Wolfgang Büscher spakował plecak i, o brzasku pewnego letniego dnia, wyruszył w podróż na wschód. Na piechotę. Do Moskwy. W ten dość ekstrawagancki sposób postanowił uczcić swoje pięćdziesiąte urodziny i my, czytelnicy, wraz z nim uczestniczymy w tej dziwnej włóczędze, która im bliżej finalnego spełnienia, tym co raz bardziej upodabnia się do dziwnego, powykrzywianego snu. Wędrując poprzez kolejne krainy, Büscher nie ocenia, ani nie kala się jako Niemiec. Jest bezstronnym obserwatorem, który w sposób suchy i beznamiętny zdaje nam relacje z odwiedzonych miejsc i napotkanych po drodze osób. To taki typ surowego pisarstwa, które może wyjść tylko spod męskiej ręki, ale z drugiej strony czy jakaś kobieta zdecydowałaby się na potencjalnie tak niebezpieczną podróż?
Büscher jest mistrzem beznamiętnego opisu. Wydarzeniom trudno nadać jakąkolwiek gradacje, bo autor niczym się szczególnie nie zachwyca, na nic szczególnie nie utyskuje, niczego w sposób kategoryczny nie potępia. Pogodzony ze swym chlebem powszednim, czyli losem wędrowca – tułacza, przemierzał kolejne kilometry – nachalnie gościnnej Polski, ospałej Białorusi i tajemniczo niebezpiecznej Rosji. Pisarstwo Wolfganga Büschera ma tą dziwną cechę totalnego wymieszania realizmu i reporterskiej dociekliwości z oniryczną aurą. Bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, że marsz na wschód, ku Moskwie, jest li tylko dziwnym snem. Rojeniem w głowie autora, który wyśnił sobie całą galerię dziwnych postaci i sytuacji z rodzaju nie mieszczących się w racjonalnym poznaniu. A jednak Büscher, na przekór temu dojmującemu uczuciu, zdaje się cytować nieśmiertelną kwestię z „Hamleta”, że więcej jest rzeczy na niebie i ziemi niż śniło się waszym filozofom.
Tak było zawsze. Wieczorem kląłem na Rosję z powodu jej chamstewka albo jakiejś bezgranicznej znieczulicy, a następnego dnia wprawiała mnie w zakłopotanie bezgraniczna pomoc i gościnność, z jaką się nigdy wcześniej nie spotkałem. [s. 243]
Dziwna to książka. Monotonna, jak leniwie zmieniające się krajobrazy. Wyzuta z wszelkich ekscytacji. Zaprzeczenie literatury, która czyta się z wypiekami na twarzy. „Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę” czytałam długo. Przerywałam, aby sięgnąć po inne lekturki i ponownie wracałam do zarzuconej lektury, aby wraz z Büscherem kontynuować marsz. I dotrwałam do końca. Wspólnie zdobyliśmy Moskwę.
Może Cię również zainteresuje:
- Sztuka podróżowania 19/11/2010
- „Pierścienie Saturna” W.G. Sebald 19/03/2009
- W przedpieklu 08/03/2011
- „Zapiski z małej wyspy” Bill Bryson 23/03/2009
- „Austerlitz” W.G. Sebald 29/12/2007
- Podróże łagodzą obyczaje 03/06/2010
- „Głową o mur Kremla” Krystyna Kurczab-Redlich 10/01/2008










Dobrze, że tylko jeden Niemiec;)Ciekawi mnie nachalnie gościnna Polska.Pozdrawiam, odpoczynku po podróży.
Z tą nachalną polską gościnnością to tak, że gdy Büscher przekroczył granicę Polski wciąż ktoś mu oferował pomoc, planował za niego i trochę wbrew niemu tą jego osobistą wędrówkę. Jednak, jak pisałam, autor nie ocenia, nie potępia i nie pochwala; po prostu można wyczytać między wersami, że taka sytuacja nie do końca go zachwyciła.
Na polce mam jego „Podroz przez Niemcy”, czytalam ciekawe recenzje i sam temat calkiem mnie interesuje. Te ksiazke mam w merlinowskiej przechowalni, tez mnie ciekawi takie obiektywne spojrzenie na wlasna podroz i mijana rzeczywistosc.
Miałam to w ręku niedawno, ale w końcu nie przeczytałam. Przewertowałam i zwróciłam do biblioteki, bo wolałam w tym czasie przeczytać coś bardziej wciągającego. I widzę, że dobrze w sumie zrobiłam. Dzięki!
To bardzo specyficzna książka, ale z perspektywy minionego czasu myślę, że warto mimo wszystko mieć ją na uwadze.