Pisać? Nie pisać? Eeee, co mi tam. Napiszę. W końcu słynę ze swojego rozstrzału literackich upodobań, a książki pisane na podstawie blogów szykują się na mojego nowego konika. Tak, bo „Dziennik ciężarowca” to kolejna (trzecia gwoli ścisłości) blogo-książka, którą łyknęłam w tym roku (o poprzednich dwóch pisałam TU oraz TUTAJ). Całkiem zacna weekendowa lektura, bez przerostu ambicji i nadmiaru pretensji.
To, że sięgnęłam po książkę Kwaśniewskiego nie było oczywiście przypadkowym wyborem. Kiedyś tam czytałam fragmenty jego dziennika (bloga właściwie) na łamach „Wysokich obcasów” i sobie zapamiętałam, że jest ktoś taki i pisze nawet sympatycznie. Później doczytałam, że ów Pan jest etatowym reporterem Dużego Formatu, co samo w sobie jest dla mnie dobrą rekomendacją pisarskich umiejętności. Znalazłam w bibliotece, przyniosłam do domu i połknęłam w ciągu weekendu, bo to taka lektura na koniec tygodnia (albo do autobusu), gdy przeterana głowa domaga się odrobiny odpoczynku. W „Dzienniku ciężarowca” zdecydowanie nie ma nad czym dumać, ani czego roztrząsać, a gładkie pióro autora sprzyja szybkiej konsumpcji. Rzecz tyczy się ciąży widzianej z męskiej perspektywy. Od bladoniebieskiej kreski na teście po krwawy finał. I tak sobie myślę (bardziej doświadczone w tej materii koleżanki poproszę o ewentualne naprostowanie), że choć to kobieta nosi ten słodki ciężar to i mężczyzna potrafi się w całą operację mocno zaangażować. Zatroskany, ale i nerwowy, ba czasem wręcz przejawiający skłonność do histerii, przyszły tata Kwaśniewski relacjonuje z podziwu godną skrupulatnością to wielkie 9 miesięcy czekania. Choć chwilami oprzeć się nie mogłam wrażeniu, że za głęboko wpycham nos w sekrety alkowy, nie mniej jednak czyta się te zapiski bez zażenowania a z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kwaśniewski potrafi zajmująco opowiadać, a czasem nawet przerażać i zirytować. Ładnie pisze o emocjach, o swych wątpliwościach i lękach, ale co najważniejsze z ogromną szczerością opowiada o walce ze swoją przeszłością nałogowego hazardzisty. „Dziennikowi ciężarowca” zresztą również pod innymi względami daleko do cukierkowej sielanki a’la chick lit.
Dobrze mi się czytało i cieszę się, że na blogo-książkę Tomasza Kwaśniewskiego się skusiłam. Niezła rzecz do szybkiej lektury.
Ocena: 





A gdyby ktoś miał ochotę, to oryginalną wersję można poczytać o tutaj.










cyz to jest styl pana, który pisze „JESTEŚMY w ciąży”? I „MAMY mdłosći”?
Jeśli tak, to nie, dziękuję;)
Mam uraz na punkcie facetów, którzy ciążą żony dzielą się w sposób inny ponad sprawczy, bo zwyczajnie wiadomo, że tego typu tatusiowie jakby nie chcieli, w ciąży nigdy zamiast pani nie będą. Ale może to nie te klimaty. Tak czy siak, rodzaj książki, który mnie kompletnie nie interesuje.
Coś w ten deseń Chiara. Tzn może nie ma mdłości, ale bardzo się angażuje w cały proces i o ciąży mówi w liczbie mnogiej, czyli „JESTEŚMY w ciąży” i Twój komentarz skierował mnie ku pewnemu tropowi, który jakoś nie przyszedł mi do głowy, gdy pisałam. Otóż to jego „miękkie” zachowanie to kolejny dowód na kryzys męskości (trochę się tym interesowałam przy okazji pracy magisterskiej), bo w dawnych czasach, gdy kobiety były płoche i zniewolone facet się do ciąży nie mieszał, a teraz sam ją musi przeżywać, a raczej kultura mu każe ;)
Pingback: “Dziennik ciężarowca” Tomasz Kwaśniewski
Ooo, a ja pana Kwaśniewskiego uwielbiałam czytać w Wysokich Obcasach. I kompletnie o nim zapomniałam, gdy już przestał się ukazywać co sobotę.
Miło byłoby wejść w posiadanie tej książki, ale jak mnie w końcu przyprze, to pewnie i wersją on-line nie pogardzę ;)
Chiara, może zerknij jednak na tego bloga? A nuż Ci się spodoba :)
Gemini to się cieszę, że Ci o nim przypomniałam :) Ma fajne lekkie pióro. Może jeszcze się skusi na napisanie jakiejś książki.