Zaskakująco dobra książka, a właściwie zbiór opowiadań. Nierównych, ale zdumiewająco dobrych.
Sięgając po „Tłumacza chorób” nie spodziewałam się zbioru opowiadań. Nie wiem czemu byłam przekonana, że Jhumpa Lahiri zadebiutowała powieścią. Możecie się zatem jedynie domyślać, jakich rozmiarów była moja konsternacja, gdy po obiecująco rozpoczętej historii kryzysu w związku amerykańskich hindusów pisarka urwała wątek i przeskoczyła kilkadziesiąt lat wstecz, aby rozpocząć snucie następnej (nie mniej obiecującej) opowieści o przyjaźni Bengalczyka i pary Hindusów widzianej oczami małej dziewczynki. Nie powiem, poczułam się odrobinę wystrychnięta na dudka (co zresztą wynikło tylko i wyłącznie z mojego wrodzonego gapiostwa), bo (podobnie, jak większość mych krajan) nie przepadam za krótkimi formami literackimi, poza tym już zdążyłam rozgościć się w życiu pary z pierwszego opowiadania, a tu taki zawód. Ale! Jak mawiają mądrzy ludzie – nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło i dokładnie tak było z Jhumpą Lahiri.
Na „Tłumacza chorób” składa się dziewięć opowiadań z akcją osadzoną w środowisku hinduskich emigrantów w USA. Każda kolejna historia jest lepsza od poprzedniej. Nie wiem czy jest to celowy zabieg pisarki, czy opowiadania zostały uszeregowane w kolejności powstawania, bo jeśli tak, to z łatwością można prześledzić stopniowy rozkwit niebywałego talentu Jhumpy Lahiri do opowiadania obyczajowych historyjek z ogromną dozą empatii, jednocześnie podsycając niepokój. Opowiadania Lahiri są ciepłe, pełne emocji, ale czytelnika nie opuszczają nieokreślone złe przeczucia. Jak w horrorze – to poczucie, że „coś” czai się za krzakiem, tyle że „Tłumacz chorób” to nie horror, a to niepokojące „coś” kryje się w skomplikowanych relacjach ludzi, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Postaci z opowiadań nawet jeśli żyją długo to już niekoniecznie szczęśliwie. Doskwiera im samotność, poprzez swój status emigranta czują się wyalienowani i zagubieni. Nierozumiani i samotni.
Historyjki Lahiri nie są równe, ale każda jest przynajmniej dobra. Im bliżej końca, tym głębiej wbijają w fotel. Choć są to de facto zamknięte całostki, swobodnie mogłyby stanowić zalążek dłuższych opowieści. Stąd niedosyt, który towarzyszył mi niemal do samego końca. Ostatnie opowiadanie – „Trzeci i ostatni kontynent” - o hindusie, który wynajmował pokój u wiekowej Amerykanki, dla odmiany jest takie akurat. Wycyzelowane i dające poczucie pełni. Większa ilość słów przytłumiłaby jego siłę rażenia i pewnie właśnie dlatego „Trzeci i ostatni kontynent” trzepnął mną do tego stopnia, że nie mogłam uwolnić się od niego jeszcze przez wiele godzin.
Niesamowita książka. Genialny debiut wypadałoby dodać, jak najbardziej słusznie uhonorowany Nagrodą Pulitzera w roku 2000. Polecam nie tylko miłośnikom literackich miniatur.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Aranżowane małżeństwa” Chitra Banerjee Divakaruni 23/12/2008
- „Kolory miłości” Preethi Nair 22/08/2008
- „Czas postu, czas uczty” Anita Desai 09/10/2009
- Zadie Smith przedstawia „Księga innych ludzi” 30/05/2009
- Preethi good thing 24/08/2010
- „Sto odcieni bieli” Preethi Nair 12/07/2009
- „Piąta strona świata” Kazimierz Kutz 04/03/2010










Pingback: „Tłumacz chorób” Jhumpa Lahiri
Ja formy krótkie uwielbiam:) I już nawet nie wskazuję na Murakamiego, którego opowiadania ostatnio mnie zachwyciły, ale sięgnę dalej, do Raymonda Carvera, który całą historię bohaterów potrafi ująć na jednej [dosłownie!] stronie;) Coś pięknego.
wydaje mi się, że dawno temu to czytałam i chyba mi się podobało…no, chyba, że z czymś pomyliłam;))
Litera: Tak w ogóle to ja nie lubię opowiadań i raczej ich unikam, ale faktycznie znam kilka chlubnych wyjątków. Pomijając „Tłumacza chorób” będzie to oczywiście „Wszystkie boże dzieci tańczą” Murakamiego oraz „Małomówność lady Anny” Sakiego – zdecydowanie mój numer jeden w kategorii opowiadań. Zabójczo inteligentne króciuteńkie opowiastki z życia angielskich wyższych sfer. Kapitalna książka :) Pisałam o niej tutaj.
Chiara: Ach ta ulotność pamięci ;)
Swietnie pamietam kazde opowiadanie (a to sie rzadko zdarza), bo zrobily na mnie duze wrazenie. Bardzo subtelne i bardzo trafnie opisujace niuanse zycia w obcej kulturze. Lahiri napisala potem powiesc „Imiennik”, moze z tym Ci sie pomylilo, ale „Tlumacz chorob” byl jej debiutem. „Imiennik” jest jedna z lepszych ksiazek o tozsamosci, jakie czytalam. Na polce mam jeszcze trzecia jej ksiazke, rowniez zbior opowiadan – „An Unaccustomed Earth”, jak juz przeczytam mozna bedzie oczywiscie spodziewac sie recenzji.
Chihiro mam „Imiennika”, kupiłam go za jakieś nędzne grosze na jakiejś książkowej wyprzedaży. Strasznie mnie kusi zwłaszcza po tym, jak bardzo spodobały mi się opowiadania w „Tłumaczu chorób”.
„Imiennika” połknęłam w jeden dzień, rzeczywiście świetna historia o poszukiwaniu własnej tożsamości. Na drugi dzień po połknięciu książki wybrałam się do kina na film na jej podstawie i też zrobił na mnie dobre wrażenie. O dziwo film dość wiernie trzymał się fabuły książki, więc żadnych zaskoczeń nie miałam, a sympatycznie było pooglądać wcześniej wyobrażony świat oczami reżyserki Miry Nair, która ma na swoim koncie cudowne „Monsunowe wesele”…i jak przed chwilą odkryłam również adaptację książki „Shantaram”., która na półce mojej czeka na swoją kolej…
ach, ta mnogość czytanych książek;)
Czytałam i bardzo przypadły mi opowiadania do gustu wręcz czułam żal jak się dane opowiadanie kończyło bo aż chciało się wiedzieć co będzie dalej.
Pingback: “Aranżowane małżeństwa” Chitra Banerjee Divakaruni