„Dewey. Wielki kot w małym mieście” Vicki Myron, Brett Witter

Dzisiaj też jestem leniwa, ale nieróbstwu powiedziałam nie i zakasawszy rękawy, postanowiłam w końcu rozliczyć się z lektury uroczej, choć nie pozbawionej wad, powieści Vicki Myron i Bretta Wittera „Dewey. Wielki kot w małym mieście”. A jest to książka z gatunku ciepłych i sympatycznych czytadełek z tezą,  którą aż nazbyt nachalnie wciska się (!) czytelnikowi.

Jak szybko się dorobić? Napisać powieść z życia własnego kota! Na pewno znajdą się chętni, by ją przeczytać (na przykład ja, jakkolwiek bym się nie zżymała nad poziomem „kociej literatury” i tak czytać ją będę, bo koty uwielbiam). Niekoniecznie natomiast znajdzie się wydawca, który zechce kocie wypoty wydać. Kluczem do sukcesu będzie zatem popularność bądź renoma. Trzeba być, albo bardzo niezwykłym posiadaczem kota (być jak Doris Lessing na przykład, parafrazując tytuł filmu Spike’a Jonze’a), albo mieć bardzo niezwykłego kota – na przykład takiego Dewey’go – kota z miejskiej biblioteki w Spencer (północne Iowa; swoją drogą, biorąc pod uwagę częstotliwość pojawiania się nazwy Spencer u Vicki Myron, to musi być w tej chwili najbardziej rozpoznawalne miejsce w tej nieszczęsnej Iowie).

Dewey – kot znajda, który swą dobroczynną obecnością i miłym usposobieniem odmienił życie niejednego mieszkańca Spencer – choć butnie spogląda z okładki, nie jest jedynym bohaterem książki Vicki Myron, która z jakiegoś powodu postanowiła zabawić się w społecznego kronikarza i z podziwu godną skrupulatnością odmalować ostatnie kilkadziesiąt lat historii miasteczka oraz przy okazji swojej rodziny (taki mały nepotyzm). Właściwie nie mam nic przeciwko, tym bardziej, że oba tematy się z sobą nie gryzą. Co prawda wielki kot na okładce do czegoś zobowiązuje, ale tym razem nie będę panną czepialską i szczerze wyznam, że to pranie rodzinnych brudów Myronów nawet mi się podobało (nie pytajcie czemu :P; swoją drogą zawsze intrygowała mnie powszechność występowania w społeczeństwie potrzeby obnażania się ze swych prywatnych problemów na publicznym forum, ale to nie miejsce ani czas na takie rozważania). Podobało mi się, bo lubię prowincjonalną literaturę (patrz „Hotel Paradise” Marthy Grimes albo „Zabić drozda” Harper Lee). Sama wychowałam się w małym miasteczku (tyle, że polskim, a to jednak spora różnica), więc z autopsji wiem czym to pachnie i jak smakuje.

U Vicki Myron najbardziej uderza duma. Rozpierająca duma z tego, że jest Amerykanką (a to akurat nie powinno dziwić), że mieszka w najpiękniejszym północnym Iowa, że jest obywatelką Spencer, które jest najlepszym miastem, bo ma wszystko to co do życia potrzebne. Duma ze swojej małej społeczności, która potrafi się zjednoczyć i przetrwa każdy kryzys, duma z biblioteki, ze swych życiowych osiągnięć i duma z najlepszego kota – jedynego i cudownego Dewey’a. Ta cała prowincjonalna buta i dość natarczywe przesłanie książki aż nazbyt niepokojąco przywodzi na myśl agitacyjne laurki z czasów socrealizmu.

Nie dorabiajmy jednak na siłę filozofii do tej błahej choć nad wyraz przyjemnej książeczki. Vicki Myron nie jest pisarką, jest dumną ze swego pochodzenia prowincjuszką i bibliotekarką po przejściach (o niektórych zresztą wolałabym nie czytać), dlatego lepiej przymknąć oko na pewną tendencyjność jej wspomnień, której zresztą książka o małym kotku zawdzięcza specyficzny urok i ściskające serduszko ciepełko. A warto ją przeczytać choćby po to, aby przekonać się, jak bardzo Amerykanie są dumni ze swego kraju i jak przekonywująco potrafią o tym pisać.

Bonus: Foty z życia Dewey’a Czytaj Więcej
Dewey ma swój profil na Facebooku ;)

Ocena: ★★★★★☆

Acha – na czas jakiś porzucam temat kotów, bo ile można (tak wiem, bez końca… :)

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Czytadło, Lekturki, USA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „„Dewey. Wielki kot w małym mieście” Vicki Myron, Brett Witter

  1. chiara76 POLAND pisze:

    czytali to w „Lecie z Radiem” i nie wiem, czy to fakt, że zdaje się, że Szczepkowska to czytała (nie lubię jej), czy coś innego, ale mnie ta książka zupełnie nie zainteresowała. Pozdrawiam;)

  2. zosik POLAND pisze:

    Prawdę mówiąc to nawet o tym nie wiem i jeśli, ktoś nie jest kocim miłośnikiem nie sądzę, aby kogokolwiek kto nie jest kocim miłośnikiem ;)

  3. chiara76 POLAND pisze:

    ??
    Wiesz, ja kota nie mam, ale lubię czytać kocie opowieści. Tu mi jakoś forma nie podeszła i interpretacja również;)

  4. zosik POLAND pisze:

    To fakt. Ta książka, jak na powieść o kocie jest BARDZO specyficzna. Strasznie dużo w niej niekocich wspomnień, trochę jakby autorka musiała przed kimś wylać wszystkie nagromadzone przez lata żale, ale (o dziwo) to się nawet dobrze czyta.

  5. peek-a-boo POLAND pisze:

    Kupiłam tego „dewy’a” iza raz zabrałm sei za przegładanie. potem postnowilam jednak poczytac „uczciwie” od deski do deski. Po 15 min odłozyłam książkę, bo okazało się, że to co wyłapałam przy przeglądzie jest najciekawsze, że nie znajdę juz w niej niczego nowego. Oprócz kota na szacunek zasługuje tutaj to typowo, moim zdaniem, amerykańskie poczucie odpowiedzialnosci społecznej, umiejętność bezinteresownego współdziania, w naszym społeczeństwie, niestety, zupełnie niewykształcona.

  6. peek-a-boo POLAND pisze:

    ups, teraz dopiero zobaczyłam te literówki, sorry;/

  7. zosik POLAND pisze:

    Peek zgadzam się z Tobą w zupełności i całości. Dewey bardziej ciekawostka niż wartościowa powieść.

  8. Pingback: “Dewey. Wielki kot w małym mieście” Vicki Myron, Brett Witter UNITED STATES

  9. Martusia1221 POLAND pisze:

    Zakochałam sie w tej ksiażce…kocham koty ale niestety nie mam pieniedzy na ta książke chociaz tak jej pragne:( :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>