Ładne wydanie nie uczyni ze źle napisanej książki dobrej lekturki, ale brzydkie wydanie nawet najlepszej książki może odebrać część przyjemności płynącej z jej czytania. Albo koślawy przekład. Ja w każdym razie tak mam. Niedbała edycja to moje przekleństwo. W tej kwestii jestem niezwykle wybredna ;)
I choć wiem, że zasadniczo liczy się tylko treść… Lubię, gdy książka nie jest ani za duża ani za mała, gdy rozdziały zaczynają się na nowej stronie, między poszczególnymi linijkami tekstu jest odpowiednia ilość światła, a czcionka – słusznych rozmiarów (bo ja krótkowidz). Nie cierpię miniaturowych literek, a w wydaniu najbardziej koszmarnym z koszmarnych, gdy jest połączenie mini czcionki z dużą ilością tekstu na stronie (ach te deficyty w dostawach papieru), gdy trafi mi się taki wydanie – szukam innego, albo rezygnuję z lektury (choć zdarza mi się od czasu do czasu poświęcić).
W idealnym świecie wszystkie książki są zszywane i mają lekkie jak piórko twarde okładki, ale żyjemy w Polsce, dlatego książki albo rozpadają się palcach, albo są sklejane na sztywno w taki, sposób, że ich czytanie było ciągłą walką. Kto wygra: klej introligatora czy ręce czytelnika?
Lubię książki czyste i nowiutkie. Najlepiej takie nieczytane, prosto z księgarni, w której wolę się kilka razy przekonać czy książka jest na pewno w idealnym stanie. Ubolewam nad stanem książek bibliotecznych: oprawionych w klejącą się folię (którą w pierwszych słowach mego listu zdejmuję, a okładkę zabezpieczam gazetą), pogniecionych, pogryzmolonych, z brakującymi stronami (sic!) i, co gorsze, poplamionych. Zupełnie jakby poprzedni czytelnicy używali woluminu zamiast talerza albo chusteczki do nosa. Fuj.
Mój ideał? Lekko pożółkły papier (surowce wtórne), duża czcionka, sporo światła między wierszami, skrzydełka przy okładce, solidne klejenie i waga woluminu adekwatna do możliwości kobiecej torebki. Edycja, która nie przeszkadza w czytaniu, pozwala beztrosko chłonąć słowa. Prawie idealnie, bo… Ładne wydanie nie uczyni ze źle napisanej książki dobrej lekturki :)
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten wpis jest jedyny w swym rodzaju ;-)










zgadzam się :) Też lubie książki nowe (pachnące nowością) no i oczywiscie w idealnym stanie.Pozdrawiam
zgadzam sie, ze typ wydania ma ogromne znaczenie dla jakości czytania. Juz od dłuzszego czasu nawet nosze sie zamiarem napisania równiez notki na ten temat:). Choc wielkosc czcionki ma akurat dla mnie najmniejsze znaczenie, wazniejsze sa papier, okladka, cieżar, wielkośc i… zapach;)
Peek a boo, no właśnie w mym elaboracie na temat jakości wydań zapomniałam o zapachu, a to ważny czynnik, bo faktycznie bywa, że farba drukarska, hmm.. cuchnie?
Ja też tak mam! Po twojej notce od razu mi lepiej Zosik.:) Nie ja jedna takie dziwadło jestem;)) Nie znoszę wydań kieszonkowych, tych wersji z mini czcionką i papierem, który po jednym przeczytaniu wygląda jak śmieć.:) Nie lubię dużych książek, kiedy ręcę mnie bolą od trzymania. Za to uwielbiam zapach świeżo kupionej ksiązki, delektuję się nim zawsze przez dłuższą chwilę:)) Pozdrawiam!
Hehe – my książkowe freaki ;)
I to mnie trochę uspokaja, że jednak nie jestem taka zła tancerka, jak dotąd mi się wydawało. A z wydaniami książek jest podobnie, jak z oglądaniem filmów. Niby film to film, ale gdy obejrzy się go na dużym ekranie w komfortowych warunkach wtedy to jest dopiero Film :)
mam to samo:)
Tez lubie nowe ksiazki, takie zupelnie nieuszkodzone. Wtedy pierwsza „szkoda” poczyniona troche boli, np. zrobienie rysy na grzbiecie. Potem jest juz ok :) Uzywane ksiazki kupuje i lubie je bardzo, gdy ktos inny je zniszczyl i kupuje tanio, nie cierpie wcale. Nie znosze rozpadajacych sie ksiazek, z wylatujacymi stronami, nie lubie cieniutkich, pergaminowych wrecz stronic. Tak samo nie lubie twardych okladek u cienkich, liczacych niewiele ponad 100 stron ksiazek – tarde okladki dobre sa przy grubych ksiazkach, przy cienkich to niepotrzebnie dodawana objetosc. Ale najbardziej przeszkadza mi brzydka okladka. Naprawde, jesli jest kilka wydan danej ksiazki zawsze kieruje sie okladka, bo to dla mnie bardzo wazna informacja o ksiazce. Boli mnie gdy swietna ksiazka ma tandetna okladke – strona wizualna jest dla mnie niezwykle istotna. Ciesze sie, ze polscy wydawcy tez przywiazuja coraz wieksza wage do okladek, Wydawnictwo Slowo, Obraz / Terytoria kroluje chyba jesli o to chodzi, zwlaszcza z okladkami ksiazek Rutkowskiego, czy moja ulubiona okladka „Hanemanna” Chwina.
Chihiro – okładkom poświęcę kiedyś osobnego posta, bo to temat rzeka :)
A co do książek używanych, to podobnie, jak ty – gdy są tanie mam w nosie to, że zniszczone. Byleby kartki nie wypadały i druk nie był zbyt malutki.
Ej, ja tez chce napisac o okladkach! :)
Mam podobnie, bo ja estetka jestem ;)
Ale dla mnie najgorsze jak pożyczona książka śmierdzi papierosami – nie jestem w stanie jej przeczytać i to wcale nie ze względu na mój obecny stan – mam tak od zawsze.
Również lubię nowe książki ale nie tylko, te bardziej wysłużone po których widać że są czytane również kuszą.
Zwracam uwagę na okładki.