Balia z martwym noworodkiem i wibrator – tak rozpoczyna Elsebeth Egholm „Ukryte wady”, a piszę o tym nie bez przyczyny, jako że każdy z tych przedmiotów będzie mieć znamienne znaczenie dla całej powieści. Balia z niemowlakiem otwiera wątek kryminalny, natomiast wibrator symbolizuje wątki obyczajowe, które tym razem wychodzą na pierwszy plan. Śledztwo w sprawie śmierci noworodka jest u Egholm, owszem, mrocznym jądrem opowieści, ale nade wszystko dodatkiem do ciekawie poprowadzonej fabuły – pełnej niuansów i drobiazgowo nakreślonych portretów postaci. Okazuje się, że tak można, że zepchnięcie na nieco dalszy plan kryminału nie czyni z „Ukrytych wad” powieści w jakikolwiek sposób ułomnej, wręcz odwrotnie – czyniąc ze śledztwa motor napędzający właściwą fabułę powieść zyskała cenną świeżość oraz oryginalną, rozpisaną (niczym u Roberta Altmana) na wiele postaci, konstrukcję.
To miało być miłe popołudnie w gronie bliskich przyjaciółek. Dicte właśnie się rozwiodła i wraz z przeprowadzką do nowego domu chciałaby zacząć życie od nowa. Symbolicznym pierwszym krokiem ku nowemu, bez męskiego balastu, miał być podarowany jej przez przyjaciółki wibrator. Jednak to nie on przyczyni się do diametralnej odmiany w życiu każdej z nich. Już za chwilę wyłowią z rzeki martwego noworodka i to właśnie ten moment na dobre rozpoczyna akcję powieści.
Elsebeth Egholm w „Ukrytych wadach” objawia się nie tylko jako błyskotliwa rejestratorka rzeczywistości, ale również odważna pisarka, która nie boi się kontrowersyjnych tematów, a o trudnych sprawach potrafi pisać wnikliwie, z wyczuciem, ale bez ostentacji. Dzięki temu w „Ukrytych wadach” udało się uniknąć powielania utartych schematów rodem z rozdzierających obyczajówek najniższego sortu oraz efektu przeładowania nadmiarem negatywnych wydarzeń, który odebrałby powieści realistyczny rys. Egholm nie przytłacza, a to miła i niespodziewana odmiana po zimnym klimacie, do którego zdążyły przyzwyczaić mnie skandynawskie lekturki. W jej powieści jest i niepokój i zaciekawienie, ale i sporo krzepiącego ciepła, bo pisarka daje nadzieje. Każe wierzyć w człowieka mimo wszystko.
Krótko: Bardzo udana powieść z przemyślaną konstrukcją, świetne nakreślonymi sylwetkami postaci oraz wciągającą fabułą. Zalecana na takie wstrętne jesienne wieczory do czytania z wypiekami na twarzy.
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Ten, kto mrugnie, boi się śmierci” Knud Romer 04/01/2009
- Tajemnice Syberii 06/07/2011










co jest w tych autorach z kręgu skandynawskiego, że tak im się te książki udają? Miło wiedzieć, że i Tobie się podobała.
dziekuje za recenzję. na pewno się rozejrzę za tą książką. Polecam ze skandynawskiej Lindę Olsson „Niech wieje dobry wiatr”.
Powieść też mi się podobała.Dobrze nakreślona codzienność zwraca uwagę i do tego takie bezpretensjonalne bohaterki.
Chiara: I to nawet bardzo się podobała :)
Mary: Gorąco polecam ci Egholm, a Twój tytuł zanotowałam sobie
Nutta: Exactly :)
co do „mojego’ tytułu – więcej u mnie.
Też mi się podobała.