„Mały palec Buddy” Wiktor Pielewin
Dzisiaj słów kilka o Wiktorze Pielewinie.
Dawno nie czytałam żadnej prawdziwie rosyjskiej książki. Owszem trafiło się kilka o Rosji, ale literatura z samego Imperium samoistnie poszła w odstawkę, przez co zapomniałam jak bardzo ją lubię, więc gdy napatoczył mi się „Mały palec Buddy” w duchu z radości po trzykroć przyklasnęła, bo: po pierwsze nadrobię zaległości w Pielewinie, po drugie odświeżę sobie znajomość z Rosją, po trzecie (wynikające z pierwszego) będę mogła na blogasku swym wysmażyć jakiś piękny pean ku czci jego twórczości, którą wielce sobie cenię (choć nie bezkrytycznie). Co też niniejszym w tym miejscu mam zamiar uczynić.
Wiktor Pielewin to typ osobnika obok, którego nie sposób przejść obojętnie. Starczy przyjrzeć się jego konterfektom – gdybym po zmierzchu spotkała kogoś z taką aparycją przypuszczalnie czmychnęłabym gdzie pieprz rośnie. Na szczęście, prawdopodobieństwo naszego tete-a-tete jest bliskie zeru, dzięki czemu mogę się skupić na walorach literackich. W moim prywatnym rankingu bowiem, Pielewin plasuje się w pierwszej dziesiątce najlepszych pisarzy, aczkolwiek doskonale zdaję sobie sprawę, że dla czytelników nie gustujących w „takich” klimatach jego twórczość może okazać się postmodernistycznym bełtem. Pielewin bynajmniej nie jest pisarzem łatwym w odbiorze, ale z obcowania z jego prozą można czerpać całe mnóstwo przyjemności – pod warunkiem, że na siłę nie będzie się doszukiwać sensu. Świat Pielwina bowiem rządzi się specyficzną (a)logiką sytuującą się gdzieś pomiędzy popkulturą, czymś co uchodzi za współczesną kulturę wysoką, poetyką science- fiction oraz szeroką gamą stricte rosyjskich paradoksów tudzież absurdów i o dziwo to wszystko ze sobą ładnie współgra. Oczywiście jeśli na siłę nie będziemy się doszukiwać sensu. Bo i tak się go nie znajdzie ;)
Pielewin nie pisze po bożemu. Pielewin pisze po swojemu, pod włos, kontrowersyjnie i zawadiacko, ale bez narracyjnych bajerów i silenia się na oryginalność. Ma swój niezwykle wyrazisty styl, który wyróżnia go na tle współczesnych prozaików. Potrafi czerpać pełnymi garściami motywy z kultury współczesnej, po to aby je wymiędlić, doprawić dużą ilością ironii i absurdu, a następnie wypluć. Co i rusz z lubością uciera nosa wszystkim tym, którzy wykazują skłonność do nadmiernego go zadzierania (tak jak na przykład francuscy filozofowie). Poza tym Pielewin jest urodzonym ironistą, a ja uwielbiam wyrafinowaną ironię, więc i jego też wielbić muszę. Co też czynię, zwłaszcza po lekturze „Świętej księdze wilkołaka”, IMHO najlepszej powieści, którą dotąd popełnił, przy czytaniu, której obśmiałam się, jak norka.
„Mały palec Buddy”, pierwsza „pełnometrażowa” powieści Pielewina (wcześniej wydał dwa tomy opowiadań), jest książką dojrzałą i przemyślaną. Akcja rozgrywa się równocześnie na trzech płaszczyznach: w 1918 roku, w oddziale dowodzonym przez Czapajewa, współcześnie w psychuszce oraz w świecie wizji pacjentów tejże psychuszki (w mej opinii najlepsze fragmenty „Małego palca…”, kwintesencja „Pielewinizmu” mieniącego się wyrafinowaną ironią oraz purnonsensowym humorem). Wojenną zawieruchę i współczesność spina postać Piotra Pusto – rewolucyjnego poety, którego Czapajew ściąga na front jako swego komisarza i który (zabrzmi to kuriozalnie) w tym samym czasie, ale kilkadziesiąt lat później jest poddawany eksperymentalnej terapii w zakładzie psychiatrycznym. Pielewin tak zręcznie przeplata obie (nawiasem mówiąc groteskowe do cna) płaszczyzny, że do końca nie wiadomo, która jest bardziej prawdziwa, tym bardziej, że żadna na taką nie wygląda. Trudno jednoznacznie stwierdzić o czym tak naprawdę jest „Mały palec Buddy”, bo de facto nie jest ona ani o Czapajewie, ani tak do końca o pustce (jak chce, żebyśmy myśleli autor), choć rozmaite filozoficzne dysputy o materii rzeczy zajmują tu sporo miejsca. O niczym „Małym palec Buddy” również nie jest, ale stawianie takich pytań niebezpiecznie przybliża mnie ku pytaniu o sens, a o to pytać nie można. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Pielewin podważa zdroworozsądkowe postrzeganie rzeczywistości, bo rzeczywistość w jego wydaniu jest zbyt powykrzywiana i nieprawdopodobna by mogła być sensowna.









O książce nic powiedzić nie mogę, bo nie cztałam nic W. Pielewina, ale mogę powiedzieć, a nawet chcę na temat jego facjaty. ;-) Jak najbardziej w moim typie. Coś mnie ciągnie do tego typu urody: typków spod ciemnej gwiazdy, z twarzą lekko zniszczoną przez życie, nieurodziwych, aczolwiek mających w oczach zadumę, tęsknotę i romantyzm. Lubię takich niby gruboskórnych i draniowatych panów. Ale, ale! żebym nie została odebrana jako jakaś sadomacho! ;-) hehe. Lubię po prostu mężczyzn takich prawdziwych, twardych, nie lalusiowatych, a W. Pielewin taki mi się wydaje, bynajmniej z facjaty.
Aaaa Matylda a to mnie zaskoczyłaś ;) Bo na mnie facjata Wiktora P. po prostu przeraża.
(ale byka strzeliłam, miałam napisać sadomaso – a napisało mi się sadomacho, ja żadnych macho nie lubię hehe ;-)- wyszedł przypadkowo neologizm całkiem na miejscu)
właśnie ;)zresztą co ja tam wiem o SM ;)
Ksiazka zupelnie nie w moim stylu, ale opisalas ja mistrzowsko! Polece Guciowi na pewno, bo on lubi takie klimaty, a ja za ironia az tak nie przepadam.
A co facjaty pana P. – koszmar! Matylda, gdzie Ty widzisz zadume i romantyzm? Ja widze nabrzmiala od alkoholu gebe! Wiem, ze o gustach sie nie dyskutuje, ale dla mnie pan P. jest kompletnym zaprzeczeniem meskosci :) Z Rosjan to podoba mi sie Majakowski :)
Znam mężczyzn o twarzach, na których życie odbiło wyraźnie swoje piętno, z którymi los nie był łaskawy i nie raz sprowadzał ich na niewłaściwe tory. I wśród nich są ludzie o pięknej duszy, potrafiący zauroczyć słowem, wprowadzić w nastrój zadumy. Ich twarze potrafią sporo o wnętrzu powiedzieć. A alkohol, no cóż, to – powiedziałabym – element ich życiorysu.
Tak już mam, że kocham zimnych drani…
Chihiro: Aż sobie wyguglałam Majakowskiego. To chmurne czoło hihi ;) Koniecznie poleć Guciowi pana P. Ciekawa jestem czy mu się spodoba.
Matylda: Jak Ty pięknie o nich mówisz :)
z Panem Pielewinem spotkałam się przy okazji zajęć z historii literatury rosyjskiej, gdzie omawialiśmy jego ‘hełm grozy’ jako przykład mitu labiryntu. przyznam szczerze, że przy pierwszym przeczytaniu nie zrozumiałam wszystkiego. mnóstwo tam nawiązań. oj mnóstwo. ale książka niezwykle interesująca.
jednak moja pierwsza przygoda z tym autorem miała miejsce już rok temu, kiedy sięgnęłam po „generation p’ które niezmiernie mi się spodobało. ja lubię taki typ literatury. lubię postmodernizm. i Pielewina lubię. teraz kolej na ‘świętą księgę wilkołaka’ która stoi już na półce. koleżanka moja po przeczytaniu ‘hełmu grozy’ się zakochała w pielewinie i teraz chłonie wszystko. ostatnio pochłonęła właśnie ‘księgę’ i była zachwycona.
co do literatury rosyjskiej to ja bym mogła mówić i mówić, bo troszkę tego już przeczytałam. aktualnie ‘to ja ediczka’ limonowa. jeśli będzie Cie ciekawiła moja ocena tej książki to cos na kształt recenzji znajdziesz niedługo tutaj: http://www.culturemyfriend.blox.pl
uff sie rozpisałam trochę;)
pozdrawiam
tak jeszcze chciałam dodać tylko, że bardzo pozytywnie jestem zaskoczona. pierwszy raz spotykam w sieci kogoś kto zna twórczość Pielewina:) wiadomo jak to jest, literatura rosyjska to dla większości dostojewski, bułhakow, pasternak, ew czechow. i na tym się kończy. a tak naprawdę to jest tam wiele wiele perełek, takich jak pielewin:)
Hannah witaj :) Dziękuję Ci bardzo za przemiły komentarz. Cieszę się widząc kolejną fankę Pielewina, którego strasznie lubię właśnie za ten nieuczesany styl i wariactwo w czystej postaci. Właściwie do kompletu brakuje mi już tylko „Empire V” i nie ukrywam, że jestem strasznie ciekawa tej książki. I czekam z niecierpliwością na Twoją recenzję. Mam Cię na oku ;)
Ja właściwie nie wiem, czy wolę Swiętą Kasięgę Odmieńca (raczej niż wilkołaka, bo Huli jest liską nie wilkiem), czy opowieść Piotra Pustoty. Obydwie są rewelacyjne, tylko każda pod innym względem – lepiej się czyta SKO, nawiązania są czytelniejsze, gry językowe bardziej wyrafinowane, za to CIP (no czili Mały Palec) jest bardziej przeyślana, lepiej skonstruowana i jakby tak… hionotyzuje :) Właśnie po raz kolejny ją przeczytałam i jakoś mi się tak pusto zrobiło.
Piszę jednak po to, by wyrazić swoją opinię na teat sesnu CIP i w ogóle całej twórczości Pielewina: to nie tak, że go nie ma i nie ma co go szukać. Jest! Tyle że nie jeden i nie dla każdego ten sam – tak, to truizm.
Ja znalazłam taki sens: pomaga mi zrozuieć Rosję współczesną, jest początkiem poszukiwań, interpretacją współczesnych przemian itd.
A bohaterowie CIP to różne wcielenia Rosji: Maria -zapadnickiej, Serdiuk – panmongolistycznej, a Piotr… pielewińskiej:) A co to dokładnie znaczy, to muszę jeszcze pomyśleć i napisać tekst na konferencję.
Pozdrawiam fanów Pielewina:)
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane