Podobało mi się, bo „Klejnot Wschodu. Pamiętnik” trafił na dobry moment. Od dłuższego czasu bowiem trapiła mnie chętka na lekturki o ciemiężonej po dalekowschodniemu kobiecości. Nie wiem czemu, ale musiały minąć dwa lata od kiedy przeczytałam (zresztą bez większych och i achów) „Wyznania gejszy” Arthura Goldena, bym nagle poczuła chęć przeczytania czegoś w podobnych klimatach. Padło na „Klejnot Wschodu”, który jest wprost wymarzoną lekturą na lato: bezpretensjonalną, lekką jak piórko i zupełnie nieangażującą umysłu. Ot kobiece czytadełko. Przeczytać i zapomnieć.
Winna jestem pewne sprostowanie, bowiem już w trakcie lektury przekonałam się, że powieść Lindley z „Wyznaniami gejszy” wspólne ma li tylko miejsce osadzenia akcji. Poza tym wszystko jest na opak – nie świętobliwa gejsza, a rozwiązła Chinka, która poczuwa się do bycia Japonką i przy okazji jest żoną Mongoła (ale na próżno szukać wynikających z tego kulturowego rozdarcia problemów z tożsamością). Nie wystraszona sierotka, a pewna siebie femme fatale z tupetem, przy pomocy którego mogłaby przenosić góry. Podobno autentyczna postać, która jako szpieg trochę namieszała na dworze Pu Yi (i, jak twierdzi we wstępie Lindley, pojawia się w „Ostatnim cesarzu” Bertolucciego – muszę raz jeszcze obejrzeć by się przekonać). Jeśli faktycznie Klejnot Wschodu jest historyczną postacią to wiodła życie tyleż ciekawe co rozpustne i hulaszcze. W niczym nie przypominała skromnych Azjatek, wręcz była chodzącym zaprzeczeniem poglądów Konfucjusza na kobiecość i w tym aspekcie powieść Lindley jest przykładem interesującej antytezy całego, zapoczątkowanego przez Goldena, nurtu “orientu dla mas” (wiem, że wcześniej była na przykład Pearl S. Buck, ale to medialny szum wokół „Wyznań gejszy” w głównej mierze rozpętał modę na tego typu książki). Wspomnieć jeszcze muszę o niedorzeczność „Klejnotu Wschodu”, która miejscami woła o pomstę do nieba. Lindley z lubością daje się ponieść fantazji (a w każdym razie tak to sobie tłumaczę) i opisując grzeszne życiu Klejnotu, powypisywała takie farmazony, że de facto nie wiadomo czy się śmiać czy popukać w czoło.
Lekka literatura kobieca rządzi się specyficznymi prawami. Nie ma ambicji zmieniania świata, ma natomiast oderwać od codzienności, zabawić i dostarczyć łatwe do wyłuskania, uniwersalne przesłanie. „Klejnot wschodu” zupełnie nieźle sobie z tym radzi. Co prawda, za skłonność do pisania głupot powinnam Maureen Lindley bezwzględnie zbesztać, nie zrobię tego jednak, bo po pierwsze jest lato, a po drugie jej powieść naprawdę przyjemnie się czytało. Jako przecinek między poważnymi lekturkami spisała się na czwórkę z dużym plusem.
Może Cię również zainteresuje:
- „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” Lisa See 15/08/2008
- Złoty medal w megalomanii 04/11/2010
- „Kraj nad Jangcy” Paweł Jasienica 04/11/2008
- „Powiedział mi wróżbita” Tiziano Terzani 12/02/2009
- „Zagubieni w Tokio” Marcin Bruczkowski 15/02/2008
- „Kiedy byliśmy sierotami” Kazuo Ishiguro 18/02/2009
- „Malarz świata ułudy” Kazuo Ishiguro 11/12/2008









