Z „Tańcz, tańcz, tańcz” i mną było tak: Najpierw, przez niemal dwa miesiące książka leżała w różnych strategicznych punktach mieszkania, czyniąc mi, już samym swym widokiem, nieme wyrzuty, po to aby, gdy już uznałam, że nadszedł odpowiedni moment (na co głównie miał wpływ nie ubłagalnie zbliżający się termin zwrotu do biblioteki), łyknąć to dość opasłe (około 530 stron) tomisko w trzy wieczory. W takt niecierpliwego przytupywania nóżką w autobusie, pracy, sklepie czy gdzie kiedy wreszcie uda mi się w Murakamim zatopić.
„Tańcz, tańcz, tańcz” okazało się być wciągające jak bagno. Wprost nie mogłam oderwać się od czytania, powtarzając w kółko, niczym jakąś mantrę, że jeszcze tylko dwie stroniczki, jeszcze tylko do końca rozdziału i już idę spać. I nie szłam spać, bo czytałam dalej, a zarywanie nocy dla książki zdarza mi się wyjątkowo rzadko. To musi być faktycznie COŚ na tyle dobrego, że będzie w stanie pokonać mojego wewnętrznego śpiocha. Murakami dał radę, przy okazji fundując mi mnóstwo przyjemności wynikającej z obcowania z jego pisarstwem, z którym nie miałam styczności już od blisko roku. Okazało się, że tak długa przerwa tylko wyszła mi na dobre. Przesyt zniknął. Zastąpił go apetyty. Najzabawniejsze jest to, jak bardzo lektura jest uzależniona od różnych czynników nie związanych z samą treścią. Rok temu zdążyłam ledwie napocząć „Tańcz, tańcz…”, gdy stwierdziłam, że potrzebuję przerwy od Murakamiego, że mam dosyć jego wydumanych bajeczek o dziwnych ludziach z jeszcze dziwaczniejszymi problemami. Teraz mój odbiór tej samej powieści okazał się skrajnie odmienny. Od znudzenia do euforii? Właściwie czemu nie.
Nie mam ochoty bawić się w streszczanie fabuły, która poniekąd jest kontynuacją mojej dotychczasowej ulubienicy, czyli „Przygody z owcą” (w chwili obecnej zdetronizowanej przez swój sequel oczywiście). Cieszę się, że udało mi się zachować oryginalną kolejność, aczkolwiek z blogów, które podczytuje wynika, że bez znajomości „Przygody…”, „Tańcz, tańcz, tańcz” też się podoba (swoją drogą dziwi mnie tylko czemu polski wydawca Murakamiego nie uznał za stosowne zasygnalizować zależności między obiema powieściami). Powracając do meritum, o fabule pisać nie będę, bo podsumowana w kilku zdaniach zabrzmi, jak jeden wielki banał, a powieść bynajmniej banalna nie jest. Pomijając cudowny murakamiański klimacik, za który się Harukiego albo kocha, albo znieść nie może, „Tańcz, tańcz, tańcz” jest opowieścią po trosze kryminalną, po trosze obyczajową, przy czym motyw kryminalny wynika tylko (i wyłącznie) z osnucia fabuły wokół pewnej zagadki, do której rozwikłania dąży główny bohater. Rozwiązanie jednak nie stanowi celu samego w sobie. Tajemnica po prostu jest, a dążenie ku jej poznaniu okaże się dla naszego bezimiennego (chyba, że coś mi umknęło, jeśli tak – proszę o naprostowanie na właściwe tory) drogą ku samopoznaniu tudzież spełnieniu. Mówiłam, że brzmi to idiotycznie, ale na szczęście tylko tak brzmi, bo w rzeczywistości jest to znakomita powieść ze świetnie skrojonymi postaciami, klimacikiem i odrobiną wyrafinowanego humoru.
Warto, polecam, zachęcam. Najlepiej w oryginalnej kolejności.
Może Cię również zainteresuje:
- „Po zmierzchu” Haruki Murakami 28/10/2008
- „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” Haruki Murakami 22/01/2009
- Mój Murakami 21/04/2010
- „Sen_numer_9” David Mitchell 10/03/2008
- „Zagubieni w Tokio” Marcin Bruczkowski 15/02/2008
- „Obcy” Taichi Yamada 23/02/2010
- “Wyrok śmierci na życzenie” Masahiko Shimada 09/01/2009










Ale fajnie! Widze, ze i mnie bedzie sie ta powiesc podobac, ale musze najpierw siegnac po „Przygode z owca”…
Murakami to wykombinował tak, że wszyscy bohaterowie „Tańcz…” znają imię i nazwisko głównego bohatera, a my czytelnicy nie znamy tego nazwiska. Zgadza się. ;-))
Chihiro: No to ciekawa jestem, jak obie Ci się spodobają :) Będę czekać na recenzję.
Matylda: Ha! A jednak dobrze zapamiętałam.
ciekawe…wolałabym , żeby tego mojego emaila nie było, więc jeśli się pojawi jednak, to prosiłabym o usunięcie tego postu..
No, ale wreszcie chciałam coś u Ciebie skomentować. To robię próbę;)
ok, jest dobrze, będę mogła bywać;))
Ależ entuzjastyczna i pomysłowa (jak zawsze zresztą) recenzja Zosik!!:) Mnie również bradzo się podobało, i uff przypadkowo chronologiczne przeczytałam obie książki, bo nigdzie noty na ten temat nie ma rzeczywiście.
Chiara76: Odwagi! Śmiało :) Hihi mówiąc całkiem serio te maile, których wymaga system są zapisywane w tak zwanej bazie i uff nie są widoczne w żaden sposób na froncie :)
Foxinaa: Właśnie! To czysty przypadek właściwie, że udało mi się obie książki przeczytać we właściwej kolejności. Czuję się znów zniewolona przez pana M. (jeśli wiesz co mam na myśli;)
To i moze i na mnie przyszedl czas, aby znow siegnac po Murakamiego? Czytalam jakis czas temu dwie jego ksiazki oraz zaczelam „tancz, tancz..” i podobnie jak ty odlozylam twierdzac, ze: „WYSTARCZY”:-)Ale teraz, po dlugiej przerwie, hmm, moze przeczytam!
Chyba warto, mi ta przerwa zrobiło bardzo dobrze :)
Pingback: “Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” Haruki Murakami
EXTRA! ja nie moglam sie oderwac, zamowilam w zasadzie na prezent dla siostry na swieta, ale zaczelam czytac i stwierdzilam ze nie oddam! fajna usluga ten onestep, znow zamowie tym razem juz napewno dla siostry!
a ja zgłupiałam …The Dolphin hotel ? U Kinga jako pokój 1408 ? Plagiat, czy co ? King był pierwszy , 2007. Czy ja z przepracowania zwariowałam, czy coś mi tu nie gra….sama nie wiem, Zosiku, ratuj :)
Aga a ja nie wiem ;) Szczerze. Kinga czytałam raptem 2 książki, ale Murakami jednak pisze w innej stylistyce i zgłębia inną tematykę. Trudno mi powiedzieć co było wcześniej, ale „Tańcz, tańcz, tańcz” Murakami opublikował bodaj w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. W każdym razie niezły tytuł tu zadałaś i pytanie jest który od którego ściągał, a jeśli ściągał to po co?
Jako miłośniczka Murakamiego stwierdzam,że to za „Koniec świata…” moja ulubiona pozycja Murakamiego!!!I rzeczywiście wciąga jak bagno!
Remedios :-)))