„Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Llosa

Ależ z tego Mario świntuszek, jednak nie o tym pisać miałam. Miałam natomiast o  mieszanych uczuciach towarzyszących lekturze „Pantaleona i wizytantek” – zupełnie zgrabnej, zabawnej i po swojemu mądrej powieści, która ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że latynoamerykańskie klimaty to nie do końca to czego szukam w literaturze. Nie bardzo interesuje mnie to co mają mi do zaoferowania pisarze z Ameryki Południowej*. To nie mój świat, nie moje dowcipy, dylematy i dramaty. Wychowałam się w zimnej Polsce, dlatego zdecydowanie bliższa jest mi literatura starego kontynentu. Z kolei dalekowschodnie czytanki pozostają dla mnie wciąż niewyczerpalnym źródłem inspiracji, zachwytu i niedowierzania. Dla odmiany proza latynoamerykańska interesuje mnie, jak ubiegłoroczne opady śniegu na Kamczatce. Zupełnie nie moje klimaty, ale żeby móc sobie to w pełni uświadomić potrzebny mi był Llosa. Właściwie to jestem mu za to wdzięczna.

Do rzeczy. Llosa od zawsze czuł pociąg ku tematom militarnym (czego bezpośrednich powodów można doszukiwać się w traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, o których pisał w debiutanckim „Mieście i psy”). Tym razem jednak dobrze znany temat ubrał w rubaszne szatki, czyniąc z „Pantaleona i wizytantek” gorzką satyrę na wojsko jako instytucję oraz kult macho w ogóle. Niech jednak lekki ton opowieści was nie zwiedzie, bo niewiele tu do śmiechu. Pośród peruwiańskich żołnierzy masowo szerzą się gwałty dokonywane na niewieścich cywilach. Jak dotąd ani areszty, ani kary nie zmieniły stanu rzeczy: żołnierz, który przyjeżdża na służbę do puszczy, staje się z miejsca szalejącym jebusem [s. 15]. By przywrócić armii dobre imię generalicja wpada na genialny w swej prostocie plan – skoro z chucią walczyć nie można należy ją odgórnie zaspokoić. W tym celu powołują do życia ściśle tajny oddział wizytantek (= panienek lekkich obyczajów). Taki mobilny zamtuz pod opieką Pantaleona, który ze świeżo upieczonego kapitana przeistacza się w zakamuflowanego sutenera i zarządcę tego całego interesu. A włada nim z zaangażowaniem godnym podziwu, tym bardziej, że materia delikatna, tajemnice przed rodziną utrzymywać trzeba, a i biedny Pantaleonek dotąd nie mógł poszczycić się jakimkolwiek doświadczeniem w branży erotycznej.

Ta powieść nie jest wulgarna, raczej lekko frywolna, a frywolność ta wynika tylko i wyłącznie z różowej tematyki „Pantaleona i wizytantek”. W zasadzie Llosa o świntuszeniu pisze w sposób tak bezceremonialnie obojętny, jakby rzecz tyczyła mycia zębów, a nie usług erotycznych na skalę masową. Obiektywnie rzecz ujmując to naprawdę dobra i niegłupia książka. Świetnie skonstruowana (ostatnio zresztą mam szczęście do powieści z oryginalną konstrukcją), napisana dowcipnie i ze swadą. Pomimo narracyjnych wygibasów (słynna llosowska narracja polifoniczna) czyta się ją błyskawicznie. Tylko co z tego. To nie wina Mario, że literatura latynoamerykańska to zdecydowanie nie to, co tacy jak ja lubią najbardziej.

Ocena: ★★★★☆☆

——
*Życie bez wyjątków jest nudne, więc i od tej reguły znajduję bez trudu kilka chwalebnych odstępstw, ot choćby „Sto lat samotności” Marqueza (ale pozostałe książki to już zdecydowanie nie to) albo przepiękną „Księgę istot zmyślonych” Borgesa.

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ameryka Południowa, Lekturki, Literatura dowcipna, Piękna i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „„Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Llosa

  1. mary POLAND pisze:

    Llosy nie czytałam ale uwielbiam COrtazara i Fuentesa.
    No i Allende.
    Pozdr

  2. Pingback: „Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Llosa UNITED STATES

  3. P. POLAND pisze:

    Ja sięgnęłam po „Pantaleona…” po przeczytaniu „Szelmostw Niegrzecznej Dziewczynki”. Po „Pantaleonie” już wiem, że raczej po Llosę już nie sięgnę, bo odczucia mam dokładne jak autorka szacownego bloga. „Szelmostwa… mnie zmyliły, wszak akcja toczy się w dużej Europie, więc bliższej klimatem.

  4. zosik POLAND pisze:

    Mary: Fuentesa czytałam „Instynkt pięknej Inez” i obiecałam sobie nie tykać niczego więcej co wyszło spod ręki tego Pana, natomiast Allende nie mówię nie :)
    P.: Witaj :) To miło, że ktoś podziela moje zdanie na temat prozy latynoamerykańskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>