„Kielonek” Alain Mabanckou
Czegoś takiego jeszcze nie czytałam! „Kielonek” kongijski pisarz Alaina Mabanckou to powieść, która zachwyca świeżością, buńczucznością i żywiołową narracji, a przy okazji jest niezwykłym dowodem ogromnej erudycji autora, który bawi się rozmaitymi literackimi odniesieniami.
To powieść przezabawna i mądra. Myślę, że jedna z najciekawszych jakie miałam okazję przeczytać w tym roku. Komediodramat z udziałem bywalców wyszynku o wdzięcznej nazwie „Śmierć kredytom”, którego dzieje w specjalnym kajeciku spisuje tytułowy Kielonek, były nauczyciel obecnie stały gość spelunki i pożeracz wyścigowych kurczaków. Nie jest on zresztą jedynym ekscentrykiem, bo Mabanckou zaludnił powieść całą galerią dziwolągów wszelakiej maści. Ludzi wykorzystanych, oszukanych i przegranych. Degeneratów, wioskowych głupków, pijaków i temu podobnych dziwów. Ludzi z marginesu z całym bogactwem ich wykolejonych żywotów. Te specyficzne ludyczne igrzyska jako żywo przypominają mi rozmaitych ekscentryków z wczesnych filmów Federico Felliniego, a już zwłaszcza mój ukochany „Amarcord” – film, w którym to co cielesne i śmieszne sytuowało się w kontrze do mrożącej krew żyłach powagi (czyli powoluteńku kiełkującego faszyzmu). W „Kielonku” jest też sporo z „Gargantui i Pantagruela” Franciszka Rabelais, ale na tym nie kończą się literackie aluzje, jako że powieść Mabanckou jest cała upstrzona mnóstwem takich smaczków, a których odkrywanie tylko potęguje przyjemność płynącą z tej niezwykłej lektury. Bo w „Kielonku” jest i coś z Houllebecqa (obśmiałam się, jak norka, bo tytułem jego najbardziej znanej powieści Mabanckou zwykł określać pewną część męskiego ciała ;) i Marqueza i Prousta i Geneta i Llosy i Zoli i wielu, wielu innych.
Jednak niezwykłość tej powieści nie kończy się na dowcipnym opisie bandy sympatycznych wykolejeńców (odrobinę podobnych do tych z „Tortilla Flat” Johna Steinbecka) i literackich gierkach. Paradoksalnie to o czym teraz napiszę mogłoby być największą wadą „Kielonka”, a jest dokładnie odwrotnie. Mowa o braku kropek. I dużych liter na początku akapitów (bo o osobnych zdaniach nie ma mowy). Taki z Mabanckou łobuziak, a że jest on utalentowanym oratorem, wiedział, jak nadać powieści odpowiedni rytm. Co to oznacza w praktyce? Że „Kielonka” czyta się dosłownie jednym tchem, bo skoro nie ma kropek nie ma się na czym zatrzymać, nie ma chwili na oddech, przerwę, od pierwszych słów wciąga głęboko, bawi i rozśmiesza, rozśmiesza i bawi, zaskakuje, a czasem nawet zasmuca i co ciekawe – ani na chwilę w tym najdłuższym zdaniu świata, swoją drogą pełnym dygresji, nie gubi się wątku, ani rytmu, bo rytm sprawia, że się czyta, czyta i czyta, a słowo umykają, niepostrzeżenie doprowadzając do końca, a wtedy nachodzi czytelnika bolesna refleksja, bo jak to możliwe, że już koniec, że nie ma, że co, że jak? Mówię (piszę?) wam – rytm to jest to. Tłumacza powieści, Jacka Giszczaka powinno się żywcem ozłocić i wystawić w gablotce z napisem – oto wybitny translator, który nie pogubił się w językowych zawiłościach i, mówiąc krótko, dał radę (a łatwo z pewnością nie było). I niecierpliwie czekam, aż jakiś teatr pokusi się o sceniczną adaptację „Kielonka”, bo jest to gotowy materiał na świetny monodram.
Rewelacja! Pyszna zabawa z literaturą. Powieść, po którą mam zamiar sięgnąć jeszcze nie raz i Wam również gorąco ją polecam.
Ocena: 





A jako bonus próbka swawolnej narracji Alaina Mabanckou:
poznałem Drukarza, jak poznaje się większość nowych osób w tym barze, zjawiają się nie wiadomo skąd i oto stają przede mną ze łzami w oczach, przemawiają drżącym głosem, a ten typ, mam na myśli Drukarza, chciał ze mną rozmawiać od pierwszego dnia, w którym postawił platfusy w barze „Śmierć kredytom”, naprawdę miał chęć rozmawiać, rozmawiać ze mną, z nikim innym, i krzyczał „chce z tobą pogadać, chcę z tobą pogadać, to ciebie zwą Kielonek, co, chcę z tobą porozmawiać, mam ci wiele do powiedzenia, pozwolisz, że się dosiądę i zamówię flaszkę” (…)
Obszerniejszy fragment można przeczytać tutaj.









o, Zosiku, nie wiedziałam, że też Lubisz “Amarcord”! To piękny film, naprawdę…
A co do książki, to uwielbiam, kiedy po lekturze odkrywam, że to była jedna z lepszych, ważniejszych dla mnie lektur danego roku…to super uczucie.
:) czyli jednym słowem jak najbardziej warto sięgnąć. już Pana lubię, bo ja też nie znoszę dużych liter na początku.
Ciekawe, ciekawe. Literacka Afryka soi przede mną jak dotąd prawie nieodkryta. Zapamiętam, jakże wdzięczny, tytuł ;)
No to chyba wiem, czego będę szukać w księgarni (albo Mikołajowi powiem, czego szukać :)) Zapowiada się coś bardzo ciekawego – śmiesznie się to tak czyta bezkropkowo :)
Chiara: Ubóstwiam “Amarcord” :) To taka scheda po mojej mamusi, która zaraziła mnie miłością szczerą do niego. Zaś co się tyczy pozostałych filmów Felliniego to uwielbiam również “Osiem i pół” (chyba mój faworyt zresztą) i “Casanovę” z Donaldem Sutherlandem. A uczucie, o którym wspominasz to faktycznie piękna rzecz :)
Mary: Myślę, że warto… Fajnie się czyta bez tych liter i kropek.
Matylda: Szczerze to moja bodaj druga książka afrykańska (nie liczę tu “Comedia Infantil”, bo to jednak Szwed napisał) i wyjątkowo miłe zaskoczenie, a tytuł faktycznie nad wyraz wdzięczny.
Pasiakowa: Tak, myślę, że to dobra opcja dla Mikołaja :)
Literatura Czarnego Lądu jest mi niemal zupełnie obca, więc tym chętniej po taką perełkę sięgnę :) Powieść bezkropkowa, no no no… ;)
Moim numerem jeden jest “Giulietta degli Spiriti” czyli w wolnym tłumaczeniu “Giulietta od duchów” (tak, jak Matka Joanna od Aniołów). Nie wiem, czy go Widziałaś? Bardzo lubię też “Rzym” (nie “Rzym, miasto otwarte” tak dla wyjaśnienia), “Casanova” to kompletnie nie moje klimaty;)
Chiara: Nie widziałam “Giuletty”, jakoś nigdy nie trawiłam za bardzo tego słodkiego pyszczka Masiny ;) Ale “Rzym” od lat jest na mojej liście do koniecznego obejrzenia. Podobnie zresztą, jak “Wywiad” i (wstyd się przyznać…) “Słodkie życie”. W ogóle tak mi się przypomniały błogie czasy studiów i wykładów z pewną cudowną panią doktor, która tak pięknie opowiadała o Fellinim, albo Viscontim. Może obejrzę dziś raz jeszcze “Śmierć w Wenecji”… :)
Ana: Oj to jak ja, a “Kielonek” mi zgotował niezłą niespodziewajkę. Jeśli takie jest oblicze współczesnej prozy z Czrnego Lądu to ja proszę o więcej :)
Zosiku, nawet nie masz pojęcia jak mnie zaintrygowałaś tą książką. Przeczytałam fragment udostępniony w sieci i zgadzam się z Tobą w zupełności. Brak kropek niczemu nie przeszkadza, a co więcej, nadaje tej książce rytm. Przy okazji zajrzałam na stronę wydawnictwa. Wydaje się, że to może być nowa jakość na naszym rynku wydawniczym. Ale, jak to mówią, “pożyjemy, zobaczymy”.
Dzięki za fantastyczną recenzję. Pozdrawiam.
Rr-odkowa cieszę się niezmiernie, że udało mi się w Tobie wzbudzić zainteresowanie :) Faktycznie wydawnictwo Karakter to świeżynka na rynku, ale za to zapowiadająca się bardzo ciekawie, poza tym pięknie wydają książki. Po tym, jak bardzo spodobał mi się “Kielonek” już mam na celowniku kolejną ich powieść “To oślepiające, nieobecne światło”.
[...] … dalej » [...]
Ludycznosc i rubasznosc raczej mnie zniechecaja niz zachecaja, ale zapisze sobie tytul i autora i zastanowie sie nad ta pozycja. Tak sugestywnie oddalas jej klimat, masz talent!
słyszałam na temat tej książki wiele dobrego i już mnie świerzbią ręce kiedy to ją w końcu dostane!
trochę to przypomina przesławny “strumień świadomości”. Interesujace, ale mnie brak kropek w czytanym fragmencie przyprawił o bezdech;)
Chihiro: Zastanów się ;) Nie żebym namawiała… ;) Ja strasznie lubię takie ludyczne klimaty, właściwie od czasu, gdy przeczytałam cudowny esej Michaiła Bachtina o karnawalizacji kultury średniowiecznej. Znasz?
Wafel: Nie dziwie Ci się nic a nic, że rączki Cie świerzbią ;)
Peek: Tak, to prawda, trochę to przypomina przesławny strumień i mnie również brak kropek przyprawiał o bezdech zwłaszcza, gdy co lepsze kawałki czytałam na głos Lubemu :)
Nie znam tego eseju, ale karnawaly i bale przebierancow w jakis sposob mnie fascynuja. Zaczelo sie chyba od Pogrzebu Sardynki, znanego swieta na Wyspach Kanaryjskich, od ktorego zaczyna sie tam karnawal, a o ktorym dowiedzialam sie, bedac na Teneryfie po raz pierwszy w wieku 12 lat. Potem zobaczylam obraz Goyi zatytulowany wlasnie “Pogrzeb Sardynki” (http://hi.zpok.hu/maxigas/pick/painting/goya_sardine.jpg) i zauroczyl mnie. Lubie bale maskowe i cala tajemniczosc z tym zwiazana, ale nie wiem, czy to takie bardzo ludyczne…
Bo karnawał karnawałowi nie równy. Bachtin analizował “Gargantuę i Pantagruela” F. Rabelais’go ia na podstawie tej powieści wysnuł winsoki o średniowiecznym karnawale w czasie, którego wszystko to co wysokie spadało z piedestału, a lud zajmował się czczeniem (jakby to ująć?) swej cielesności i wszystkiego tego co powszechnie uchodzi za niskie, śmieszne, rubaszne. Teoria Bachtina, choć ściśle odnosząca się do pewnego okresu w dziejach ludzkości znajduje również znakomite odzwierciedlenie we współczesności. Ten tekst tak bardzo mi się spodobał (bo nie dość, że bardzo ciekawy to jeszcze napisany w sposób niezwykle przystępny), że odwoływałam się do niego w niemal każdej analizie, którą pisałam na studiach i o dziwo jest on na tyle uniwersalny, że poprzez niego można czytać bardzo wiele zjawisk kultury. W tym “Kielonka”, w którym zresztą Mabanckou bezpośrednio odnosi się do Rabelais’go.
A Goyę uwielbiam :) Zwłaszcza jego mroczne grafiki.
[...] można było posłuchać dziś w krakowskim klubie Lokator z ust samego Alain. Autor szalonego “Kielonka” oraz “African Psycho” oko w oko okazuje się być nie tylko oczytanym erudytą, ale i [...]
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Nocna zamieć" Johan Theorin
przy łóżku "Pokonani" Iriny Głowkiny - wciąż, bo czyta się świetnie, ale powoli ;-)
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane