Odgrażałam się przy okazji recenzji „Zamków z piasku” Alessandro Baricco, że obejrzę „Jedwab”. Odgrażałam się, odgrażałam, aż w końcu wczorajszego wieczoru obejrzałam i przyznać muszę, że było warto. Film jest przepiękny.
Skłamałabym jednak, gdybym nie przyznała się do pewnej rezerwy z jaką podeszłam do ekranizacji. Literacki pierwowzór jest książeczką bardzo niewielkich rozmiarów. Właściwie literacką miniatura, a nie powieścią, stąd trudno mi było nawet sobie wyobrazić w jaki sposób rozciągnie (naciągnie?) się go do rozmiaru stuminutowego filmu. Osobną kwestią pozostawał specyficzny styl Baricco (choć nie mam prawa tytułować się jego znawczynią). Bałam się czy i jak uda się go przełożyć na język filmu? Otóż, proszę państwa, udało się.
W filmie Françoisa Girarda nie pada wiele słów, to historia opowiadana właściwie przy pomocy obrazów. Obrazów niezwykle urodziwych i wysmakowanych. Obrazów, które wyznaczają rytm narracji. Tą czarująco staroświecką opowieść o miłości (a jakże!) osadzono we wręcz bajecznych plenerach dziewiętnastowiecznej Francji i zasypanej śniegiem Japonii. Filmowy „Jedwab” to w gruncie rzeczy bardzo klasyczny melodramat kostiumowy utkany z pięknych obrazów i ulotnych nastrojów. Wszystko jest tu tak subtelne i delikatne jak owa jedwabna nić. W fabule nie dzieje się wiele (co zapewne przekreśli ten film w oczach wielu potencjalnych widzów), a jednak opowieść aż kipi od skrywanych emocji. Lubię takie filmy, w których punkt ciężkości nie jest stawiany na fajerwerkach akcji. Filmy, w których milczenie bywa wymowne, a pod przykrywką nic-nie-dziania kryje się prawdziwa akcja. Taki jest „Jedwab”.
Zastanawiam się tylko co w tak stylowej adaptacji robi Michael „Pyza” Pitt, bo pasuje tu jak (za przeproszeniem) pyra do kawioru.
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










Film bardzo mi się podobał. Ma w sobie klimat rzadko spotykany w filmach.Pozdrawiam
Zosiku, ależ Ty piszesz zachęcająco, nie tylko o książkach ale i o filmach! I oczywiście narobiłaś mi smaka na ten!;)
A ja chętnie przeczytałabym książkę, nie powiem. Filmy oglądam z lubym i byłby wielce rozczarowany brakiem akcji ja sądze:) A skrywanych emocji to on nie zauważy:)
Montgomerry cieszę się, że ze mną się zgadzasz :)
Chiara tak już ze mnie kusicielka ;) Cieszę się, że narobiłam Ci smaka :)
Zaułku ja też mam coraz większy apetyt na książeczkę. Mój Luby też nie byłby zachwycony adaptacją, w której mało co się dzieje, ale akurat oglądałam bez niego.
Na nowym Bondzie niby się dzieje wiele…a i tak usnąłem :P
Już u Chihiro ostatnio pisałam, że lubię takie filmy, gdzie pozornie nic się nie dzieje, ale za to wyczuć można wiele i dostrzec można emocje i inne nieuchwytne aspekty. I w dodatku wszystko jest pięknie zobrazowane, tak że tylko podziwiać. Nawet chyba wolę takie filmy niż z szybką akcją, za którą nie nadążam ;)
No dobra, to ja tez kiedys obejrze, przekonalas mnie!
A jak ladnie u Ciebie snieg pada :)))
Kochanie nie mieszaj dwóch porządków walutowych ;)
E.milio cieszę się, że jesteś zdeklarowaną miłośniczką takich „nic-nie-dziejów”, bo faktycznie mają one w sobie specyficzny urok, choć przyznać muszę, że i filmy z wartką akcją bardzo lubię.
Chihiro chyba tym bardziej warto, bo Keira tam głównie ładnie wygląda, nie mam jej za dużo na ekranie, a co za tym idzie jej dziwne uzębienie nie jest wystawione zbyt długo na ekspozycję. A śnieg pada, tak kiczowato i świątecznie, więc nie mogłam się oprzeć :)
Również lubię takie „nic-nie-dzieje” :) Zaś w tym konkretnym przypadku chciałabym najpierw pomieć do czynienia z książką (nie lubię oglądać ekranizacji przed lekturą).
Tyle że właśnie ta cała Keira mnie dobija :/ Mam wrażenie, że wszędzie jej ostatnio pełno. Marna z niej aktorka; śmiem twierdzić, że doprowadziła do perfekcji jedną minę i stosuje ją namiętnie w każdym filmie.
Nic to. Czasem trzeba się przemęczyć :)