„Miasto i psy” Mario Vargas Llosa
Upierdliwa twórczość Mario Vargas Llosy. Dokładnie taki tytuł miałaby ta notka, gdyby moja podskórna pedanteria nie nakazywałaby mi (dla porządku i większej czytelności) tytułować posty o książkach, wciąż i nieodmiennie, według tego samego schematu. A nic prócz owej „agresywnej nachalności” nie jest w stanie lepiej oddać klimatu „Miasta i psów” – powieści Mario Vargas Llosy, w której pisarz rozlicza się z pryncypialną szkołą wojskową imienia Leoncia Prady, do której został delegowany przez własnego ojca, liczącego, że ta wybije mu z głowy literackie zapędy.
W debiucie Llosy sporo jest wątków autobiograficznych, jednak jego pisarstwo nie jest li tylko osobistą zemstą kadecika, za różne krzywdy, których zaznał w ramach swej (Re)edukacji. Nie. Mario Vargas patrzy na całe zagadnienie szerzej, a hermetyczna szkolna społeczność jest jedynie pretekstem, punktem wyjściowym głębszej refleksji na temat pojęcia ‘męskości’ w kulturze iberoamerykańskiej. A wśród Latynosów najpopularniejszym (a w pewnych kręgach zapewne jedynym słusznym) wizerunkiem mężczyzny jest tryskający testosteronem samiec, czyli mówiąc krótko macho (i niech kobiety mi wybaczą). Co ciekawe, „Miasto i psy”, powieść wydaną w 1964 roku, można potraktować jako swoisty, literacki głos w dyskusji francuskich poststrukturalistów na temat represywnej funkcji kultury, która konstruuje i instytucjonalizuje pewne normy społeczne, tym samym ustanawiając kanon tego co dobre, prawidłowej i właściwie dla „zdrowych jednostek”. A co w takim razie z odmieńcami? Co z wrażliwymi chłopcami, którzy nie potrafią odnaleźć się szkolnym rygorze, którzy miast upijać się i „dymać” wszystko co się rusza, traktować kobiety jak ladacznice, maltretować słabszych? Czy „nie-macho” równoznaczne jest z „nie-normalny”, gorszy? Jak poradzą sobie z, wynikającym z tego, społecznym ostracyzmem?
Llosa bierze pod lupę szkolną społeczność – zamknięty światek pączkującej dopiero męskości, której jednak przyszło wzrastać w środowisku regresywnym, hołdującym wartościom determinowanym przez instynkty. Z wojskowym rygorem radzą sobie bardzo różnie. Jedni przy pomocy pięści (jak na przykład Jaguar), inni skrywając swą wrażliwą naturę pod maską ‘erotomana gawędziarza’ (jak Alberto – duchowy alter ego pisarza, który zyskał szacunek kolegów pisząc im na zamówienie erotyczne nowelki i miłosne listy do ukochanych), ale są i tacy, którzy z opresyjnym otoczeniem zupełnie sobie nie radzą. Jak chłopiec zwany Niewolnikiem, niemęsko wrażliwy, przez co skazany na etykietkę kozła ofiarnego, na którym można sobie pofolgować. MVL drobiazgowo lustruje to pseudo-patriotyczne wojskowe środowisko, do szpiku zły i brudny hipermęski świat, który z pełnym rozmysłem likwiduje najsłabsze jednostki. Nie szczędząc drastycznych szczegółów, krok po kroku, kamyczek po kamyczku przybliżając ku tragicznym wydarzeniom, które runą na bohaterów niczym lawina.
Upierdliwość twórczości Llosy zasadza się właśnie na owej skrupulatności. „Miasto i psy” to książka trudna, nie tylko ze względu na posępną tematykę, ale również na specyficznie llosowski sposób prowadzenia narracji, rozbitej na wiele głosów, często zmieniającej perspektywę, poszarpanej, pozornie chaotycznie skaczącej po tematach, jednak finalnie tworzącej przemyślaną koncepcję. To taki typ książki, w czytanie której trzeba włożyć całego siebie, oddać w ofierze całą swą uwagę, by móc w pełni uczestniczyć w fabule. Mario Vargas Llosa żąda od czytelnika stuprocentowego skupienia i, przynajmniej ode mnie, je dostał. Upierdliwie nieznośne męskie pisarstwo, w którego odmętach jednak (!) postanowiłam się zanurzyć.









Mam te powiesc na swojej polce i nie wiedzialam, czy po nia siegnac (nie kupilam jej, wycyganilam od siostry). I po Twojej recenzji nadal nie wiem, czy mnie pociaga… Naprawde nie mam pojecia, czy mnie ten „meski” swiat pociaga, czy chce sie w niego zaglebic…
Mnie nie pociąga szczerze mówiąc. Gdyby to nie była jedyna iberoamerykańska książka, którą mam w swej kolekcji i której jeszcze nie przeczytałam – pewnie nie zdecydowałam się na jaj czytanie w ramach wyzwania. Ciężka literatura, tak przez duże „C”.
Ja też mam tę książkę na liście z tego powodu co Ty, ale odkładam ją na potem.
Oj to Nutta przygotuj się na czytelnicze wyzwanie z krwi i kości :)
Temat, jak dla mnie, bardzo ciekawy, ale trochę się boję tej książki. Zacznę więc grzecznie od „Szelmostw…” i zobaczymy, jak mi pójdzie.
Bardzo podobała mi się ta recenzja :)
Inblanco dziękuję za uznanie dla mych recenzenckich wprawek :) Aktualnie trochę się męczę z „Ciotką Julią i skrybą” i jakoś tak powolutku dochodzę do wniosku, że MVL nie dla mnie.
Przeczytalam w liceum „Poczwale macochy” i uznalam, ze MVL nie jest dla mnie. Potem slyszalam wiele zachwytow, wiec pomyslalam, ze moze bylam za mloda/trafilam na nieodpowiednia ksiazke na poczatek/nie potrafilam wyczuc pisarza. A teraz jednak znow wydaje mi sie, ze to jednak nie jest „moj” pisarz, moze tak byc przeciez, prawda?
Może. Powoli dochodzę do bardzo podobnego wniosku.
Pozostaw swoj komentarz.
Lekturki są też tu
Lekturki na wynos
Rysunek © Zosia Frankowska
Tagi
W torebce
"Loteria" Shirley Jackson
oraz
"Gypsy Masala" Preethi Nair
Zajrzyj
Kategorie wpisów
Archiwum
Książka miesiąca
Luty: "Betonowy ogród" Ian McEwan
Marzec: "Sztywniak" Mary Roach
Kwiecień: "Spokojne niedzielne popołudnie" Hanna Krall oraz "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale
Maj "Dowody na istnienie" Hanna Krall
Czerwiec "Zagubieni" Daniel Mendelsohn
Lipiec "Moje życie we Francji" Julia Child
Ostatnie posty
Najnowsze komentarze
Najczęściej czytane