Nie wszystkie książki, które czytam podobają mi się i nie wszystkie, które mi się podobają – podobają mi się w równym stopniu. „Czas Czerwonych Gór” mnie zaskoczył pozytywnie, bo podobał mi się nawet troszkę ponad przeciętną, choć początki wcale tego nie zapowiadały.
Wszystko przez specyficzną formę, którą nadała swej debiutanckiej powieści Petra Hůlová z troski o jak najlepsze oddanie realiów. Opowieść o losach pięciu kobiet wychowanych pośród mongolskich stepów, autorka rozbiła na monologi poszczególnych bohaterek, które (co jest w sumie logiczne), jako osoby proste nie mogły się wyrażać zbyt finezyjnie. „Czas Czerwonych Gór” jest zatem jakby zapisem spowiedzi poszczególnych kobiet, spisanym dokładnie tak, jak została ona wypowiedziana, potoczną mową pełną kolokwializmów, infantylnych konstrukcji zdaniowych oraz pojęć bezpośrednio odnoszących się do specyfiki mongolskiej kultury.
To byłoby na tyle jeśli chodzi o zastrzeżenia, bo pomijając wymyślną (aczkolwiek z premedytacją zastosowaną) stylizację, powieść Petry Hůlovej przypadła mi do gustu niemal od pierwszych stronic. Lubię poplątane kobiece historie, tak samo jak lubię od czasu do czasu poczytać o ciemiężonej kobiecości, aby móc raz jeszcze docenić życie podług zasad świata zachodniego. Jednak od doli i niedoli kobiecych bohaterek, ważniejsza dla mnie były walory poznawcze „Czasu Czerwonych Gór”. Przyznać muszę, że jestem pełna podziwu dla debiutującej Petry Hůlovej, że w tak sprytny i przemyślany sposób udało jej się połączyć rozpisane na kilka głosów kobiece opowieści z bardzo plastycznym obrazem życia we współczesnej Mongolii. Trochę stepu, trochę życia w Mieście (czyli w Ułan Batorze), trochę kuchni, sporo zwyczajów, szczypta ludowych wierzeń i tradycji, a w środku pięć kobiet: matka, trzy córki oraz wnuczka uwikłane we wzajemne skomplikowane relacje. Co ciekawe świat stworzony przez Hůlovą nabiera dziwnie feministycznego poloru. Mężczyźni jak najbardziej są w nim obecni i, jak przystało na kulturę Dalekiego Wschodu, wokół nich kręci się kobiece, życie, ale autorka przydzieliła im iście pretekstowe role, ograniczając się do zasygnalizowania ich istnienia w roli mężów, kochanków, ojców i narzeczonych i de facto na tym kończą się przydzielone im role. Są, ale jakby ich nie było, ważni i nieważni zarazem.
Jedna rzecz nieodmiennie mnie zastanawia. Czy uczynienie z dwóch postaci prostytutek było celowym zabiegiem, który miał na celu podniesienie atrakcyjności tekstu (poprzez dodanie wątków o zabarwieniu lekko skandalizująco-lubieżnym, a takie zawsze są w cenia) czy faktycznie jest to najlepiej płatne zajęcie dla młodych Mongołek z prowincji? Ot taka mała obyczajowa zagwozdka.
Może Cię również zainteresuje:
- Tajemnice Syberii 06/07/2011
- „Mongolia. Wyprawy w tajgę i step” Bolesław A. Uryn 06/09/2009
- „Dom Augusty” Majgull Axelsson 25/08/2008
- „Przystupa” Grażyna Plebanek 25/12/2007
- „Gottland” Mariusz Szczygieł 06/06/2008
- „Cukiereczki” Mian Mian 04/04/2008
- „Taki piękny dzień” Melania Mazzucco 02/03/2010










A wiesz, że czytam teraz o podobnych relacjach między kobietami ? (Nota bene – mój profesor mawiał, że tylko kobiety zaczynają zdanie od ” a wiesz”… :)Polecam „Kamienie przodków” – narracja prowadzona z punktu widzenia 5 kobiet, zależnych, jak to w kulturze afrykańskiej, od mężczyzn, którzy jednak wprowadzeni są do powieści tylko jako tło. Czytam to w ramach obecnego wyzwania, ale zdecydowanie nadaje się do „Portretów kobiet”. Podoba mi się.
Hulovą zapisuję do listy obowiązkowej. A teraz idę na mecz :) Polska gola!!!
;)
A wiesz ;) fajny tytuł. Kojarzy mi się z takim wspaniałym filmem Siergieja Paradżanowa „Cienie zapomnianych przodków”, a wracając do literatury to „Czas Czerwonych Gór” również idealnie nadawałby się do Portretów Kobiet (a i do 6 kontynentów, choć autorka Czeszka, więc w tym względzie nie bardzo), ale to chyba specyfika serii z miotłą – dla kobiet i o kobietach :)
A mnie tak książka wyjątkowo „nie podeszła”. Bywa:)
Zaraz po skończeniu „Czasu…” odkopałam Twoją recenzję Mbmm i rozumiem Twoje zastrzeżenia, które poniekąd podzielam. Nie cierpię takich wymyślnych stylizacji językowych.
Do Mongolii mnie obecnie nie ciagnie, ale jestem otwarta i pewnie kiedys siegne po te ksiazke.
Nigdy nie mów nigdy :)
Ja byłam zachwycona tą książką i odkąd ją przeczytałam planuje pojechać do Mongolii,na stepie odetchnąć w końcu świeżym powietrzem ;)
Pingback: Tajemnice Syberii (Stacja Tajga, Petra Hůlová) | Lekturki - blog Zofii Jurczak