Nowa Huta to osobne miejsce na mapie Krakowa i bynajmniej nie mam na myśli przyczepionej jej na siłę etykietki „najgorszej dzielnicy” (bo to mit a nie fakt), a atmosferę tego niesamowitego miasta w mieście, niegdyś najbardziej zideologizowanego fragmentu Polski ,dziś – dzielnicy, w której zatrzymał się czas.
Nowohucki Plac Centralny (od jakiegoś czasu imienia Ronalda Regana) to jedno z moich ulubionych miejsc w Krakowie. Można się zżymać nad brzydotą architektury socrealistycznej, ale nie można nie docenić nowohuckiej idealnej symetrii i wrażenia doskonałego rozplanowania. Osobną kwestią są budynki administracyjne dawnej huty imienia Lenina, potem Sendzimira teraz po prostu kombinatu dumnie wieńczące aleję (nomen omen) Solidarności. Ogromnie fascynują mnie industrialne klimaty, ślinie się na hasło „walcownia”, zatem w najbliższej okolicy (tak zwanych) pałaców Dożów (cóż… podobieństwo do włoskiej architektury doby renesansu jest wręcz uderzające) czuje się, jak ryba w wodzie z tęsknotą spoglądając ku oceanowi kominów. Nie o tym, jednak miałam pisać.
Moja fascynacja Nową Hutą nie wzięła się znikąd. Zaczęło się od obejrzenia „Człowieka z marmuru” – filmu o, między innymi , jej budowniczych. Tym chętniej, więc sięgnęłam po maleńką książeczką Renaty Radłowskiej – zbiór opowieści o ludziach uwikłanych w Nową Hutę. O jej budowniczych, mieszkańcach, wysiedleńcach – tych którzy tworzyli to miasto na długo zanim zostało dołączone do Krakowa.
Bohaterami zbioru Radłowskiej są ci, których świat zaczynał się i kończył w okolicach kombinatu. De facto „Nowohucka telenowela” jest w czymś w rodzaju rozpisanej na wiele głosów historii dzielnicy, przefiltrowanej przez ludzką pamięć. Bo Mateuszów Birkutów było wielu. Te słodko – gorzkie opowiastki pisane są przez codzienność najzwyklejszych mieszkańców, których system po trosze nabrał, po trosze wykorzystał, a na pewno naciągnął, każąc im wierzyć w lepszą przyszłość i inne socjalistyczne banialuki. Najsmutniejsze były historie tych, którym huta zabrała domy, których domostwa zmiażdżył budujący się gigant. Najzabawniejsze te o ludziach, dla których świat kończył się na nowohuckich rogatkach. Na Kraków spoglądali ze strachem i rezerwą.
Renata Radłowska przekonuje, że nic co nowohuckie nie jest jej obce. Pozwala swym postaciom przemawiać własnym głosem. Spogląda na nich z ogromną empatią. W jej ujęciu Nowa Huta nie jest skansenem Polski Ludowej (jak chciano by ją widzieć), ani dzielnicą szarych blokowisk i chuliganów. Dla dziennikarki liczą się ludzie, ich przywary, słabostki i małe szczęścia. Dzięki temu zbiór mini reportaży nabiera humanistycznego poloru. To oni kiedyś walczyli dla ułudnej idei, dziś mówią o tym z dystansem, ale i żalem. Każda historia w jakimś stopniu dotyka i zastanawia.
Ciekawa książka. Warto!
Ocena: 





P.S. Bardzo chciałabym Wam pokazać kilka zdjęć spod kombinatu, ale jak na złość wszystkie się gdzieś schowały. Pech.
Może Cię również zainteresuje:
- Nie tylko zdjęcia 04/08/2010
- „Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła” Andrzej Kozioł 04/12/2009
- Najśmieszniejszy przewodnik po Krakowie 14/05/2010
- „Gottland” Mariusz Szczygieł 06/06/2008
- Na Mickiewicza w Krakowie mordują 24/10/2010
- „Afrykańska odyseja” Klaus Brinkbäumer 06/10/2009
- „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” Magdalena Samozwaniec 25/02/2010










Dzięki za tę zachętę. Mam w planie lekturę tej książki, ale nie wiem, kiedy uda mi się do niej zajrzeć. Po Twoim tekście chyba nastąpi to szybciej :-)
Jarku cieszę się :-) myślę, że książka jest warta uwagi tym bardziej, że Huta to bardzo niedoceniony literacko rejon Krakowa. Poza tym książka Radłowskiej jest malutka, składa się z krótkich tekstów, więc czytanie jej nie zabiera wiele czasu.
Przyszedł czas na hymn pochwalny :)
Och jej, od czego by tu zacząć… Zawsze miałam problem z wyborem kolejnych książek, które chciałabym przeczytać (jakoś nie lubię przeglądania księgarni internetowych pod kątem recenzji, a strony typu Biblionetka mnie irytują), więc blogi czytelnicze wydawały się moim wybawieniem, bo metoda prób i błędów jest zawodna, a szukanie po nazwiskach zawęża pole widzenia. Taaa, ale zanim ja znalazłam kogoś, kto podziela moje gusta literackie trochę się zeszło (nie mówię, że nikogo takiego nie ma), a właśnie Twój blog od kilku tygodni dostarcza mi nowych pomysłów na czytanie. Pierwszy raz trafiłam tu z okazji tekstu o śmierci Whartona i uznałam, że nie mogę zapomnieć o stronie, której autorka podziela moją niechęć do tego autora. Zawsze fajnie jest mieć inspirację :)
Liritio wszystko to co piszesz jest szalenie miłe :) Mnie zawsze bardzo cieszy, gdy moje pisanie nie trafia w próżnię i kogoś zainspiruję do sięgnięcia po książkę. W czasach przed blogowych też próbowałam sugerować się biblionetką, ale nic dobrego zazwyczaj z tego nie wychodziło, więc rozumiem w czym rzecz :)Pozdrawiam!
Lubię historie z „tamtych” czasów, czy też z „tamtymi” czasami zazębione. Podobał mi się „Busz po polsku” i parę innych zbiorów krótkich form, więc pewnie i panią Radłowską upoluję. W końcu przepędziłem w Hucie 1,5 roku z mojego żywota, a to do czegoś zobowiązuje :D
Pingback: „Nowohucka telenowela” Renata Radłowska
Książka przykuła już moje oko, teraz wiem, że warto po nią sięgnąć
Bazyl: To mnie zaintrygowałeś ;) Czyżbyś był Krakowianinem?
Lilithin: Cieszę się, że Cię zainteresowałam.
Nie, ale miałem mały epizod studencki. Skończył się konstatacją, że fizyka i krystalografia nie są moimi atutami i nie da się z humanisty zrobić inżyniera :D
Ha! Też mogłabym mieć podobne doświadczenia, gdybym tuż po maturze nie stwierdziła, że z humanisty nie będzie dobry ekonom. Tak mi się przynajmniej zdaje ;)