„Udław się” Chuck Palahniuk
Chcąc jeszcze przez chwilę pozostać w japońskich klimatach (towarzyszących mi w dwóch poprzednich lekturkach), ośmielę się stwierdzić, że „Udław się” przemknęło mi przed oczyma niczym Shinkansen. I niestety na tym kończą się podobieństwa z Krajem Kwitnącej Wiśni. Lekturą „tego słynnego outsidera” Palahniuka czuję się poniekąd rozczarowana i właściwie sama sobie jestem winna. Szanowny autor już „w pierwszych słowach swego listu” radził bym sobie odpuściła*, a ja na złość mu nie. Żałować – nie żałuję, ale prześladuje mnie poczucie, że za jakiś czas, poza kilkoma boskimi wyimkami, o „Udław się” pamiętać nie będę.
Sama historyjka zupełnie niczego sobie. Główny bohater to maminsynek i seksoholik, niedoszły lekarz, którego życie zmusiło do pracy w roli żywego rekwizytu w osadzie z okresu początków amerykańskiej państwowości. Po godzinach natomiast para się kontrolowanym dławieniem w restauracjach w celu pozyskania funduszy na tenże posiłek tudzież poszerzenia listy oddanych mu aż po grób darczyńców, którzy (jak mówi pewne dalekowschodnie przysłowie) skoro raz uratowali mu życie, będą musieli się nim opiekować aż po kraniec dni. Zapomniałabym wspomnieć o mamusi anarchistce z przewlekłą sklerozą i anoreksją, która w młodości z lubością podmieniała zawartość opakowań z farbą do włosów (cudny motyw). Palahniukowską menażerię uzupełnia jeszcze wesołe zgromadzenie koleżanek i kolegów z pracy, terapii dla seksoholików oraz domu starców, w którym mieszka mamusia. Psychole, degeneraci i nałogowcy wszelakiej maści, a także pewna ilość zmutowanych zwierząt (czemu zmutowanych – tego Palahniuk wyjaśnić już nie chce).
W toku lektury „Udław się” staje się coraz bardziej niedorzeczne i absurdalne. Książka składa się z kilkudziesięciu króciutkich rozdziałów, które czyta się błyskawicznie i równie szybko gubi się ich sens. Poza tym Palahniuk manierycznie prowadzi narrację, beztrosko przeskakując w czasie i przestrzeni, a zdarza mu się tą zbrodnię popełniać nawet wewnątrz jednego rozdziału. Nie cierpię takich narracyjnych bajerów. Na korzyść zaliczyć muszę kilka znakomitych fragmentów, na przykład jedyną i niepowtarzalną metodę czyszczenia uszu przy pomocy podpalonej kartki papieru.
„Udław się” w gruncie rzeczy jest całkiem przyzwoitą książką, choć słowo przyzwoite jest określeniem najmniej do tej powieści pasującym. Absurd goni absurd, ale jako satyra na amerykańską mentalność wypada mało przekonywająco, pomimo zadziornego stylu, ułańskiej fantazji autora i programowej kontrkulturowości. Palahniuk napisał tak nonsensowną książkę, że zupełnie nie wiem co mam o niej myśleć. Ani genialna, ani beznadziejna, a już na pewno nie przeciętna. Palahniukowi do przeciętności daleko.
* Jeżeli masz zamiar to czytać, odpuść sobie. Po dwóch stronach będziesz miał dość. Więc daj sobie spokój. Odejdź. Uciekaj, dopóki jesteś w jednym kawałku. Ratuj się.









Ooo!, ;-)) czuję, że spodobałaby mi się ta książka. Uwielbiam takie groteskowe i wręcz absurdalne opowieści. Pewnie po nią sięgnę …w następnej pięciolatce ;-)
Matylda :P Też mnie ciągnie ku takim zakręconym książkom ;) Strasznie mnie kusi na przykład „Sprzysiężenie osłów” Toole’a, a i streszczenia pozostałych książek Palahniuka brzmią co najmniej groteskowo. Ale to w następnej pięciolatce :D Pozdrawiam!
A mnie ksiazka malo kusi, chociaz tez lubie absurd (ale nie za duzo i musi byc taki szczegolny…). Za to bardzo podoba mi sie okreslenie „pieciolatka”, cudo! Moge sobie przywlaszczyc? Jest bardzo trafne i dokladne, nie umiem planowac lektur na nastepne rok czy pol roku, ale na piec lat – jak najbardziej! Mam akurat ksiazek na liscie do przeczytania na nastepne 5 lat :)))
Matylda ujęła sedno rzeczy :) Ja buszjąc w różnych mych papierkach i notatkach co pewien czas wydłubuję jakieś zakurzone spisy książek, które przeczytać muszę. I tak na przykład od liceum ciągnie się za mną widmo „Blaszanego bębenka” i „Gry w klasy” i nie wiem czy kiedyś w końcu uda mi się je gdzieś wcisnąć i przeczytać :)
Do „Blaszanego bebenka” mnie nie ciagnie, za to „Gre w klasy” przeczytalam dwa razy – raz w wieku 16 lat, drugi raz – 26. Za drugim razem znacznie wiecej pojelam i bardziej podobala mi sie niz za pierwszym (ale i tak nie zrozumialam wszystkiego).
Ja mam liste ksiazek na amazonie i taka papierowa, z podzialem na rejony geograficzne (uwielbiam tworzenie list, filmowa tez mam!). Odznaczam tam, co juz przeczytalam (poza tym zapisuje to sobie w malym zeszyciku z zaznaczeniem miesiaca i roku – mam zeszycik na ksiazki i na filmy), zaznaczam tez olowkiem, ktore ksiazki juz posiadam. Lubie miec taki jasny obraz stanu mojego czytelnictwa :)
Ha! To nie jestem jedyną maniaczką spisywania książek, które już przeczytałam. Właściwie niemal od początku studiów prowadzę taki mały kapownik (który teraz wygląda jak wymięta szmatka, a nie zeszyt), w którym skrzętnie notuję co kiedy czytam plus mam jeszcze spis w wersji online w Biblionetce. Bardzo odpowiada mi taka forma uporządkowania i dzięki temu wiem co czytałam, a nie raz okazało się to niezwykle pomocne, bo na przykład totalnie nie pamiętam, żebym czytała „Pana Moliera” Bułhakowa, natomiast mój kapownik i B-netka twierdzi, że i owszem i nawet mi się podobało.
Sklera… ;) Za dużo masła :)
Hi hi :) Ja od poczatku podstawowki prowadzilam specjalny zeszyt (zapisywalam autora, tytul, wydawnictwo, glowne postacie i pisalam streszczenie)- na poczatku byl to szkolny obowiazek, ale potem przez cala podstawowke robilam to dla przyjemnosci, dla siebie samej. W liceum zas zmienilo sie to w zwykle zapisywanie autora i tytulu, dopiero jakies dwa lata temu dodalam rok i miesiac czytania. Streszczen juz nie pisze, chyba ze recenzje na blogu (co tez sprawia mi przyjemnosc, nie powiem) :)
Wiesz Chihiro ja tak na dobrą sprawę zajęłam się czytaniem książek dopiero w ostatniej klasie ogólniaka, a wcześniej raczej unikałam kontaktu z literaturą, przy czym na przykład taki biedny Sienkiewicz do dziś jest dla mnie synonimem przymusu. Kluczowy w tym kontekście jest „Proces” – łyknęłam go i zakochałam się w czytaniu. Potem miałam cudowny kurs z literatury na studiach ze wspaniałą prowadzącą, która zaszczepiła mi bakcyla i do tej pory już się samo kręci i samo spisuje. A bloga założyłam a. z nudów (serio, serio i to był główny powód) b. miałam ochotę „sprzedać” kilka opinii o książkach, które z takich lub innych powodów mi się podobały, a w „realu” nie za bardzo miałam z kim dyskutować.
Ha, ja tez bloga zalozylam z nudow! W pracy pracowalam moze 3 godziny z siedmiu, wiec musialam cos ze soba zrobic :) I tak sie kreci, teraz juz znajduje na niego czas poza praca. A czytac lubilam zawsze :)
Mogłabym się podpisać pod Twoją wypowiedzią ;) Ale już nic więcej nie powiem, bo nie (a ściany mają uszy ;)
Oficjalnie wyrażam zgodę na używanie terminu „w następnej pięciolatce”.
;-)))
Ja tak mówię przez mojego męża, który mnie tym zaraził. Jak o coś zapytam, kiedy coś tam…, to On mi odpowiada, że następnej pięciolatce.
Pozdrawiam z deszczowego Podkarpacia.
W Krakowie też leje… Dziś nie poczytam na plantach. Dziś co najwyżej mogę się zakopać w koce i poduszki w domu :)
Oby słońce nie wróciło w następnej pięciolatce ;) ;)
Polecam Miłość zimniejszą od śmierci. Strasznie żałuję, że tylko dwie książki tej autorki zostały u nas wydane. Rosja rewelacyjnie pasuje mi do kryminałów.
Pozdrawiam
Solardew
Mam nadzieję, że „Miłość zimniejsza…” spodoba mi się równie, jak Tobie :) Wciąż mam w pamięci Twoją recenzję Solardew :)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane