„Zlew” Paweł Oksanowicz
Gdyby któraś z Was (wybaczcie Panowie, że chwilowo zwrócę się li tylko do niewiast) była ciekawa co siedzi w głowie faceta (a stosuje to kolokwialne określenie z premedytacją) w typie macho mogę szczerze polecić powieść Pawła Oksanowicza. „Zlew” to chaotyczny strumień narracji, gorączkowa gonitwa myśli i seria groteskowych epizodów z życia mężczyzny, który (za przeproszeniem) wypiął się na swojego pracodawcę i odtąd nie potrafi odróżnić rzeczywistości od wirtualnego otoczenia. Zresztą to otoczenie wirtualno-rzeczywiste dość paskudnie sobie z nim pogrywa. Była żona usiłuje ściągnąć z Frania alimenty, Franio ściga swoje trzy cyber- dziewczyny uosabiające różne aspekty kobiecego ideału. Wirtualne dziewczyny wypięły się na swego twórcę tak samo, jak on na swoją pracę, wyskoczyły z Internetu i buszują w (tak zwanym) realu, po jakimś dużym mieście do złudzenia przypominającym Warszawę. Frania z kolei ścigają banki za długi, które na jego konto zrobiły wirtualne dziewczyny. Ściga go także śmierć w postaci starowinki z pieskiem i pewnie jeszcze kilka innych przypadkowych osób. Bezładność narracji „Zlewu” odrobinę przypomina amerykańską komedię slapstickową spod znaku wczesnego Charliego Chaplina i Bustera Keatona – fabuła tych filmów w głównej mierze opierała się na ciągłej gonitwie, paśmie następujących po sobie ucieczek. Jednak, jakkolwiek wiele pościgów w powieści Oksanowicza by nie było, jednoznaczne porównanie książki z pierwszymi komediowymi wprawkami kina, byłoby mocno krzywdzące dla autora.
Przypomniało mi się również „Niehalo” Ignacego Karpowicza. Tam był dzień z życia prowincjonalnego magistra polonistyki, tutaj tydzień (czy coś koło tego) z życia zblazowanego ex pracownika branży IT. Wbrew pozorom więcej łączy niż dzieli obie powieści, choć społeczny kontekst, z którego wyrastają uległ dość drastycznej przemianie na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Karpowicz wyszedł od „radiowomaryjnopatriotycznych” klimatów, które z dzisiejszej perspektywy wydają się być dość mocno passe, ale prócz nazwania Wertera (uwaga, będzie cytat z niecenzuralnym słowem) głupim chujem, udało mu się stworzyć gorzki portret Białegostoku jako zapyziałego miasta, w którym rząd (dusz) niepodzielnie sprawuje armia emerytek w beretach z moheru. Realistyczna powieść zmienia się opowieść z pogranicza snu, groteski i absurdu. I tak też jest w „Zlewie” – bez moherowej armii, ale z podobnie skonstruowanym światem: wynaturzonym, irracjonalnym, a jednak w jakiś sposób prawdziwym. Troszkę tak, jak w bajce – ale w żadnym wypadku nie czytajcie „Zlewu” swoim dzieciom – wystraszą się i nie będą mogły spać.
Obie powieści są zapisem frustracji na tle społecznym i kulturowym. U Karpowicza najbardziej dojmujące było poczucie bezsilności i braku perspektyw. Z Franiem ze „Zlew” jest już zgoła inaczej. Miał perspektywy, o których Maciek z „Niehalo” mógł jedynie pomarzyć, nie potrafił sobie jednak poradzić z ich ciężarem, stając się żywym dowodem na rozpasanie klasy próżniaczej. Zblazowanej i skupionej na sobie, która ma wszystko zarazem nie mając nic (trochę tak jak w „Niewyspanych” Marty Kuszewskiej, choć scenarzystka „M jak Miłość” pisze w zupełnie innym stylu). I o tym mniej więcej opowiada Oksanowicz. O Franku próżniaku, którego rzeczywistość odrobinę przerosła. Jeżeli coś w „Zlewie” mnie zmęczyło to była to męska perspektywa i poszarpana (kolażowa?) narracja. Jednak trudno byłoby pisarzowi nie odmówić celnego spojrzenia na polskie tu i teraz, a także obraz wielkomiejskiego Polaka – znudzonego cwaniaczka. Interesująca powieść, choć spojrzenia (jak i styl) Pawła Oksanowicza nie do końca to czego szukam w literaturze.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten post jest jedyny w swym rodzaju ;-)









Zastanawia mnie, jak taka subtelna niewiasta jak Ty, taka oczytana, posługująca się pięknym, godnym i giętkim językiem ojczystym sama nie próbuje coś napisać. Twoja Zosiczku stylistyczna poprawność, dyscyplina logiczna wszelkich wywodów, zmysł obserwacji, umiejętność kojarzenia i zderzania faktów i konstrukcji filozoficzno estetycznych mogłaby z pewnością zaowocować jakimś nawet wiekopomnym dziełem. Dziś, gdy tyle chłamu „literackiego” ma aspiracje artystyczne, Ty mogłabyś napisać coś wartościowego, coś za co nasza współczesna kultura z pewnością by sie nie powstydziła. Bo któż jeszcze pisze tak pięknie jak Ty. Zwłaszcza w zapluskwionym Internecie.
Pomyśl nad tym. Zamiast pastwić sie nad twórczością innych i krzesać na próżno swój talent, lepiej sama pomyśl o pisaniu. Warsztat masz wspaniały, miejsce publikacji też niezłe. Więc do dzieła.
Ty, taka spostrzegawcza Dziewuszka z pewnością znajdziesz w zasięgu ręki niejeden atrakcyjny temat.
Wystarczy odrobinę odwagi.
Życzę sukcesu.
Jean
A mnie ta książka pasuje. Świat widziany oczyma zamotanego w życiu mężczyzny, ma coś z komedii, coś z tragikomedii. Mężczyzn lubię, bardzo, i dlatego, że ich lubię, traktuję ich czasem z litością i wyrozmiałością. Pozdrawiam.
Jean: Proszę sobie ze mnie nie podkpiwać :) Każdy pisze na miarę swych możliwości a ja doskonale zdaje sobie sprawę ze ułomności swego warsztatu, więc proszę mi tu nie słodzić, bo jeszcze za bardzo uwierzę w siebie i (nie daj boże) w głowie do szczętu mi się przewróci. Poza tym, a stwierdzam to z przykrością, nie umiem opowiadać historii. Zawsze bliższa mi była pozycja wrednego krytyko-wymądrzacza niż kreatywnego twórcy.
Matylda: Gdy czytałam „Zlew” tak sobie właśnie myślałam, że to jest literatura w Twoim typie.
Zosiczku, Ty się nie kryguj, ja też myślałem, że moim jedynym priorytetem, immanentnie związanym także z moim, wyjątkowo wrednym charakterem, jest satyra i kpina z tych, którzy na to zasługują. I uprawiałem satyrę i kpiłem do bólu, aż przyszedł czas, że z tej kpiny powstawały konstrukcje fabularne, a wtedy opowieść plecie się sama. Spróbować warto. Polecam. A język przecież masz… nie będę się powtarzał.
A propos – satyrą zajmuję się nadal.
Jean
Ciekawe, czy już załapałaś Zosiczku znaczenie tego mojego nicka?
jeśli ten komentarz nie zniknie gdzieś w ceberprzestrzeni, to będzie cud, ale próbujmy
Jeśli chodzi o czytanie dwóch książek na raz, to jestem tak samo jak ty- przeciwniczką tegoż zjawiska i Ty bardzo trafnie wyjasniłas, dlaczego ja nie lubię czytać dwóch książek na raz, więc ja już nie będę tego powtarzała:)
A ten Zlew nadal patrzy na mnie z boku, ja na niego i tak się czaimy;)
Kalio, nie jestem Tobą, ale podczytuję Twojego bloga od dość dawna i zdążyłam się mniej więcej zorientować w jakim typie literatury gustujesz i tak sobie myślę, że „Zlew” raczej w tym typie nie jest, choć mogę się mylić, jestem tylko omylną istotą ;) Myślę, że „Bracia” Da Chena bardziej Ci przypadną do gustu, bo to taka epicka saga ze sporym rozmachem. Mi podoba się bardzo i szczerze Ci ją polecam :)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane