Ciemiężonych Azjatek nigdy za wiele, a poważnie rzecz ujmując, najwyraźniej zupełnie niezły „Klejnot Wschodu. Pamiętnik” M. Lindley nie zaspokoił mego apetytu na cierpiętnice z Dalekiego Wschodu (głównie dlatego, że rzecz była o femme fatale a nie ofierze patriarchatu). „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” natomiast uczyniło zadość mej chętce i to z nawiązką.
Okrzyczana i wychwalana w kręgach babskich książka w mym prywatnym odczuciu jest banalną historyjką o potędze przyjaźni i kobiecej zawiści. Od tuzinów tematycznie podobnych odróżnia ją jedno – owo dalekowschodnie tło, które czyni z „Kwiatu Śniegu…” powieść co najmniej ciekawą (walory poznawcze pierwsza klasa) i na swój sposób oryginalną, ale wciąż nużącą i banalną. Pisaną pod kątem wyduszenia z czytelnika jak największej ilości wzruszeń. Eeeee – tyle ja na to.
Nudziłam się, niecierpliwie podrygiwałam nóżką, dumałam – kiedy tu się w końcu coś godnego wydarzy. I nic. Było dużo haftów, listy pisane w sekretnym języku nu shu i pogodna akceptacja marności bytu swego. Smutne losy chińskich chłopek miast współczucia (litości?) wzbudzały we mnie irytacje. To nachalne i wciąż powtarzające się utwierdzanie w przekonaniu, że jako kobiety są li tylko bezużytecznymi gałązkami. Nic nie wartymi darmozjadami, których przepustką do lepszej przyszłości będą umiejętnie skrępowane stopy i oczywiście płodność (swoją drogą dość interesujący kontekst dla powieści Lisy See stworzyła poprzednia ma lekturka – „Notatki przyszłej matki” – oba kobiece czytadełka w skrajnie odmienny sposób podchodzą do kwestii płodzenia potomstwa; bardzo lubię wychwytywać takie różnice kulturowe).
Chciałabym nazwać „Kwiat Śniegu…” przyjemnymi głupotkami spisanymi ku uciesze czytelniczek, ale choć powieść Lisy See nie rości sobie pretensji do bycia świadectwem krzywd wyrządzonych kobietom, ani nie jest to lekturka ambitna czy zaangażowana (i całe szczęście), to jednak nie odebrałam jej jako babskich bzdurek. Zbyt męcząca by móc cieszyć. Zbyt smutna by móc radować. Ciekawa, ale nudna (tak, „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” łączy to co z pozoru do siebie nie przystaje).
Trója.
Może Cię również zainteresuje:
- „Bracia” Da Chen 27/10/2008
- „Klejnot Wschodu. Pamiętnik” Maureen Lindley 27/07/2008
- „Kiedy byliśmy sierotami” Kazuo Ishiguro 18/02/2009
- „Powiedział mi wróżbita” Tiziano Terzani 12/02/2009
- „Chińczyk” Henning Mankell 02/12/2009
- „Cukiereczki” Mian Mian 04/04/2008
- „Kraj nad Jangcy” Paweł Jasienica 04/11/2008










Mnie juz ta cukierkowa okładka odstraszyła.jak widać- slusznie;)
Peek, długo omijałam ją szerokim łukiem, ale jestem pewna, że znajdzie się duże grono obrończyń Lisy See :)
Ja nie w roli obrończyni, ale. Uwagę zwracam na akapit czwarty Twoich refleksji. Hafty, marność bytu, język nu shu, gałązki bezużyteczne. I Twa irytacja. Zdaje mi się, że irytacja bierze się z tego, że odbierasz książkę przez pryzmat współczesności. Drażni Cię i nudzi to wszystko, co obecnie wygląda zupełnie inaczej. To tak, jakbyś miała pretensje o historię, o miejsce kobiety w tamtym świecie. Tu – kobiety wyzwolone, decydujące o sobie. Tam – kobiety, dla których posiadanie umiejętnie skrępowanych, malutkich stóp decyduje o dalszym życiu i jego jakości. Taka była wtedy kultura, takie kanony piękna i wartości, niestety. Świat powiązany zasadami, których przestrzegać należało, świat dużo powolniejszy niż obecny. Nie czujesz tamtego świata, więc Cię irytuje.
Swoją drogą, książka książką. W czasie, gdy czytałam „Kwiat śniegu…”, obejrzałam też dokument o ostatnich kobietach, którym skrępowano stopy. Pokazano starsze już panie, dla których te stópki, powykręcane, pokaleczone, naprawdę były ideałem piękna. To mnie zaciekawiło. Ich psychika, sposób myślenia.
Pozdrawiam:)
Litera to zupełnie nie tak, jak myślisz :) Tamte czasy czuję – wydają mi się niezmiernie interesujące choćby w filmowym ujęciu Zhanga Yimou („Zawieście czerwone latarnie”, „Czerwone sorgo” etc). Nie irytują mnie same obyczaje, wkurzyła mnie miałkość samej historii, która prócz ciekawie nakreślonego tła nie wnosi absolutnie nic interesującego.
„Zawieście …” niedawno oglądałam, ciekawie opowiedziana historia, niesamowity klimat. „Kwiat …” czytałam jakiś czas temu, więc i wrażenia są lekko pokryte kurzem – dziś pewnie inaczej bym odebrała tę książkę;)
No właśnie- wszędzie entuzjastyczne komentarze na tema tej książki- też na nią ostrzyłam żęby, ale ostatnio zawiodłam się , chyba tytuł brzmiał-Miłość Peonii- test 50 stron niezdany- oddałam do biblioteki
Be.el – jak widzisz zdania są podzielone. Wg mnie nuda i banał ;)
Mnie sie nawet podobala, ale tylko ‘nawet’. Ladne egzotyczne czytadlo, ale tez zabraklo mi tam czegos, wlasnie tego, co tak, jak napisalas, doskonale ujmowal Zhang Yimou w swoich filmach. Do kolejnej ksiazki pani Lisy See nie zamierzam zagladac, ta jedna mi wystarczyla.
Też mi jedna wystarczy
Książkę tę czytałam kilka lat temu, będąc jeszcze nastolatką (jak to brzmi ;p) i pamiętam, że wszystko, co traktowało o ciężkim bycie kobiet różnych epok i szerokości geograficznych niezmiernie mnie pociągało, dlatego „Kwiat śniegu…” przypadł mi do gustu. Gusta jednak się zmieniają, szczególnie w okresie wczesnej młodości, a także młodości późniejszej, dlatego mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że z banału się wyleczyłam. Na szczęście ;p