Czy jest ktoś kto jeszcze nie czytał Pettersona? Do tej pory to byłam ja i prawdę mówiąc zupełnie nie kwapiłam się, aby zmienić ten stan rzeczy, pomimo napływających zewsząd głośnych zachwytów nad subtelnością i, jakże skandynawskim, chłodem bijącym z „Kradnąc konie”. O tym, że jednak przeczytałam zadecydował kompletny przypadek – zobaczyłam na półce w bibliotece i jakoś tak nie mogłam się oprzeć i odmówić sobie przyjemności zanurzenia się po raz kolejny w mrokach dalekiej północy, tym bardziej że nie przypominam sobie, abym dotychczas czytała cokolwiek norweskiego.
A jednak coś było na rzeczy skoro dotąd nie zainteresowałam się Pettersonem, bo „Kradnąc konie” to pierwsza skandynawska powieść, która zupełnie mi się nie podobała. Okazało się to to być przewidywalną historyjką o dramatach dzieciństwa, dojrzewaniu i starzeniu. Apoteozą przemijania i kruchości istnienia. Naprawdę nie rozumiem skąd te gremialne zachwyty, bo w tej powieści nie ma absolutnie niczego wartego uwagi, albo inaczej – nie ma niczego czego wcześniej by już nie napisano. Gdyby chociaż akcja toczyła się odrobinę bardziej miarowo, ale „Kradnąc konie” to w gruncie rzeczy powieść akcji pozbawiona. Składa się ze statycznych obrazków i wspomnień przeplatanych porządną dawką opisów przyrody, co od razu przywiodło mi na myśl nudne (jak flaki z olejem) szkolne lektury, w których ważkie kwestie łączono z kilometrami przymusowej kontemplacji uroków natury. Brrr
Petterson opowiada historię Tronda – samotnego introwertyka, który na starość postanawia zamieszkać z dala od cywilizacji i zakończyć swój średnio udany żywot w zgodzie z rytmem natury. Przypadkowe spotkanie z sąsiadem uruchamia lawinę wspomnień z dzieciństwa. Owe lato 1948 roku było momentem inicjacji chłopca, który wówczas po raz pierwszy zrozumiał czym jest przyjaźń, czym życie, a czym pożądanie. Lato ze wspomnień przeplata się z równie ospałymi obrazkami norweskiej zimy. Właściwie nie miałabym nic przeciwko, gdyby Petterson ograniczył się tylko do części zimowej, bo letnie epizody za bardzo przypominają western. Za dużo tam kowbojskiej szarży, koni i drewna. Mogłabym nawet jakoś przełknąć tą dojmującą melancholię (żeby nie powiedzieć nudę…), gdyby finał choć odrobinę mnie zaskoczył. Nie zaskoczył. Był tak samo niemrawy, jak reszta historii.
Przewidywalna, nijaka i obła, jak ryba. Wyłącznie dla wielbicieli opisów rąbania drewek i kontemplacji nudy. Dziewczyny co Wy w niej widzicie?
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- Za ścianą 14/03/2011
- Drobiazg 26/04/2010
- Być może rozczarowanie roku 27/07/2011
- „To, co zostaje” Glen Duncan 04/12/2008
- „Mądre dzieci” Angela Carter 26/06/2008
- „Ludowy akt miłości” James Meek 09/09/2008
- „Wyjechali” W.G. Sebald 12/11/2008










nie czytałam :)
bosssssska recenzja :)
Mary, zgadzam się, recenzja boska. Zwłaszcza ostatni akapit ;)
W szoku jestem, bo zazwyczaj spotykałam się z pozytywnymi opiniami na temat tej książki. Nawet chciałam ją ostatnio kupić, bo była w interesującej cenie. Widać, będę musiała to jeszcze przemyśleć ;)
Ja nie rozpływałem się w zachwytach przy recenzji, mnie generalnie ta książka znudziła i zgadzam się z tym, co tutaj o niej napisałaś.
Nie czytałam. Intrygowaly mnie pochwały na blogach, ale tematyka nie tak do końca „moja”, na bibliotekę nie miałam co liczyć,a kupować nie miałam zamiaru. I dzięki Bogu, jak widać,a raczej czytać.
Pingback: “Kradnąc konie” Per Petterson
Zosiu, tak naprawdę wszystko zostało już napisane, każda myśl i każde słowo. Wszelaką nowością jest jedynie kompozycja;) Co do książki samej, czytałam dopiero fragmenty, toteż się nie wypowiem. Ale na półce sobie stoi i czeka. Hm, a tak właściwie, odpowiadając pytaniem na pytanie, co do tej kontemplacji nudy i rąbania drewek: a cóż było ciekawego w kilometrowych opisach walki Santiago z marlinem? A jednak opowiadanie Hemingwaya mnie urzekło. Pozdrawiam:)
Mary: A dziękuję :)
Germini, Szamanko: Niestety książka kompletnie mi do gustu nieprzypadła. Przypuszczałam, że tak będzie, ale ciekawość wzięła górę. I faktycznie to nie jest to, ale dziewczyny były zachwycone, więc… Jedna malkontentka pośród tłumu zachwytów ;)
Jarku: Witaj w mych skromnych progach. I miło, że nie tylko ja odniosłam się krytycznie do Pettersona :)
Litera: „Stary człowiek i morze” to mój koszmar z podstawówki ;) Do tej pory nie mogę przemóc się do Hemingwaya, ale ciekawa jestem więcej czy również będziesz w frakcji za czy frakcji przeciw ;)
sporo osób jeszcze nie czytało, widzisz? Ja też!
Ufff to dobrze, myślałam, że tylko ja tego nie czytałam ;) Swoją drogą Kalio właśnie sobie sprawiłam „Krajobraz miłości” :)
nie pożałujesz, uwierz mi:)
Ja nie czytałam. I raczej nie przeczytam ;))
ups… ja nie czytałem Pettersona… no ale co z tego, nadrobię to przecież;)
Zosiu, bywam często i już od dłuższego czasu, ale dopiero przy Pettersonie postanowiłem zostawić ślad po sobie :-)
hm, ja nie czytałam;)
He he, w takim razie może mi się podobała, bo ja uwielbiam rąbać drewno;) Zresztą kontemplacja nudy jest moim marzeniem, szkoda, że rzadko osiągalnym;) Faktem jest, że mnie się Petterson bardzo podobał, nie nudził mnie, raczej zanurzyłam się w tamten świat i tak jakoś sobie w nim żyłam. Nic odkrywczego, to prawda, ale to już niestety chyba przypadłość naszych czasów… Super jest czasem przeczytać, że komuś się nie podobało coś, co mnie zachwyciło, naprawdę – jest to odświeżające i zachęca do rewizji własnych odczuć:) A w dodatku Twoja recenzja jest napisana ze swadą, więc z przyjemnością ją przeczytałam:)
Kalio trzymam Cię za słowo :)
Matylda :)
Mr Lupa: A jesteś pewien, że Ci to do szczęścia potrzebne ;)
Jarku: A to w takim razie podwójnie miło :)
Chiara :)
Padma myślę, że masz rację, że od czasu do czasu nie zaszkodzi przeczytać krytycznej recenzji swojej ukochanej książki, choćby po to, aby się kompletnie z nią nie zgodzić. I faktycznie trudno powiedzieć coś nowego w czasach, gdy już wszystko powiedziano.
Zosiku pierwszorzędna recenzja! Jestem ogromną entuzjastką twojego lekko ironiczno-zgryźliwego stylu, któremu dałaś upust besztając właśnie Pettersona:)) Ja bynajmniej „stoję” po drugiej sronie barykady, Pettersonem zauroczona byłam i jestem nadal. Bywa, że potrzebuję czasem odskoczni od pędu, od szybkości życia, poszukuję wówczas innych doznań, „kontenplacji nudy” (byc może). Petterson zaserwował mi właśnie taką wyciszającą skalę emocjonalną. Jestem na tak!:)))
Swoją drogą świetnie się czyta tak skrajne recenzje.
Foxinaa tak sobie myślę, że Pettersonem będzie tak, jak z na przykład „Białym zębami”, które też wzbudzają bardzo skrajne emocje. Mi się podobało, ale wielu odrzuciło. Coś w tym jest, ale ja lubię takie kontrowersje :)
Ach i muszę dodać, że cieszę się, że do blogowania powracasz :)
Ja również nie czytałam tej ksiązki. Wyzwaniowo zabrałam się za drugą książkę tego autora i dla mnie totalna klapa.
Mnie sie rowniez bardzo Twoja recenzja podobala. Mnie „Kradnac konie” urzekla, ale juz „In the Wake” zupelnie nie, nie wiem dokladnie z czego to wynika. Ale moze tak jak Padma lubie czasem poczytac o czyms bardzo spokojnym, wrecz nudnym. Siedzenie samotnie, wspominanie, niby nic nowego, ale na nadmiar wrazen w zyciu – idealne! Moze potrzebowalam czegos takiego, takiej przystani spokojnej, no i zatesknilam za samotna wyspa gdzies w Szwecji, gdzie moglabym sobie patrzec w morze i czytac.
i ja nie czytalam Pettersona, jak widac nie jestes sama Zosik:)
Ania: Drugiej Pettersona raczej czytać nie będę. Jedno „Kradnąc konie” to dużo ;)
Kimura: Byłam ;)
Chihiro może faktycznie coś w tym jest, że jest to powieść dobra, gdy potrzeba wyciszenia i, aby się podobała trzeba mieć odpowiedni nastrój.
ja w ogole chcialam powiedziec ze boski jest ten kotek czy cuś rozwalony na fotelu na górze Twojej strony ;))))))))
Och dziękuję Ci Mary :) Ten kot idealnie oddaje moją leniwą naturę zwierzęcia kanapowo – fotelowego ;)
Przyznaję jak Ty: próbowałam ją czytać na szczęście miałam tylko wypożyczoną z biblioteki ( bo chyba bym się załamała gdybym dokonała takiego zakupu ) i.. niestety kompletnie mi się nie podobała !!
Nie przeczytałam jej również do końca chyba tak do 80 strony doszłam.
No więc widzę, że wiele osób zrobiło podstawowy błąd… zostawiło książkę w jej 1 części. Tez zastanawiałam się za co te nagrody i ohy i ahy. Ale uparłam się, wszak Norwegia to moja pasja, muszę czytać dalej. Książka nabrała sensu, uroku i wszystkiego czego potrzebowała w 2 i 3 części. Owszem dalej nie nazwałabym jej „wydarzeniem literackim” ale zostawiła takie jakieś ciepełko na sercu :)
Pimpinellanisum: Jakoś nie mam ochoty zgłębiać pozostałych części pomimo Twojego entuzjazmu. Styl Pettersona zupełnie do mnie nie przemawia ;)
rozumiem, że niektórym nie podoba się ta książka, jednak ja ją uwielbiam.
A ja czytałam i bardzo mi się książka podobała. Być może trzeba odrobiny cierpliwości, a może to książka dla hm..dojrzalszych czytelników? Ja byłam zachwycona swobodną, łagodną i niezwykle płynną prozą Pettersona. osobiście, polecam.