczonej małżonki, która musi się zmierzyć z duchem poprzedniej żony (nawet nie subtelne nawiązanie do „Rebeki” Daphne du Maurier i choć Bezimienna biła rekordy naiwności to i bohaterce „Święta, święta…”, z założenia uniwersyteckiej nauczycielce, autorki poskąpiły życiowej zaradności). Bohaterki zostały skonstruowane w sposób, który ma być symbolicznym odzwierciedleniem dwóch skrajnych postaw względem świątecznych przygotowań: neofickiej pieczołowitości spod znaku ‘zastaw się a postaw się’ i (kolokwialnie rzecz ujmując) – odwalania wszystkiego na wariata. Oczywiście w przypadku i jednej i drugiej pani wszystko zmierza ku łatwemu do przewidzenia szczęśliwemu finałowi. Unurzanemu w gęstym jak smoła rodzinnym ciepełku i ogromnych śnieżnych zaspach.
I miało być krzepiąco i zabawnie, a wyszło nudno i schematycznie. Właściwie nie ma tu zbytnio nad czym dywagować. Powieści pań Ashworth i Sanders nie można zarzucić niedostatków kompozycyjnych ani tym bardziej warsztatowych. Czyta się ją nawet jako tako, ale to trochę za mało. Zabrakło świeżości. Nieszablonowego punktu widzenia. Szczypty ironii i odwagi. Bez tego „Święta, święta…” to kolejna bożonarodzeniowa opowiastka pisana pod dyktando masowych gustów.
Nie warto.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Piąta aleja” Candace Bushnell 18/12/2008
- „Wpadka” Rebecca Eckler 24/06/2009
- „Notatki przyszłej matki” Risa Green 11/08/2008
- „Szczęście nadejdzie jutro” Oksana Robski 21/12/2007
- „Kolekcja” Gioia Diliberto 11/04/2008
- „Niania w Nowym Jorku” Nicola Kraus, Emma McLaughlin 30/12/2007










oj,to dobrze,że nie kupiłam,bo ta książka spoglądała na mnie z wystawy jakby wiedziała,że właśnie szukam jakiejś świątecznej lektury,a co do Kevina jestem konformistką:) był miłością mojego dzieciństwa,a teraz jest już tradycją świąteczną
Oj ja też bardzo poważnie myślałam o zakupie, ale na szczęście się powstrzymałam ;)
„Kevina…” oglądałam bodaj dwa razy w życiu z czego raz w kinie na szkolnym wyjściu :)
Szczęśliwego zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku! Samych pięknych przygód i oby 2009 rok był piękniejszy od najpiękniejszego dnia mijającego roku!
Ściskam serdecznie, Kemotka ;)
Na odtrutkę polecam Grishama „Ominąć święta”. Krzepiąco świąteczna lektura, wpisująca się w model odpowiedzi, uwzględniający elementy bojkotu konsumpcjonizmu, pokłady lekkiego humoru i zgrabnej satyry. Po prostu mniam :) Nieodłącznie co roku towarzyszy nam wyrastające na podmiejskich uliczkach widmo Śniegurka :D hihi
(I proszę wystrzegać się filmu. Nie dorasta książce do pięt)
http://ksiazki.wp.pl/katalog/ksiazki/ksiazka.html?kw=55224
Kemotko dziękuję i również przesyłam moc serdeczności.
Zosiu wrzucam na listę i do przyszłego roku postaram się zaopatrzyć i zapoznać :)
Pingback: “Święta, święta…” Annie Sanders
interesting! let me guess, you’re a writer …
Mi sie ta ksiazka podoba:) Nie moge sie oderwac od czytania:)
Dla mnie książka ta,jest poprostu świetna. Lekka,przyjemna czasem nawet odzwierciedlająca nasze uczucia,czy skryte marzenia. Wszystko zależy od nas,jak chcemy takie książki odbierać.Poprostu rzecz gustu.