Przedwczoraj (czyli 29 października) zmarł William Wharton. Bywa. Dla tabunu jego wyznawców (a wiem że takich w Polsce nigdy nie brakowało) to z pewnością smutna nowina. Ogromny komercyjny (bo raczej nie literacki) sukces, który odniosły jego pretensjonalne powieści jest dla mnie wciąż i nieodmiennie fenomenem, którego nie ogarniam. NIE OGARNIAM i nie rozumiem.
Niepisana zasada nie pozwala mówić źle o zmarłych, zatem zgoda – schłoszczę jego twórczością, tyle mi wolno. Aby móc w pełni pastwić się nad (pseudo)literackim dorobkiem Whartona specjalnie coś przeczytałam i na me nieszczęście to jednorazowe zetknięcie z jego pisarstwem od lat odbija mi się dokuczliwą czkawką.
Mowa o pretensjonalnym do granic nieprzyzwoitości romansie geriatrycznym „Spóźnieni (Mirabel była sucha) kochankowie” – jednej z nielicznych w mej czytelniczej karierze traum. Książce przerażająco kiczowatej, obrzydliwie sentymentalnej, niesmacznej i swoiście wulgarnej. Od początku do końca złej. Nie źle napisanej, ale źle opisanej. Ten literacki koszmarek, tematycznie korespondujący z tym co na swych łamach prezentują tabloidy, opowiada historię dramatycznego romansu malarza (jakiś autobiograficzny wątek? Wolę sobie nawet tego nie wyobrażać) i ślepej osiemdziesięciolatki, która przed śmiercią chce poczuć smak mężczyzny. Być może „Spóźnieni kochankowie” byliby bardziej strawni, ale (ku mej rozpaczy i zapewne uciesze wielbicieli) Wharton aż nadto wczuł się w opowieść, serwując czytelnikowi pełną paletę naturalistycznych szczegółów miłosnej konsumpcji. Nie powiem, żebym w czasie lektury była dzieckiem, ale do dziś wspominam tą książkę z zażenowaniem, bo odrażający nie jest temat powieści, ale sposób podania.
Są pewne granice, których przekraczać nie wolno, Wharton bez wahania narusza tabu odzierając postaci z całej intymności. Są nadzy i brzydcy, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W „Spóźnionych kochankach” udała mu się właściwie nie lada sztuka. Pod płaszczykiem górnolotnych frazesów o samotności, miłości i akceptacji wcisnął tyle świństewek ile się tylko dało upchnąć w powieści nie narażając jej na etykietkę prozy dla erotomanów. Jako że erotomanką nie jestem, ba, nawet do takiego miana nie aspiruję poczułam się… wykorzystana? Nie, to nie najlepsze określenie, ale w każdym razie było mi niedobrze z tą lekturą. Poczułam się wrobiona w coś na co nie miałam ochotę. W podglądactwo, które mnie nie kręci, nie jara, nie podnieca. Jestem ofiarą Williama Whartona. Nie ja jedna zresztą.
Ktoś jeszcze się dołączy do kółeczka? (Nie, w ramach terapii nie musimy trzymać się za ręce).
[Edit] Pozycja Williama Whartona na polskim rynku wydawniczym to fenomen na skalę światową! Bo czy jakiś inny zagramaniczny pisarz połowę swych książek opublikował wyłącznie po polsku?!
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










Po Spóznionych Kochankach porzuciłam Wharton’a definitywnie. Ale Ptaśka czy Tatę wspominam dobrze. Zreszta gdyby tak porwnac warsztat literacki Murakamiego i Whartona to myślę, że ten drugi wypadł by i tak in plus;)
Peek: Od strony czystu formalnej Wharton faktycznie pisał dobrze, ale to co pisał do tej pory (a minęło lekką licząc przynajmniej z 7 lat) sprawia, że włos jeży mi się na głowie.
Wiesz, a ja powiem Ci tak. Mając 14-15 lat przeczytałam sporo książek W.Whartona. Dziś potrafię wymienić zaledwie pare tytułów, treści nie pamiętam kompletnie. Ale na owe moje nastoletnie, szczenięce lata, jego książki były o tyle ciekawsze niż np. harlekiny, że niejako były przyczynkiem, przedwstępem do innych literackich wędrówek. I nie wstydzę się, że mając te 14-15 lat czytałam „Ptaśka”, „Tato”, „W księżycową jasną noc” czy „Spóźnionych kochanków”. Wtedy takie treści do mnie trafiały, nie powiesz mi, że mając naście lat czyta się – nie wiem – np. „Ulissesa”Jamesa Joyce’a. Wharton to pisarz może naiwny (piszę to z perspektywy trzydziestukilkulatki), ale do młodzieńczych, wrażliwych dusz trafiał. Nie mam zamiaru bronić jego pisarstwa, bo dziś pewnie już po niego nie sięgnęłabym. Ale dla nastolatka jego książki są wartościową lekturą. A co do poziomu pisarstwa, to są i dziś znane nazwiska, po które za nic na świecie nie sięgnę, bo tak trącą naiwnością lub patetycznością, że mnie skręca na sam dźwięk ich nazwiska. Pozdrawiam.
Matylda: Czyli Wharton w latach szczenięcych to ktoś w rodzaju przedszkolanki, przygotowującej do poważniejszych (lepszych?) lektur? Ciekawie to ujęłaś, ale (o czym już pisałam) jego pisarstwo to zupełnie nie moje klimaty, zresztą jako nastolatka niewiele czytałam. Pomijając kilka fajnych lektur szkolnych (Proces albo dramaty Szekspira) z tego okresu szczególnie (pozytywnie) wbiła mi się w głowę lektura „Polki” Gretkowskiej i, co ciekawe, tych nieszczęsnych „Spóźnionych kochankowie” – w sensie negatywnym of course. Wciąż dużo szczegółów z książki pamiętam (a wolałabym zapomnieć ;). Strasznie jestem ciekawa jakich współczesnych pisarzy masz na myśli? Bo mi przychodzi do głowy dwa nazwiska Coehlo i J.L. Wiśniewski. Zgadłam? :)
Ja też parę ksiazek Whartona przeczytałam, zgodnie z niegdysiejszą modą. Być może i masz rację, chociaz mnie ta ‘oryginalnosc’ w podaniu prawdy być może nawet w sposob odrażający i wulgarny nieco ujęła. I chyba z tego wzgledu tą własnie ksiazke uważam za jedną z lepszych, porównując do innych bardziej ckliwych typu Tato, Stado, itp. Potem juz nie wiem, bo chyba było tak jak i w przypadku Coelho – powielanie tematu, banały i bzdury. Pamiętam że też Werniks mnie jakoś urzekł, ale generalnie treści nie pamiętam zbyt dobrze. Coś jednak jest w tym, że mimo takiej ogromnej sławy, słabo tresc przenika to do świadomosci i zostaje na dłużej. Nie zachwycałam sie zresztą nigdy jego tworczością, wolałam Jonathana Carroll’a (który teraz tez juz sie powiela od jakiegoś czasu), no ale w przypadku śmierci zawsze to jest okazja do wznawiania wydawnictw, promowania, itp. Także pewnie od poniedziałku w ksiegarniach zobaczymy pakiety promocyjne ksiazek Whartona, ktore wiekszosc spoleczenstwa zakupi, bo TAK TRZEBA\, WYPADA i w ogóle.
brrr… No a śmierć. Częścią jest życia. Wiadomo że to przykre…
„Spóźnieni kochankowie” bardzo mi się nie podobali, za to „Tato” jest w mojej opinii rewelacyjny. I serio, nie mam traumy, że ktoś mi powie, że nie mam gustu, czy coś;)
Taaak, te nazwiska też wywołują u mnie konwulsje, choć akurat J. L. Wiśniewskiego nie czytałam kompletnie nic. Obejrzałam „Samotność w sieci”, choć przyznam, że był to dla mnie nie lada wyczyn, prawie ponad moje siły. Miałam dość, tak przeintelektualizowanej opowieści nie strawiłabym ponownie, więc za książkę się nie wzięłam. A Coehlo to strasznie powtarzający się pisarz, przeczytałam „Alchemika” i „Zahir” i więcej nie dam rady. Na takie banały szkoda mi już czasu. Wolę zdecydowanie obejrzeć np. hm…. „Włatców móch”, niż zagłębiać się w tak tkliwe i nudne historie, ociekające prostactwem i naiwnością.
Miałam podobne odczucia w stosunku do „Spóźnionych kochanków”: nieprzyjemna dosłowność biła z kart tej powieści. Co prawda nie czułam się zmanipulowana, ale jakiś niesmak pozostał. Do czasu. Gdy Wharton był w Polsce (ile razy? wydaje mi się, że więcej niż raz) obejrzałam program poświęcony jego twórczości. Wypowiadali się głównie czytelnicy jego utworów: znani i nieznani. Do tej pierwszej grupy należała Stanisława Celińska, która zwierzała się w studiu, jaka była to dla niej ważna książka, że przywróciła jej wiarę w miłość, wydobyła na światło dzienne prawdę o ludziach, którzy przekroczyli pewien wiek, itd.
Może to były frazesy ale była niezwykle wiarygodna i poruszona swoją opowieścią. I ja jej uwierzyłam. Nie w to, że to dobra powieść, ale że dla ogromnej rzeszy ludzi może być to ważna książka. Jako, że byłam wtedy w liceum, to pomyślałam sobie, że może siksa ze mnie i nie wiem jeszcze wszystkiego o życiu… ;))) W każdym bądź razie zmieniłam wtedy ocenę książki: z obrzydzającej na obojętną.
Się rozpisałam ale tak mi się przypomniało. Ja lubię „Tatę” i „W księżycową, jasną noc”, tak gwoli wyjaśnienia. Pozostałe rzeczy mnie nudziły i w którymś momencie dałam sobie spokój z Whartonem. A „Spóźnieni kochankowie” są mi nadal obojętni. Gdy zacznę lubić tę powieść, to będzie znak. Tylko czego? ;)
Mary: Carrolla nie czytałam, choć podobno to drugi po Whartonie amerykański „polski” pisarz. Nawet nie mogę czegokolwiek o nim powiedzieć, bo wiem, że jest taki pisarz i tyle. I faktycznie możemy spodziewać się zalewu whartoniszczyzną ;) Będzie okazja do odgrzania jego dość mocno przyklapłej sławy.
Chiara: Duuuuży uśmieszek :) Uwielbiam Cię za to, no bo w sumie czyta się dla przyjemności, a nie dla etykietek, prawda? :)
Matylda: Nie widziałam „Samotności w sieci”. Powieści nie zdzierżyłam do końca. Wiśniewski zbyt dosłownie opisuje pewne rzeczy poza tym nie lubię pisarzy-facetów, którzy kreują się na znawców kobiecej duszy. Coehlo natomiast zaliczyłam „Weronika postanawia umrzeć” i bodaj „Piątą górę”, ale tak naprawdę to nie jestem pewna – musiałabym sprawdzić w notatkach, a ponieważ nie ma czym się chwalić, więc robić tego nie będę ;) Ale ta skromna znajomość jego literatury daje mi podstawę, by stwierdzić, że tym pseudofilozoficznobiblijnouduchowiono ramotom mówię gromkie nie! :)
Inblanco: Dziękuję Ci droga ma za ten komentarz, bo powołując się na wypowiedź Stanisławy Celińskiej przybliżyłaś mnie odrobinę ku zrozumieniu co takiego było w pisarstwie Whartona, że Polacy tłumnie go wielbili. Być może inaczej bym spoglądała na jego twórczość, gdybym zaczęła od czegoś innego niż „Spóźnieni…”, może gdybym jako nastolatka więcej czytała, może, może, może… Nie sądzę, abym kiedykolwiek zmieniła zdanie o nim, tak samo jak sięgnięcie po inne jego powieści musiałoby być ogromnym aktem desperacji z mej strony, na który raczej się nie zanosi – na brak książek do czytania nie mogę narzekać :)
Zgadzam się w 100% z Matyldą! Whortona (jak i Carolla) czytałam bardzo namiętnie w czasach liceum. Czytając je czułam się bardzo dorosła, bardzo dojrzała i niewiarygodnie zadowolona z siebie, że sięgam po tak „ambitną” literaturę. Przeżywałyśmy bardzo z koleżanką moment, gdy wymieniałyśmy się książkami Whortona. Ja przeczytałam jedną, ona drugą (często podczas lekcji!!!!), ja brałam jej, ona moją. I później wymieniałyśmy się uwagami, zakreślałyśmy co ciekawsze fragmenty (swoją drogą chciałabym te fragmenty teraz przeczytać ;)). Teraz za nic w świecie nie sięgnęłabym ponownie po jego książki. I podobnie myślę o Coelho. Choć znam wiele osób, które prozą tego pana bardzo się zachwycają. Ale, z całym szacunkiem dla nich (to w końcu moi znajomi) na półce obok Coelho stoją pozycje Grocholi, Wiśniewskiego…
Za czasów, gdy Wharton bił rekordy popularności w Polsce, a ja pracowałam w księgarni, był naszym gościem, i to dwukrotnie [zbita szyba w oknie wystawowym to tylko kropla w morzu tego, co się działo ;-) niemal jak na koncercie Beatlesów - krzyki, piski, wyznania...]. Z obowiązku przeczytałam kilka jego książek. No cóż… Nie wbiły mnie w fotel ;-) Ale swoich fanów ma i pewnie mieć zawsze będzie. Ja wyznaję zasadę: „Lepiej czytać coś, niż w ogóle”, w końcu z czasem gust się wyrobi, prawda? PRAWDA??? ;-) A przynajmniej mam taką nadzieję!
PS. ;-) krąży wśród księgarzy pewna pokrętna anegdotka: „To pisarz, którego każda kolejna książka, z żelazną konsekwencją, jest coraz… gorsza”.
Troszkę smutno mi się zrobiło, gdy się dowiedziałam, że zmarł Wharton.
Zaczytywałam się nim, gdy byłam w początkowej fazie nastolęctwa :) Nie wiem właściwie dlaczego, skoro nie powalały mnie jego książki. Były wtórne. Te z przeżyciami na temat wojny zmiksowały mi się w jedno ;) „Ptaśka” jednak, w drodze wyjątku, będę bronić, bo naprawdę mi się spodobał.
I jest w tym coś, że gust zmienia się z wiekiem. W czasach młodości uwielbiałam np. wspomnianego tu Carrolla; teraz nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia, nudzi mnie wręcz. Mam dwie jego książki, z czystego sentymentu właściwie.
Mam tylko nadzieję, że nie stwierdzę za jakieś 10 lat, że powieści Buck czy Murakamiego nie są już w moim guście ;)
Pingback: Stowarzyszenie ofiar Williama Whartona
Kemotalamot: Czyli jednak Wharton jako przedszkole, a także poczucie, że obcuje się z czymś dorosłym… Swoją drogą jestem zaskoczona (pozytywnie) tą ilością coming out :) Bo nagle się okazało, że choć nikt już go nie czyta to jednak jakieś tam sentymenty pozostały.
Magdalena: Poznałaś pana W.W. osobiście? Oooo, powiedz czy był taki papciosmerfowaty na jakiego wyglądał? Próbuję sobie wyobrazić te histerie towarzyszące jego spotkaniom. I nadal nie mogę zrozumieć, jak taki dziadźka mógł doprowadzić tłum do histerii? A z tym czytaniem… Właściwie to masz rację, że lepszy Wharton niż nikt, ale z drugiej strony, jeśli czyni z niego głosiciela prawd objawionych… OK załóżmy, że masz rację i gusta się z czasem wyrabiają :)
Germini: Też mam nadzieję, że nie stwierdzę, że Murakami jest do bani ;) Choć kto wie…
tak czytam te wszystkie komentarze i w sumie myślę sobie, że wielu jest takich pisarzy którzy zrobili furorę jakiś czas temu a teraz każdy się z nich naśmiewa i krytykuje. Po co? Kiedyś dostarczali nam wielu wrażeń a teraz mniej, bo sami się zmieniliśmy, mamy inne podejście do życia, ukształtowały nas doświadczenia, myślę że to nie kwestia dobrej czy złej literatury, tylko etapu w życiu w którym akurat potrzebowaliśmy takiej czy innej książki. Takich czy innych porad, banalnych prawd, a że teraz dostrzegamy w tym powielanie tematu i kompletne pretensjonalne bzdury to plus dla nas że dojrzeliśmy. Literaturę i zmarłych może warto zostawić w spokoju.
Murakami też ma antyfanów, podobnie Carroll (szczególnie wśród tych którzy znają zaledwie Krainę Chichów – kompletnie inną od pozostałych – nie bronię absolutnie niczego, ale kilka dobrych książek mu się udało napisać), Coelho którym większość w wieku nastu lat się zachwycała, a teraz nagle się od tego odżegnuje (generalizuję), Herman Hesse dla których Wilk Stepowy był swego rodzaju biblią i wielu identyfikowało się, a teraz po latach stwierdza że NIE, absolutnie, że książka do bani (znam i takich), poza tym, wielu jest przeciwników Wiśniewskiego, ale tak naprawdę na Samotność w sieci szły tłumy do kina, podobnie jest z Grocholą, Gretkowską, innymi… Wiem, że może bez sensu jest wyciągać nazwiska, i porównywać – chodzi mi tylko o pokazanie że książka to kwestia gustu, prawdy czy banały w niej zawarte to kwestia naszego etapu w życiu, a krytyka owszem jest potrzebna ale nie w przypadku kiedy zna się tylko jedną książkę i na jej podstawie ocenia się całą twórczość.
ak czytam te wszystkie komentarze i w sumie myślę sobie, że wielu jest takich pisarzy którzy zrobili furorę jakiś czas temu a teraz każdego się z nich naśmiewa i krytykuje => tak miało być :)
i absolutnie nie chciałam nikogo urazić, jeśli tak sie stało to sorry z góry :)
Pewnie, że tacy są Mary… Tyle że mi Wharton (albo Carroll czy kto tam jeszcze) do żadnego etapu w życiu nie był potrzebny. Nie czuję się z tym źle, nie mam żalu, że coś ważnego mnie ominęło (czytaj: udział w zbiorowej histerii na punkcie pana W.W.), że teraz nie mogę zrobić wzruszającego wyjścia z szafy i napisać, jak bardzo mi żal, że mój ulubiony pisarz z lat młodości już niczego nowego nie wymodzi. Jak pisałam wcześniej – mam do niego uraz, a jest uraz na tyle silny, że postanowiłam więcej się z Whartonem nie bratać, bo jest wiele (potencjalnie) ciekawszych pozycji, a życie takie krótkie (wiem, wiem… brzmi jak tani chwyt z reklamy). Myślę sobie, że jedni „Spóźnieni kochankowie” to i tak dużo dla mnie i dalibóg wierz mi – wolałabym zapomnieć, że ich czytałam ;)
W każdym razie, żeby nie było, bo widzę, że znowu namieszałam swoim wpisem, napiszę raz jeszcze i podkreślę ten fakt: Moim zdaniem Wharton miał dobry warsztat, ale to co pisał… zresztą co ja się będę powtarzać. Kropka.
nie no w porządku. ja nic nie chcę na siłę udowadniać. każdy ma prawo do swojego zdania przecież. swojej opinii i w ogóle. Trochę mnie tylko męczy podejście typu ktoś jest be bo jakaś tam książka jest be. jedynie o to mi chodziło. ja też się nie zmuszam do czytania czegoś co mnie zraziło, nie podoba się albo męczy od pierwszych stron.
co do W.W to i tak będzie szał i promowanie od nowa. podobnie jak było z panem Kapuścińskim. gdzie nie spojrzałam widziałam jego książki. a najgorzej mnie dobija kiedy ludzie się na to nabierają i wtedy sięgają po coś co tak naprawdę im sie nie podoba. mam znajomą ktora kupila wszystkie książki kapuścinskiego żeby być na tzw „fali” ghrrr słodki jezu to o pomstę do nieba woła. no ale ludzie są ludźmi, nie wnikam, ich sprawa czy raczej problem/kompleks.
;)))) pozdrawiam
Fakt, to pośmiertne promowania i odcinanie kuponów od, za przeproszeniem, trupa plus przy okazji masowe pranie mózgów gawiedzi, że teraz TO TRZEBA przeczytać jest wyjątkowo niemiłym mym oczom zabiegiem, ale takie czasy… Szkoda tylko, że dystrybutorzy w czyjejś śmierci upatrują szansę na nachapanie się. Bo przypomnienie czyjejś postaci tylko celom finansowym w sumie ma służyć. To fakt, że gdy umarł papież – wszyscy czytali jego książki. Gdy umarł Kapuściński – wszyscy się na niego rzucili (ja nie musiałam, bo prawie całego znałam dużo wcześniej, a wznowienia jego wczesnych reportaży to był jedyny miły punkt tego smutnego wydarzenia). Teraz pewnie czeka nas plaga Whartona. Rebis pewnie już zaciera rączki :)
Swoją drogą, ale dyskusja… To llubię ;) I (cytując „Misia”) jest życie na osiedlu ;)
:) dokładnie , zresztą można by tu było wymieniac a wymieniac bo przecież podobnie jest z muzyką, aktorami itp itd. takie czasy. maszyna biznesu się nakręca, kasa spływa ale w sumie – wielu z nas dopiero po śmierci zapoznaje się z pewnymi rzeczami. i tu jest wielki plus.
ważne tylko, żeby zapoznac sie i cos z tego wynieść a nie tylko zakupić byle ładnie na półce wyglądało. Ale.. w sumie, szkoda nerwów na takie gadanie. I tak nic nie zmienie :)))
co do dyskusji – no myślę że po to są blogi czy to ksiazkowe czy zwykłe żeby wymieniać się opiniami :) czasem na starym blogu rzucalam dosc dziwne notki po to tylko by wywołać jakąś dyskusję, bo wnerwiało mnie ze każdy sobie tylko słodził :D
Właśnie po to żeby było życie na osiedlu ‘;)))
Mary, ale właśnie zobacz, jakie to jest pozerstwo. Teraz sobie to uświadomiłam, że ludzie rzucili się na Kapuścińskiego nie dlatego że warto, nie dlatego, że byli ciekawi jego dorobku, ale dlatego, że tak wypada (i jak słusznie zauważyłaś – ładnie wygląda na półce). Ble, ale z drugiej strony są spore szanse, że pośród stada pozerów znajdą się osoby naprawdę zainteresowane.
pozerstwo okrutne. Wiesz mnie śmieszy trochę takie podejście ale jednocześnie smuci, że niektórzy ludzie z własnej woli nieprzymuszonej NIE CHCĄ sięgać po książki. Już tak generalizując. Obserwuję takie coś: „ej, weź mi powiedz co teraz wypadałoby przeczytać?” – nie ma takiej chęci szukania, decydowania samemu. Tzn jest ale tylko wśród osób dla których czytanie jest pasją. Ja rozumiem że można nie lubić czytać – ale konsekwentnie. Nie lubię – nie czytam. A nie : nie lubię ale czytam bo głupio nie znać. Chore.
i tak tez było w sumie z Whartonem bo zapanowała moda. I tak jest w wieloma pisarzami. Moda na Murakamiego , moda na Allende bo ładne wydania, moda na Pamuka , moda na Mankella … Nie czyta się bo to DOBRA literatura tylko dlatego ze MODA jest. Oczywiscie nie chce tutaj znow generalizować ale po częsci mam chyba rację…
jeszcze tak a propos: mam kolezanke która uważa się za specjalistke od literatury amerykanskiej – a czyta tylko i WYŁĄCZNIE stephena Kinga ;)))
Pewnie, że masz rację! Bo prócz świadomych czytelników, którzy wiedzą czego oczekują od literatury jest cały tłum tych, którzy nie wiedzą czego chcą i nie chce im się szukać odpowiedzi na to pytanie, a skoro tak, to najwygodniej podążać za tłumem. Za tym co kolorowe, ładnie wydane, dobrze wyeksponowane w księgarni, opisane w babskim pisemku i w ten sposób gra toczy się między wciąż tymi samymi nazwiskami, wydawanymi przez duże wydawnictwa, które stać na porządne promo i dobrą ekspozycję w księgarniach. Bo o sukcesie danego autora tylko w 1/3 decyduje wartość tego co pisze. Reszta to marketing. A tym czasem wiele wartościowych powieści wydanych przez mniejsze oficyny gdzieś tam umyka w tle..
King jest niezły, ale to rzemieślnik, który pisze w kółko tą samą powieść w wielu wariantach ;) Zresztą moda na niego chyba trochę przyblakła. Bycie na topie przez tyle lat to trudna sztuka.
:) w sumie np biorąc pod uwagę Allende, może gdyby nie to wznowienie przez Muzę, nie siegnelabym po nią. Tez sie dałam nabrać na marketing, bo kilkanascie razy miałam w bibliotece w rękach jej ksiazki ale jakos nie ciagnelo, chociaz Dom duchow znalam od dawna. Byc moze to wznowione wydanie uswiadomiło że ISTNIEJE trylogia! tak, chyba tak. I dlatego siegnełam po dwie pozostałe. Zwykle staram sie sama szukać czegoś ciekawego, wspierając sie na recenzjach blogowych i szukając wsrod internetowej papki. I cieszę sie ze mimo wszsytko jestem świadomym czytelnikiem. :)
ale Ci natrzaskałam komenatarzy ;))))))
A żebym to ja się na marketing nie dała nabrać… Na przykład takim „Cieniem wiatru”, który mnie dość mocno rozczarował… ;) mary najlepszym się zdarza :D :D, a faktem jest, że ślicznie wydane nowości pachnące drukiem, aż się proszą, żeby wziąć je w łapki i przeczytać.
:D
co do Zafona, no troche sie obawiam też, chociaż Cień Wiatru mi się podobał. Tutaj myślę będzie kwestia drugiej książki – czy nastąpi jakieś powielanie tematu i klimatu? czy w ogole bedzie dużo lepiej. Poczekać nam trzeba :)
Nad Zafonem ciąży ogromne wyzwanie, bo niestety wybitni debiutanci mają często problem z przeskoczeniem samego siebie i przez to stają się niewolnikami swojego własnego sukcesu, a taka presja na pewno nie sprzyja twórczości.
:) masz rację.
liczę na to że mu się uda.
Cóż za dyskusja! Nie czuję się poszkodowana przez Whartona, a przeczytałam (w wieku nastu lat) kilka jego książek, z prostej przyczyny – kompletnie wypadły mi z pamięci, nie pamiętam o czym były, nie pamiętam nawet, czy mi się podobały, czy nie. Ostatnio czytałam recenzję „Spóźnionych kochanków” i coś tam mi zaświtało w głowie, ale nie za wiele. Chyba o czymś to świadczy, prawda?
A co do Zafona, to „Cień wiatru” to miłe czytadło i z chęcią zapoznam się z jego następną książką, ale mam bardzo poważne obawy, że będzie to powtóka z poprzedniej powieści.
Lilithin: Ha! Faktycznie z Mary dałyśmy się ponieść ;) Swoją drogą byłam dziś w Empiku i mieli na składzie tylko „Rubio” z tego co pamiętam i to wepchnięte w jakiś zapyziały kącik. A co do Zafona… Nie zazdroszczę mu punktu wyjścia do pisania pierwszej książki. Nie wiem czy mi się chce czytać tą nową, od dawna oczekiwaną. Poczekam na to co powiedzą inne blogerki :)
i ja się do Ciebie uśmiecham:)
Wiesz, osiągnęłam już ten etap w moim życiu, że naprawdę cudza opinia na temat mojego gustu najmniej mnie interesuje. Co nie znaczy, że nie szanuję cudzych opinii, ale nie przejmuję się nimi nadmiernie, o!;)
Ja również czytałam tylko „Spóźnionych kochanków” Whartona, nie pamiętam kiedy po to sięgnęłam, ale coś mi się zdaje, że dość późno, w dodatku ktoś mi polecił tą książkę! Traumy nie przeżyłam, ale pewien niesmak tak. Skutecznie mnie to zniechęciło do sięgania po jego jakiekolwiek inne powieści.
Z kolei po Carolla i jego „Krainę Chichów” zresztą ,sięgnęłam z czystej ciekawości, dopiero gdzieś rok temu. I właściwie średnio mi się podobało.
Fakt, że może jakbym w młodości sięgnęła po książki tych autorów, to zrobiłyby na mnie zupełnie inne wrażenie. Ale wtedy czytałam co innego i to akurat mnie ominęło. W ogóle mam wrażenie, że jakiekolwiek mody literackie mnie omijają z reguły, zawsze idę raczej swoją ścieżką w dobieraniu lektur. Chociaż czasem zdarza mi się sięgnąć po coś pisarza, który jest lubiany przez wiele osób tylko z ciekawości, żeby przekonać się samemu, na czym polega ten jego „fenomen”. Tak było na przykład z „Samotnością w sieci”, podczas czytania której z trudem dobiegłam do końca i z ulgą zamknęłam, przeczytawszy ostatnią stronę.