Czemu nie myślę sobie. Przejmuję pałeczkę od Ani i, tu i teraz, obnażam przed Wami kawałeczek mych książkowych zwyczajów.
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Trudno powiedzieć, ale chyba o każdej. Może najmniej nocą, bo mam wyrzuty sumienia, że następnego dnia będę jak zombi. Nie wyobrażam sobie rannej jazdy do pracy bez książki (cierpię, gdy nie mam warunków do czytania), ale i samotne wieczory w towarzystwie książki wysoce sobie cenię.
2. Gdzie czytasz?
W pociągu, tramwaju, autobusie, samolocie, kolejce, kawiarni, w głębokich fotelach i kanapach, kiedyś na wykładach… Nie czytam w wannie (ryzyko pomoczenia) i przy jedzeniu (ryzyko poplamienia).
3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
W łóżku tak, ale tylko na siedząco – obłożona toną poduszek.
4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Powieści :) Kiedyś ubóstwiałam dramaty, teraz coraz bardziej przekonuję się do literatury non-fiction: reportaży, książek podróżniczych, biografii etc.
5. Jaką książkę ostatni kupiłaś/-eś?
„Orły i anioły” Juli Zeh.
6. Co czytałaś/-eś ostatnio?
„Zlew” Oksanowicza.
7. Co czytasz aktualnie?
„Braci” Da Chena i „Łaskawe” Littella.
8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Zakładki. Ubóstwiam zakładki mam ich sporą kolekcję. Może kiedyś sfotografuję. Najbardziej lubię te z reprodukcjami malarstwa. Ośle uszy – sporadycznie, w jakiś ekstremalnych przypadkach, choć to i tak słabe usprawiedliwienie.
9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Zapewne docenię, gdy wzrok (tfu tfu) odmówi współpracy.
10. Co sądzisz o ebookach?
Dobrze, że są, bo się przydają.
A pałeczkę przekazuję do… Rr-odkowej i Nutty. Dziewczyny, przejmiecie?
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










widzę,że i Ciebie poproszono o zabawę, z przyjemnością poczytałam odpowiedzi;) pozdrawiam.
Przejmuję pałeczkę :-)
Zosik zawsze czyta cosik!
Wygląda na to, że pochłaniasz książeczki wśród poduszeczek, raczej pośród cichych samotnych nocy. Trochę to wygląda smutno. W nocy czytać można z partnerem, ale pod warunkiem, że nie jest analfabetą i że w ogóle jest. A nawet jakby był analfabetą, to przecież możesz mu czytać Zosiku w ramach akcji Cała Polska Czyta Dzieciom.
Co do czytania w wannie, to bardziej należy się bać, że nudna lektura może doprowadzić do przyśnięcia i przez to się można utopić. A byłby to pierwszy przypadek, że czytanie mogło komuś poważnie zaszkodzić.
Co do czytania w łóżku to, jak wspomniałem najlepiej z absztyfikantem i to w przerwach pomiędzy bardziej fizycznymi ćwiczeniami. Wtedy wieczór i noc mają tę magię, że są zarówno dla ciała jak i dla ducha. Polecam.
I nie jest ważne czy to ma być na brzuchu czy na plecach, bo każda apozycja jest oryginalna i każda inaczej smakuje. Ważne, żeby wtedy czytać nago. Ot co. Potem to natura sama podpowie. Jak będziesz ćwiczyć na brzuchu, to potem dla relaksu możesz czytać na plecach i odwrotnie.
Co do czytania przy posiłkach, to wystarczy nauczyć się kulturalnie jadać, nie chlapać łyżką nabierać rozsądne kęsy a nie nawalać się całymi garściami i skutecznie można uniknąć poplamienia książki.
Ale jest też jeden szkopuł tej ankiety. Jest to co prawda temat wstydliwy, ale też jest tajemnicą Poliszynela, że większość osób zabiera ze sobą lekturę do pewnego intymnego zakątka, w którym namiętnie czytają książki i równocześnie nieco tracą na wadze. Szczęście, że papier na szczęście nie wchłania niezbyt sympatycznych zapachów i książkę mogą czytać inni, bez obawy, że zwymiotują.
Jak widzisz ankieta ankietą, i nawet niepełna wiele mówi o człowieku. Jean.
Dziękuję:) Wkrótce napiszę.
Chiara: Otóż to :)
Nutta i Zaułek: Bardzo mnie to cieszy :)
Jean: Masz rację: Zosik zawsze czyta cosik, ale w samotnych wieczorach z literaturą nie widzę absolutnie nic smutnego. Dla mnie czytani od zawsze było synonimem samotności (bardzo ładnie ujął to Italo Calvino w „Jeśli zimową nocą podróżny”), wolę ciszę i spokój za towarzysza lektury niż mojego Lubego, który jaki by tam kochany nie był to zawsze swa obecnością mnie dekoncentruje… Rozumiemy się? :) Aha – przyznaję się do czytania również tam, gdzie król chadza piechotą, ale o dziwo właśnie w tym przybytku wolę konsumpcję prasy. Pozdrawiam! :-)
Wspaniale Zosiku!
Dziękuję za twoją uprzejmość i swoistą swadę, jaką się wykazałaś. To dobrze, że nawet oczytana baba ma poczucie humoru. To fantastyczne! Gratuluję!
Żal mi tylko tego Twojego Lubego, bo z Twojego opisu można wyciągnąć dużo wniosków.
Bo cóż to znaczy, że ten Twój Luby Cię dekoncentruje?
1. Albo jest rzeczywiście analfabetą i czytanie go mierzi, więc przeszkadza Ci jak może. Ale to jest chyba niemożliwe, bo taka oczytana kobieta jak Ty nie zapaprałaby sobie łóżeczka analfabetą. Chociaż pieron wie: kobiety są zmienne, nieprzewidywalne i niepojęte, a przeciwieństwa lubią się przyciągać.
2. Albo Twój Luby jest garmotny ale twoja uroda go tak rozprasza, że biedak nie jest w stanie powstrzymać swych chuci, zwłaszcza w łóżeczku i szczególnie jak czytasz, bowiem kobieta czytająca w wyrku wygląda naprawdę bardziej pociągająco niż, na przykład gdy pije piwo w knajpie.
3. Albo Twój Luby ma tak niespożyte możliwości w zakresie sprawności fizycznej, niezbędnej do ćwiczeń gimnastycznych w łóżeczku, że to rozpraszanie polega na jego skłonności do permanentnych ćwiczeń gimnastycznych w tymże łóżeczku wespół z Tobą i wtedy z czytania nici.
4. Jest i czwarta możliwość i to taka, że to Ty Zosiczku posiadasz taki temperament, że obecność Lubego obok Ciebie w łóżeczku tak cię dekoncentruje, że czytanie ze zrozumieniem jest absolutnie niemożliwe, bo po co czytać o czymś, co ma się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zatem po co trzymać w tym czasie w ręku akurat książkę?
A co do tej prasy czytanej w tym intymnym zakąteczku, to słyszałem, że były takie czasy onegdaj w PRL-u, że nawet jak ktoś nie zabierał tam ze sobą prasy, to i tak miał szansę ją tam sobie poczytać, bowiem zamiast papieru toaletowego, wisiały tam pocięte w paski gazety zawieszone na gwoździu. Więc wówczas też tam nie było nudno, tym bardziej jak można było użyć twarzy jakiegoś partyjnego notabla widniejącego na zdjęciu w takiej gazecie, do skwitowania czynności wykonywanych w tymże przybyteczku. Ulga była podwójna; zarówno dla ciała jak i dla umęczonej totalitaryzmem duszy. I do razu było weselej.
Pozdrawiam – Jean
Pingback: Książkowe obnażenia ;)
Jean: Czymże ja, taka skromna dziewuszka, zasłużyłam sobie na tak wnikliwą analizę? A Lubego niech Ci żal nie będzie… O dziwo nie jest zazdrosny o uczucie jakimi obdarzam literaturę.
Co do dawnych toaletowych zwyczajów – nad wyraz słuszna Twa uwaga (i przy okazji jakże pięknie opisana – muszę to odnotować z prawdziwą przyjemnością, jako miłośniczka pięknych słówek i karkołomnych konstrukcji zdaniowych), ale zapewnić Cię muszę, że na szczęście czasy się zmieniły a ma skromna pensja pozwala na zakup prasy i (różowego) papieru toaletowego ;)
Bo ja lubię subtelne, skromne i inteligentne dziewuszki, które jednak mają odrobinę jadu. I słusznie! Tak trzymaj – Skromna Dziewuszko!
Tylko chyba zapomniałaś dodać, że ten Twój papierek, z którym niemal każdy zaprzyjaźnia się, co najmniej raz na dzień, jest pewnie także subtelnie pachnący. I to nie jakąś podrzędną farbą drukarską do druku szmatławych publikatorów PRL-owskich, ale pewnie jakimś oszołamiającym, aktualnie modnym różowym zapachem. No i jesteś szczęśliwa. Oby nie jak Doda, czego Ci życzę jako kategorię permanentnego stanu ducha.
Kiedyś prześlę Ci odrobinę mojej twórczości, licząc że rozprawisz się z nią i poznęcasz się nad nią niczym Szczuka nad antyfeministą.
Pozdrawiam – Jean
Pozdrów też ode mnie swego Misiaczka, który jak prawdziwy lew salonowy nie jest zazdrosny o Twoje uczucie do książek. Słusznie! Wszak książka nie może mu w niczym zaszkodzić. Chyba że jest biblią feministek albo poradnikiem; jak i do czego można wykorzystać arszenik, niekoniecznie wraz ze starymi koronkami.
łał ;))) hahaha ale piękny dialog powyżej, między godnymi przeciwnikami. brawo brawo brawo
Widzę Zosiczku, że pewnie się namiętnie zaczytałaś w jakiejś lekturze, czyli, że książka zawładnęła Twoim duchem, albo Twój Luby Misiaczek namiętnie zawładnął Twoim, pachnącym na różowo ciałem, bo jakoś nie masz czasu zaglądnąć do komentarzy. Dobre to i sprawiedliwe. Noc ma swoje prawa i swoje tajemnice. Byle by Ci to tylko zanadto nie zaszkodziło, bo bardzo by mi było szkoda nie odczytać już więcej od Ciebie żadnego, choćby skromnego zdania zaadresowanego do mnie. Jean
Jean: Nazwij to kobiecą intuicją, albo czym tam chcesz, ale od pierwszej Twej wypowiedzi wyczułam, że mam do czynienia z literatem. Ta lekko staroświecka stylizacja i wysmakowane słownictwo pełne, hmm… podtekstów – tak to musiał pisać ktoś, kto na co dzień para się piórem. Z przyjemnością (żeby nie powiedzieć z dziką rozkoszą) rozprawię się z odrobiną Twej twórczości, bo żywo mnie zainteresowałeś, ba wręcz zaintrygowałeś. I bardzo proszę Cię Jean – nie porównuj mnie do Kazimiery S., gdzież mi tam do niej? Do jej erudycji, ciętego języczka oraz cudownej metaforyki. Jestem co najwyżej skromną jej epigonką.
Matylda: ;)
Skoro tak, Zosiczku, to masz… na własne życzenie.
Kiedyś w pewnym miasteczku zwanym Zakopanem, miałem otwarcie swojej wystawy rysunku satyrycznego. Wernisaż obfitował w liczne niespodzianki, bowiem podwoje znanej knajpy, stały przed gośćmi otworem serwując im rozmaite smakołyki i wykwintne dania. Do tego, mój sponsor – Krakowska Destylernia Wódek, wyasygnowała na ten wernisaż dostawczy Volkswagen transporter, wypełniony przednimi gorzałkami w różnych smakach. Drugi sponsor – Żywiec Trade „postawił” cztery beczki piwa po 50 litrów każda. Już z samych, tych powodów wernisaż, który miał być w godzinach od 19-tej do 23-ciej, przeciągnął się nieco, do godziny 11.30 dnia następnego. I co ciekawe, trunków trochę zostało.
Na tym wernisażu był także program „artystyczny”. cdn.
c.d.
Niektórzy krakowscy artyści kabaretowi wykonywali moje monologi, skecze i śpiewali moje teksty. Oczywiście cały program, na szczęście nie składał się wyłącznie z moich tekstów, bo bym przemęczył towarzystwo. Niemniej zabawa była przednia. Po części artystycznej, tej oficjalnej, była część druga – spontaniczna, gdzie cytowano moje bardziej niecenzuralne teksty, aż lokal przepełnił się frywolnością, godną czasów dekadenckich.
Wtedy czepiła się mojej osoby pewna niewiasta, której wcześniej nie znałem.
Wpierw zaproponowała mi przepicie brudzia. Potem było buzi, buzi, a potem nie mogłem się jej pozbyć. Cały czas cholera łaziła za mną i wszędzie, w każdą podgrupę właziła ze mną, jak jakaś stara znajoma. Bowiem trzecia, najdłuższa i najciekawsza część wernisażu, to były właśnie zajęcia w podgrupach.
Baba tak się przyssała, że miałem z tym kłopot. Chciałem ją upić, ale gdzie tam, łeb miała mocny! Prawie jak ja. Więc zacząłem szybciej się przemieszczać, ale ta szelma też miała niezły zmysł równowagi i orientacji, toteż i ten fortel mi nie wyszedł.
Próbowałem ją ignorować. Na nic. Chciałem ją podrzucić kolegom, którzy mieli na nią smak, bo autentycznie była atrakcyjna, ale też nie dała się skusić. Ona po prostu chciała ten wieczór spędzić blisko artysty – autora tego zamieszania. Taki rodzaj rzepa.
Kiedy tylko udało się jej nawiązać ze mnę rozmowę, ona… cdn.
c.d. …natychmiast rozrzewniała się i na wpół ponętnymi, a na wpół mydlanymi oczętami kusiła mnie, bym tego wieczora, tylko dla niej przestał być satyrykiem, a stał sie lirykiem i coś lirycznego napisał tylko dla niej. Nie głupia? Głupia! Ja przyjechałem poświętować i zabawić się na wesoło, a ta miała apetyt na lirykę. Tu wyraźnie widać, że sprawdza się moje powiedzonko, że głupota jest darem Boga, ale nie sposób zrozumieć dlaczego niektórzy tego daru nadużywają do woli.
Więc udawałem, że jej nie rozumiem, a później zapewniałem ją, że zrobię to potem. Potem… potem itd.
Po 11.30 nazajutrz było już jasne, że tego dnia także nie spełnię jej zachcianki, bo ja wracałem do Krakowa, a ona poszła wreszcie do hotelu się zdrzemnąć.
Myślałem, że będzie spokój. Ale ta zażarta baba nie popuściła. Wkrótce gdzieś zdobyła mój adres i zaczęła się korespondencja, gdzie jej upierdliwym motywem była obsesyjna chęć posiadania napisanego przeze mnie akurat lirycznego wiersza. No i wreszcie uległem, dla świętego spokoju. Chyba trafiłem celnie, bo więcej się nie odezwała. No i chwała Bogu. cdn.
c.d. Więc dla zobrazowania tego epizodu przesyłam Ci Zosiczku, ten mój pierwszy wiersz liryczny.
WIERSZ LIRYCZNY
Siedzę sam przy pustym stole,
wiersz napisać chcę do pani,
zmarszczki swędzą mnie na czole,
wena nie przychodzi za nic!
Łupież z głowy mi się sypie
i szeleści po papierze,
lepiej było mi wyłysieć,
niźli zmagać się z łupieżem.
Jak ma pisać o czymś wzniosłym,
jak wyrażać swe uczucia,
skoro tłuszczem tak obrosłem,
że nie widzę sobie… gucia?!
Nic nie piszę. W nosie dłubię,
w krzyżu łupie mnie, jak co dnia…
Eh! Dwie flaszki wódki kupię
i wypiję… obie… do dna!
A teraz Zosiczku – katuj!
Jean.
errata
10 wiersz od dołu – jest: jak ma pisać o czymś wzniosłym
winno być: jam mam pisać o czymś…
Przepraszam.
Jean.
Mój Drogi Jean, muszę Cię sromotnie rozczarować – liryka to kompletnie nie moja działka. Czytać – czemu nie od czasu do czasu, ale pisać już o niej nie umiem i (co gorsze) nie chcę, bo od razu przypominają mi się mrożące krew żyłach sceny z lekcji polskiego i zgadywanki: Co poeta (przepraszam: podmiot liryczny) miał na myśli. Otóż zazwyczaj g… mnie obchodziło co miał na myśli, a że okoliczności przyrody były silnie stresujące, wytworzył się u mnie syndrom psa Pawłowa. Nie, nie ślinię się na widok liryków, raczej uciekam z podkulonym ogonem na hasło ich interpretowania :)