Wyjątkowo nieudana książka o tym, jak w czasach głębokiego PRLu pewien nastolatek własnym sumptem, ze złomu wyklepał jumbo-jeta. Nie jakąś miniaturkę czy latający model. Nic z tych rzeczy. Wyklepał samolot w skali 1:1 i do tego nim latał. Większych bredni nie czytałam od dawien dawna. Po prostu zbuk na całej linii.
Nie mam pojęcia co podkusiło mnie, aby sięgnąć po powieść Stokowskiego. To musiała być, zapowiadana na okładce, obietnica demitologizacji nostalgii za czasami komunizmu, które, za sprawą choćby odświeżonej Polskiej Kroniki Filmowej, albo wydawnictw pokroju „Absurdy PRL”, od pewnego czasu przeżywają drugą młodość. Bądź co bądź, od początku lektura „Samo-lotów” budziła we mnie umiarkowane zainteresowanie. Bardziej irytowała naiwnością niż cieszyła.
Podejrzewam, że Marek Stokowski miał jakiś głębszy zamysł. Ba, musiał mieć przynajmniej kilka takich pomysłów, a jako że każdy wydał mu się jednakowo istotny dla powieści – postanowił dodać wszystkiego po kawałku. Szczypta mrocznego oblicza PRL-u (w wersji niskokalorycznej), duża łycha przygód, kilka łyżeczek Warszawy, trochę zakazanego zachodu (bo gdzie miałby polecieć tym samodzielnie ulepiony samolotem? Przecież nie do bratniego Związku Radzieckiego), jakieś przepychanki, pierwsze miłości i przyjaźnie. Brzmi nawet dość sympatycznie i układa się w miarę spójną całość, i byłoby pięknie i przyjemnie, gdyby Stokowski od początku zadeklarował czy jego książka jest powieścią realistyczną czy zwykłym bajdurzeniem, bo z lektury „Samo-lotów” wynika, że jednym i drugim, a nie można być dobrym psem i żabą na raz.
Bajdurzenie w zaproponowanym przez pisarza wymiarze (a wierzcie mi wyobraźnie to ona ma bujną) nijak nie przystaje do tak pieczołowicie odtwarzanych realiów wczesnych lat siedemdziesiątych. Gdy powoli przekonywałam się do nierealistycznego spojrzenia na powieść, Stokowski musiał ją celowo urealnić, sprowadzić do poziomu namacalnej rzeczywistości, przez co te (pseudo)realistyczne fantazje układają się w jedną, wielką bzdurę. Rzeczywistość nie-rzeczywistą.
Zastanawiam się do kogo adresowane są „Samo-loty”? Chyba, jednak nie do dorosłych czytelników. Nie mogę sobie wyobrazić, jak wielkim trzeba być naiwniakiem, by móc czerpać przyjemność z tak idiotycznej lekturki.
Omijać szerokim łukiem. Dobrze radzę ;)
Ocena: 





Może Cię również zainteresuje:
- „Na wyspę – teraz” Janet Frame 23/06/2008
- “Julita i huśtawki” Hanna Kowalewska 09/10/2007
- „Dziewczyna z zapałkami” Anna Janko 04/03/2009
- „Sto odcieni bieli” Preethi Nair 12/07/2009
- Bezręki i bandyta 25/04/2010
- Portret Polaka czasów niewoli 16/04/2010
- „Piaskowa góra” Joanna Bator 24/02/2009










Posłucham rady, choć przyznam że tytuł i okładka zachęcały…
Ominę napewno. Mnie zupełnie ani okładka, ani tytuł, ani nazwisko autora nie zachęciłyby.
Dziewczyny założę się, że znajdą się miłośnicy tej książki, wszak Stokowski uderzył w niemiłosiernie sentymentalny ton ;)
Sentymentalny ton to dla mnie kolejny argument na wielkie „nie”.
Omijam zatem :) Dzięki za radę.
A ja z wielką chęcią przeczytam! znam rewelacyjny tomik poezji Pana Stokowskiego „Dzień nad ciemną rzeką” i zamierzam zobaczyć jak radzi sobie z prozą.
A dla mnie to bajdurzenie Pana Stokowskiego jest genialne. I dawno nie czytałam tak pięknej książki, tak dobrze napisanej, z pełną, logiczną i konsekwentną wizją. Jeśli autorce recenzji to się nie podoba, to niech lepiej czyta reportaże (mniej lub bardziej wiarygodne). Wielkie brawa dla Pana Stokowskiego.
Nie mogę się zgodzić się z ta recenzją, ba, proszę, wręcz błagam, wszystkich, którzy ja przeczytają – nie omijajcie jednak tej książki szerokim łukiem, jeżeli jest w Was choć szczypta marzeń, odrobina wyobraźni!
Powieść Pana Marka Stokowskiego mówi o potędze ludzkiej wyobraźni, o tym, że choć życie bywa czasem przykre, czasem boli, to dla ludzkiej rasy jest jeszcze ratunek – ratunkiem tym jest zakopana gdzieś głęboko w naszych sercach miłość, pasja i wola realizacji nawet najbardziej szalonych marzeń!
To historia opowiedziana z perspektywy dzieciaka, a jednak dla dorosłych. To my, dorośli, mamy w trakcie tej lektury zapytać sami siebie: czy zostało w nas jeszcze coś z tej dawnej niewinności? Czy dostrzegamy piękno w najbardziej prozaicznych chwilach z naszego życia?
To zarówno pełna wspaniałego humoru jak i mądrego przekazu powieść. Nie przeintelektualizowana, bez przekombinowanej pseudo-naukowości. Może sprawić, że wyjąc ze śmiechu spadniemy z kanapy i że przez chwilę w ciszy zastanowimy się nad naszym życiem.
Ach, jeśli autor recenzji nie rozumie, co miał Stokowski na celu pisząc „Samo-loty” to już spieszę z odpowiedzią – Pan Marek Stokowski zawsze twierdził, że jednym co ogranicza nas tak naprawdę w życiu, jest granica naszej wyobraźni. Jeśli ją przekroczymy, jesteśmy w stanie zdziałać cuda! I to między innymi przekazuje nam w powieści. I pamiętajcie „Najbliżej nieba są samoloty, najbliżej jawy jest marzenie (…)”