„Casino Royale” Ian Fleming

A właściwie „Sam chciałeś te karty czyli Casino Royale”, bo tak brzmi dokładne tłumaczenie tytułu.

Nie ukrywałam, nie ukrywam i nie mam zamiaru ukrywać, że jestem bondziarą, czyli wielbicielką Jamesa Bonda. Tego filmowego oczywiście. Nawet przez pewien czas poważnie myślałam czy nie poświęcić mu pracy magisterskiej, ostatecznie jednak zdecydowałam się na pisanie o pewnym japońskim reżyserze, co uważam za słuszną decyzję. Nie mniej jednak, jak już nadmieniłam, Bond od zawsze (a właściwie od pewnego sobotniego wieczoru jakąś dekadę temu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam „Operację Piorun” z Seanem Connerym wyskakującym z okna z czymś w rodzaju „rakieto-plecaka”) był mą wielką miłością. Gdybym mogła poprosić o coś złotą rybkę – jednym z życzeń byłoby, żeby kręcili filmy o Jamsie B. aż po kraniec mych dni. Niestety, trzy lata temu mojego ukochanego postanowili odmłodzić, wyrzucić gadżeciarstwo, za to dodać „głębie psychologiczną” i obsadzić w roli głównej kogoś kto swą aparycją w niepokojący sposób przypomina Władimira Putina. Powiem krótko: bolało. Nie czas i miejsce na „rozdrapywanie ran” (zapachniało telenowelą), w każdym razie postanowiłam bojkotować nowe produkcje. I pewnie bojkotowałabym nadal, gdyby nie Luby (mam wrażenie, że ostatnio pełni zaszczytną rolę animatora mojego życia kulturalnego) kazał oglądać „Casino Royale”. W sumie chora byłam, więc nie mogłam się za bardzo opierać. Ciekawość wzięła górę i stwierdzam (a czynię to z nieskrywanym żalem), że (niestety) bardzo mi się podobało. Po prawdzie nie jest to już ten sam Bond: zabójczo przystojny, elegancki i z ciętym dowcipem tudzież autoironią (co zwłaszcza pięknie było widoczne w interpretacji Rogera Moore’a). Dawny Bond nie brudził sobie rąk, Nowy Bond, odarty z bajkowej poświaty, stał się bliższy życiu. A po przeczytaniu literackiego pierwowzoru (i przy okazji pierwszej powieści o Bondzie) już wiem dlaczego zaadaptowano go dopiero teraz, jako dwudziestą pierwszą odsłonę przygód Agenta 007.

Zabrałam się za czytanie Fleminga bardziej z przekory i ciekawości niż jakichkolwiek innych pobudek. Intrygowało mnie, jak się ma powieść napisana w 1953 do pełnego wybuchów i bijatyk filmu nakręconego ponad pięćdziesiąt lat później. I od razu spieszę rozwiać wszelkie wątpliwości – ma się jak piernik do wiatraka. Czyli nijak, choć przyznać muszę, że scenarzyści sprytnie wykorzystali schemat tej króciutkiej książeczki o walce z sowieckimi szpiegami, aby dobudować na nim bardziej złożoną, współczesną fabułę. Z Fleminga został tylko motyw kasyna i rekonwalescencji. Powieść de facto jest opisem karcianych pojedynków (oraz ich konsekwencji) między Bondem i Lee Chiffrem. Ot taka sobie sensacja, z której możemy dowiedzieć się, że Agent 007 preferował spanie w górze od piżamy. Najbardziej zaskoczyło mnie w trakcie lektury, że Fleming zrobił z Jamesa aż takiego mizogina, który w wyniosły sposób pogardza wszystkim co choćby kojarzy mu się z kobiecością. Filmowy Bonda jest zdecydowanie bardziej poprawny politycznie (choć nadużyciem semantycznym byłoby nazwać go przyjacielem kobiet).

Książka jak książka – tym razem wolę filmy. Jednak ;)

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Brytyjskie, Lekturki, Sensacyjne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „„Casino Royale” Ian Fleming

  1. Judytta POLAND pisze:

    Na ksiązkę chyba się nie skuszę.
    Natomiast film widziałam ale i tak znacznie bardziej wolę Bonda z Piercem Brosmanem.

  2. zosik POLAND pisze:

    No właśnie. Brosnan to był przystojny ach :)

  3. Inblanco POLAND pisze:

    Zosik, co Ty z tym Putinem? No toś mi narobiła bigosu ;))) Facet mi się podobał, ale teraz mam poważne wątpliwości, co do jego zalet wizualnych. Niestety, ten Putin bardzo sugestywny był …

    Bondy to jakoś nie moja konwencja, ale „Casino Royale” podobało mi się bardzo. Może dlatego, że ta część jest chyba najmniej bondowata? James dostaje w kość, cierpi z miłości, czuje coś po prostu ;)
    Ale tego Daniela Putina to Ci, Zosik, szybko nie zapomnę.
    ;)))

  4. zosik POLAND pisze:

    Inblanco, ale popatrz tylko on ma taką „putinowatą” urodę.
    Fakt, „Casiono Royale” jest kompletnie niebondowate. To taki wyłom z cyklu o 18o stopni. James cierpi, mało się nie przekręca, mało go nie kastrują (hihi) jest brudny i do tego ma złamane serce, przez co bardziej ludzki. To nie to samo co kiedyś i jestem na serio zdziwiona, że mi się TAKI Bond podobał i niecierpliwie czekam na c.d.

  5. aga kk POLAND pisze:

    Ale przeciez to PIERWSZA historia o Bondzie. Na poczatku byla wielka milosc, cierpial, ale zaquwazcie, ze przez to pozniej sie juz nie zakochal. Te wydarzenia z pierwszej czesci mialy wplyw na charakter pozniejszego Bonda – niebrudzacego sobie niczym rąk (wtedy dostal nauczke), aroganckiego czasem, iroicznego i zmieniajacego kobiety jak rekawiczki:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>