„Prochy Angeli” Frank McCourt

Muza mnie opuściła do cna. Wyzuta z pomysłów, wymięta jam i zmęczona. I kto na tym najbardziej traci – oczywiście lekturki, bo czytać – czytam, ale pisać o tym co czytam wcale nie mam ochoty, nic a nic. Więc poniekąd z obowiązku, póki jeszcze jestem „na świeżo po”, kilka zdań o „Prochach Angeli”, książce, do której czytelnicze przymiarki czyniłam od dość dawna i nawet miałam (w sumie wciąż mam) wypożyczoną wersje anglojęzyczną. Jedynym co odwodziło mnie od przeczytania jej była mikroskopijna czcionka. W każdym bądź razie, czas temu jakiś odkryłam, że pierwsze polskie wydanie, nagrodzonych Pulitzerem, wspomnień Franka McCourta ukazało się pod (jakże patetycznym) tytułem „Popiół i żar” i w tej edycji bez problemu udało mi się książkę znaleźć w bibliotece (w której ostatnio spędzam sporo czasu, na przykład dziś wybieram się oddać skonsumowane wczoraj w ramach wieczornego relaksu na sofie hrabalowe „Auteczko” i przy okazji wypożyczyć coś na jego miejsce). Nie o tym, jednak miałam pisać.

„Prochy Anegli” (bo jednak to tłumaczenie tytułu preferuję) to powieść znakomita. Słodko – gorzka, na przemian smutna i rozbawiająca do łez. Unurzana w irlandzkich klimatach pijańsko-patriotyczno-kościelnych, które de facto obce są współczesnemu (młodemu) Polakowi, dla którego Zielona Wyspa jest ziemią obiecaną, celem zarobkowych pielgrzymek. Irlandia u McCourta, ta z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku, z ziemią obiecaną nie ma nic wspólnego. To raczej ziemia przeklęta, wyklęta, na której możesz cię wzbogacić co najwyżej o suchoty albo zapalenie płuc, a wtedy to już tylko do piachu.
Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, zastanawia mnie, jak udało mi się przeżyć. Było to, naturalnie, żałosne dzieciństwo, bo nad szczęśliwym dzieciństwem w ogóle nie warto się zastanawiać. Gorsze od normalnego żałosnego dzieciństwa jest żałosne irlandzkie dzieciństwo, a jeszcze gorsze – żałosne irlandzkie dzieciństwo katolickie [s. 9] Ostatnie cztery słowa to klucz do zrozumienia powieści oraz dramatyzmu wzrastania na Zielonej Wyspie, zwłaszcza z perspektywy permanentnie niedożywionego szkraba w dziurawych butach.

Właściwie gdybym nie posiadała elementarnej wiedzy na temat historii Irlandii i pewności, że „Prochy Angeli” są zbeletryzowanymi wspomnieniami żywego, stąpającego po ziemi człowieka, mogłabym pomyśleć, że McCourt celowo udramatyzował opowieść o swym dzieciństwie, które najlepiej określa triada: bród+smród+ubóstwo, a w szczelinach pomiędzy nimi rodzina oraz kościół. Instytucje bardziej despotyczne niż opiekuńcze, wiecznie czegoś od młodego bohatera oczekujące, w zamian oferujące ograniczone zainteresowanie. Ze strony familii – sfiksowany na punkcie patriotyzmu ojciec-alkoholik (z manierami prezbiterianina, co z wyrzutem w kółko wypominano autorowi i jego rodzeństwo) chciał, aby Frank umarł za Irlandię. Ze strony kościoła oczekiwano, że odda życie za wiarę. Przestaje dziwić fakt, że biedaczek najmilsze chwile spędzał w szpitalu.

U McCourta miesza się dosłownie wszystko: katolicyzm w najbardziej apodyktycznym wydaniu z dojrzewaniem pełnym pokus, głód i ubóstwo z chwilami szczęścia i beztroskie (jakie mogą być udziałem tylko tych, którzy nic nie mają), toksyczna rodzina z miłością braterską, niewinność z grzeszkami rozmaitymi, kufelek piwa ze smakiem oranżady, smak świńskiego łba z toffi. A wszystko to suto podlane zabobonno – ludycznym sosem, dzięki któremu lektura tej smutno – gorzkiej książki przysporzyła mi sporo uciechy i kilkanaście wybuchów śmiechu. Polecam.

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii (auto)biografie i wspomnienia, Europa, Lekturki, Piękna i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „„Prochy Angeli” Frank McCourt

  1. chihiro UNITED KINGDOM pisze:

    Slyszalam o tej powiesci, ale chyba wczesniej jeszcze o filmie i uznalam, ze tematyka nie dla mnie. I teraz sie utwierdzam. Biedna, brudna Irlandia jakos mnie nie interesuje, choc z pewnoscia ksiazka jest dobra.

  2. matylda_ab POLAND pisze:

    Witaj. No właśnie, wydawało mi się, że gdzieś, kiedyś taki film oglądałam. Tylko nie mogłam sobie przypomnieć dokładnie tytułu.
    http://www.filmweb.pl/f854/Prochy+Angeli,(1999)

    Smutne obrazy, niestety smutne, ale prawdziwe. Takie życie bywało…

  3. zosik POLAND pisze:

    Najpierw widziałam film – bardzo mi się podobał jak wszystko co wyszło spod ręki Alana Parkera i co miałam okazję dotąd obejrzeć. Potem pociągnęło mnie w stronę książki i… tak wyszło :) McCourt pisze z niesamowitym wyczuciem, stylizując na opowieść małego dziecka, które wraz z dorastaniem zaczyna stopniowo rozumieć świat.

  4. zosik POLAND pisze:

    Matylda_ab witam :)

  5. Prochy Anieli POLAND pisze:

    Książka jest niesamowita choćby z tego względu iż opowiada o najgorszych rzeczach pod słońcem w najlepszy z mozliwych sposobów, t.j. z wielkim dystansem i poczuciem humoru. Nie czytałem tej książki w tłumaczeniu tylko w oryginale i nie wiem czy udało się tłumaczowi oddać dowcipną narrację i komiczne momenty tej autobiograficznej powieści, choć sądząc po powyższej recencji wydaje mi się, że tak.
    Trudno się czyta, owszem, ale warto. Co prawda, po przeczytaniu stu stron musiałem zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę w lekturze ale gdy potem wróciłem do niej i doczytałem do końca to uważam że na prawdę było warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>