„Ciotka Julia i skryba” Mario Vargas Llosa

Po upierdliwym „Mieście i psach” stwierdziłam, że nie umiem powiedzieć czy styl MVL mi odpowiada, czy też nie, więc aby raz na zawsze rozstrzygnąć tą kwestię, od razu zabrałam się za czytanie kolejnej jego książki. Padło na „Ciotkę Julię i skrybę”, bo… ma taką śliczną okładkę (ta kształtna łydeczka, te soczyste kolory). W ogóle w tym miejscu muszę nadmienić, że jestem zachwycona szatą graficzną wszystkich wydań Llosy, za które słusznie wyróżniono wyd. Znak. Nie o tym jednak miał być ten post. Miał być o tym czy w końcu się dowiedziałam czy lubię czytać MVL czy nie, ale rozwiązanie tej zagadki pozostawiam na deser.

„Ciotkę Julię…” czytało się najpierw średnio, potem trochę gorzej niż średnio, potem przez chwilę fatalnie (a fatalność graniczyła z poirytowaniem), a potem (tak mniej więcej od 200 strony) bardzo dobrze (do tego stopnia, że pozostałe 270 stron łyknęłam w ciągu jednego popołudnia). Llosa osadził akcję w czasach, gdy bycie aktorem radiowym uchodziło za najnędzniejszą z profesji, a do pracy w charakterze redaktora serwisu informacyjnego przyjmowano analfabetów. Urocze to były czasy, kiedy nasz Mario, jeszcze studenciak, ale już utrzymujący się z pracy w radiu i oburzający się, gdy (o zgrozo) ktoś nazwie go Marito. A tak zwykła go tytułować cioteczka Julia, ponętna (niczym ta łydka z okładki) rozwódka, która właśnie przybyła do swych limańskich krewnych. Oficjalnie, aby ochłonąć po rozwodzie, a nieoficjalnie, aby przygruchać sobie nowego małżonka. Zatroskana familia próbowała wyswatać cioteczkę na różne sposoby, nie przypuszczając, jakie bezeceństwa dzieją się pod ich nosami. Zaczęło się bardzo niewinnie – wspólnymi wyjściami do kina. W kinie, rzecz powszechnie wiadoma, jest ciemno, a ciemność (kolejna rzecz powszechnie wiadoma) sprzyja różnym drobnym perwersyjkom. Ale! Wszystkich spragnionych literackich opisów rozpusty cielesnej, lojalnie przestrzegam – do konsumpcji szybko nie przejdziemy, i to bynajmniej nie z troski o czytelnicze morale. Akcja posuwa się drobnymi kroczkami, jakby była znużona nadmiarem słońca. Llosa snuje historie swej młodzieńczej miłości niespiesznie, do tego przerywając ją co i rusz fragmentami powieści radiowych, które urywają się w kluczowym momencie. Nie wspomniałam jeszcze o drugiej, bardzo ważnej, osobie w życiu Marito (MVL wybacz). Jeśli ciotka Julia odpowiadała za sferę cielesną, o tyle, poznany w radiu skryba w osobie Pedro Comacho, poprzez inteligentną konwersację, dopieszczał jego sferę duchową. Ów tajemniczy i niepozorny jegomość, prócz pisania na kilometry (tak, na kilometry) bulwarowych tworów literackich, z uporem wyznawał osobistą filozofię życiową, która z kolei fascynowała naszego Marito, stawiającego pierwsze nieśmiałe kroki pisarskie.

Nazwać „Ciotkę Julię i skrybę” powieścią pełną rozpusty jest grubą przesadą. Pełen rozpusty to był markiz de Sade, ale niekoniecznie Llosa, który jest jednak dobry w pisaniu farmazonów (patrz powieści radiowe Comacho), a już ponad wszystko uwielbia skandale ze sobą w roli głównej. Do perfekcji opanował trudną sztukę siania zamętu wokół własnej osoby w czasach, gdy nie było Pudelka, o Internecie nikt nie słyszał, a telewizja wciąż raczkowała. „Ciotkę Julię…” oceniam na czwórkę z plusem (plus za przednie farmazony i galerię barwnych postaci) i dalej nie wiem czy lubię czytać Llosę. Może dam mu jeszcze jedną szansę („Pantaleon i wiztytantki”? „Święto kozła”?), ale za czas jakiś, bo teraz mam ochotę na coś z zupełnie innej beczki.

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ameryka Południowa, Lekturki, Piękna i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „„Ciotka Julia i skryba” Mario Vargas Llosa

  1. nutta POLAND pisze:

    Okładka pokazuje, że były czasy, gdy panie potrafiły zakładać pończochy ze szwem.

  2. zosik POLAND pisze:

    A to jakieś szczególne utrudnienie? Bo prawdę mówiąc nie mam żadnych doświadczeń z pończochami ze szwem :D

  3. chihiro UNITED KINGDOM pisze:

    W Anglii nadal kobiety nosza ponczochy ze szwem :)
    Powiesci nie czytalam (nie wiem, czy sie skusze), za to widzialam film Altmana na jej podstawie, ktory strasznie mi sie podobal :)

  4. Brahdelt POLAND pisze:

    Okładka rzeczywiście zachęca, bo pokazuje, że były czasy, kiedy panie w ogóle nosiły pończochy (mój mąż pomstuje na wynalazcę rajstop… *^v^*). Jeszcze nie udało mi się sięgnąć po żadnego Llosę, dlatego wpisałam go na moją listę i spróbuję przeczytać „Gawędziarza”, a jak nie przebrnę, to może właśnie „Ciotkę…”.

  5. aśka POLAND pisze:

    A co powiecie na „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”? Mimo niedociągnięć – mnie zauroczyła :)

    pozdrawiam

    p.s. obecnie czytam ‘Tajemną historię’ D.Tartt…Co za książka!!!! :):)

  6. zosik POLAND pisze:

    Chihiro powiem Ci, że w ekranizacji Pedro Comacho gra Peter Falk i chyba lepszego odtwórcy roli tego dziwaka nie można sobie było wyobrazić.
    Brahdelt: Też nienawidzę rajtek. Wstrętne cywilizacyjne pęta. A do czytania Llosy jakoś szczególnie głośno namawiać nie będę, bo ja tam dalej nie wiem czy go lubię czy nie.
    Aśka: O „Szelmostwach…” słyszałam bardzo sprzeczne opinie, ale czytając streszczenia fabuły brzmi całkiem niczego sobie.

  7. la_polaquita CZECH REPUBLIC pisze:

    Zdecydowanie Pantaleon! Święto Kozła jest średnie.

  8. zosik POLAND pisze:

    La_polaquita pewnie tak zrobię, ale za czas jakiś. Od Llosy należy mi się póki co zasłużony odpoczynek. Pozdrawiam serdecznie!

  9. peek-a-boo POLAND pisze:

    czytałam to strasznie dawno, było to taki banał, o mrzonkach erotycznych młodzieniaszka. Jak na mój gust, nieco przegadany.

  10. zosik POLAND pisze:

    Peek-a-boo: Przegadane – owszem, ale te kawałki powieści radiowych były boskie :)

  11. aśka POLAND pisze:

    a „Wojna końca świata” ? Dorwałam ją ostatnio w bibliotece i jestem ciekawa Waszych opinii

    pozdrawiam miło :)

  12. zosik POLAND pisze:

    Aśka, mówiąc całkowicie szczerze – mnie przeraża jej objętość i tematyka. To będzie ciężka lektura.

  13. aśka POLAND pisze:

    To prawda.. objętość książki porażająca. Tematyka też wcale nie gładka, więc lekturę jej czarno widzę ;) Dlatego też czekałam na jakieś słowa zachęty typu „nie zważaj na ilość stron i temat… czyta się jednym tchem” ;)
    żartuję rzecz jasna
    Jak mnie znudzi to rzucę bez wahania. Wszak czytanie ma być przyjemnoscią.

  14. Bruixa POLAND pisze:

    Czytałam sporo Vargasa Llosy przed laty. Za najlepszą jego powieść uważam „Rozmowę w Katedrze”. Podobały mi się też „Ciotka Julia i skryba”, „Pantaleon i wizytantki”, „Miasto i psy”. W „Ciotce Julii…” bardziej od wątku romansowego interesowały mnie coraz bardziej szalone odcinki radionowel – cudne! „Wojnę końca świata” ledwie zmogłam – przytłaczająca. „Zeszyty don Rigoberta” mocno mnie rozczarowały i straciłam ochotę na najnowsze wytwory MVL. Kiedyś to on eksperymentował z formą i podejmował ważne tematy, a na stare lata pisze – pardon – o duperelach w jakiejś takiej anachronicznej manierze :(

  15. zosik POLAND pisze:

    Bruixa, ja tam się „Rozmowy w Katedrze” boję ;)

  16. veera POLAND pisze:

    Mnie przy tej ksiazce glownie trzymaly historie radiowe (perypetie mocno irytujacego Maria byly nieco nuzace), choc rozczarowal mnie fakt, ze zagrania Pedra Camacho nie okazaly sie na koniec jakims celowym chwytem i gra, ale zwyklym przejawem wariactwa.

  17. Marlon POLAND pisze:

    Zachwyciły mnie „Szelmostwa…”, bardzo podobała mi sie „Ciotka Julia…” a na „Rozmowach w „Katedrze”" poległam totalnie, właśnie mam dylemat czy brnąć w to dalej czy sie poddać. ratunku ;-)

  18. Ewe POLAND pisze:

    „Szelmostwa…” to chyba najlżejsza książka Vargasa Llosy, najlżejsza w tym znaczeniu, że nie ma tu tych wszystkich (typowych dla peruwiańskiego pisarza) komplikacji na poziomie formalnym. Książkę czyta się łatwo, w miarę lekko i (dla wielu) przyjemnie. Prawdą jest to, że opinie na temat tej książki są podzielone, bo kto zna wcześniejsze powieści Llosy mógł oczekiwać kolejnej skomplikowanej książki… A tu nieszczęśliwa miłość, porzucony kochanek, który nie może zapomnieć o „niegrzecznej dziewczynce”. Ale dość o tym. Moją (chyba) ulubioną książką jest „Święto kozła” obok „Miasta i psów”, „Zielonego domu” czy właśnie „Rozmowy w katedrze”. I to są właśnie te książki skomplikowane. „Święto kozła” najmniej, ale tu też mamy do czynienia z wielopłaszczyznową narracją ukazującą różne punkty widzenia i opinie. Tematem przewodnim jest dyktatura gen. Trujillo na Dominikanie, ale dyktatura, którą każdy widzi inaczej. Zachęcam! Jeszcze krótko o „Rozmowie w katedrze” – najbardziej skomplikowanej i zagmatwanej powieści. Wielopłaszczyznowość plus dialogi w dialogach i inne komplikacje… Wszystko to również ma na celu ukazanie społeczeństwa peruwiańskiego pod rządami dyktatora. Polecam wytrwałym i zainteresowanych taką tematyką:) I na koniec słówko o najnowszej powieści „El sueño del celta” – w Polsce ukaże się niebawem. Książka o losach brytyjskiego konsula, który po podróży do Konga i Amazonii walczy z wyzyskiem i okrucieństwem systemu kolonialnego. Postać prawdziwa (podobny „przypadek” u Llosy to Paul Gaugain i Flora Tristan w „Raju tuż za rogiem”), stąd historia oparta na faktach. Czy dobra? Przekonam się jak skończę.
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>