Ostatnio nie pisałam, ponieważ albo nie miałam czasu, albo walczyłam z niemocą cielesną tudzież duchową, której pojawienie się jest ściśle związane z nadejściem pierwszych dni wiosny. Jakiś czas temu w Trójce usłyszałam, że gdy dopada nas ogólna słabość, należy się jej poddać, bo widocznie organizm jej potrzebuje. Więc się poddałam. Chwilowo oczywiście. Teraz powracam, żeby niczym Feniks z popiołów wygrzebać się z zaległości w opisywaniu lekturek.
Na pierwszy ogień „Sen_numer_9” Davida Mitchella. Dlaczego postanowiłam dać szansę akurat teraz, akurat tej książce – tego nie wie nikt. Nawet ja. Po prostu, pewnego niedzielnego wieczora, stanęłam przed moim regałem z książkami dumając „co by tu teraz przeczytać”. I padło na „Sen_numer_9”. Chyba gdybym teraz nie sięgnęła po nią, powieść nie doczekałaby się należnej jej uwagi. A warto dać szansę Davidowi Mitchellowi.
Główną postacią jest Eidżi Miyake, dziewiętnastoletni fan Johna Lennona. Przyjechał do Tokio z dalekiej prowincji, aby odszukać swojego ojca. Ojciec ma jednak jakieś swoje powody, dla których nie chce poznać syna i unika jakiegokolwiek z nim kontaktu. Eidżi ma również matkę, która po gorącym romansie w młodości, nie umiała ułożyć sobie życia, topiąc smutki w alkoholu. Od lat przebywa w klinice psychiatrycznej. Eidżi miał także siostrę bliźniaczkę, miał gdyż zginęła w tragicznym. Młodzieńca na prowincji nie trzymało właściwie już nic, więc wyruszył do Tokio, aby pod pretekstem szukania Ojca, przeżyć największą przygodę swego życia.Bo Tokio jest tu miastem zagadką i miastem pandemonium. Miastem, w którym wszystko się może zdarzyć i, w którym życie jest jak sen.
Początek powieści troszkę mnie zraził: pierwsza część została napisana w stylu science fiction. Liczy się w niej tylko Eidżi i jego mały matrix. I, pomimo tego, że sf nie lubię i programowo nie czytam, we „Śnie_numer_9″ było coś tak pociągającego, że kontynuowałam lekturę z czymś co można nazwać rosnącym zainteresowaniem. Na szczęście (dla mnie) Mitchell szybko porzuca entourage sf i powieść nabiera bardziej realistycznego wymiaru. Tylko, że realistyczny nie jest chyba właściwym słowem. Powiem więc, że bliżej jej do realności życia codziennego, choć wszystkie przygody Eidżiego trudno nazwać prozą życia. Niecodzienne zdarzenia i dziwaczne postacie, a wszystko to unurzane w onirycznej aurze powieści, w której ani przez chwilę nie wiadomo czy to o czym czytamy wydarzyło się naprawdę, czy są to rojenia w głowie Eidżiego.
Streszczanie powikłanej struktury powieści nie ma najmniejszego sensu. Powiem tylko, że jest pokręcona i zakręcona, ale mimo to czyta się to wszystko naprawdę nieźle. Mam sentyment do tego typu książek, bo w jakimś tam stopniu przypominają ukochanego „Maga” Johna Fowlesa (nawet u Mitchella jest dość podoba scena dziwnego sądu, Ci co czytali Fowlesa będą wiedzieć co mam na myśli). Podobało mi sie również sposób w jaki opisano Tokio, tego miejskiego potwora. Czytając Mitchella cały czas zapominałam, że autor jest Anglikiem, a nie rodowitym mieszkańcem Nipponu. Oczywiście „Sen_numer_9″ ma kilka dłużyzn (nieznośnie nudny pamiętnik kamikaze), ale i tak będę wspominać przygodę z Eidżim Mijake bardzo ciepło. Polecam.
Może Cię również zainteresuje:
- „Zagubieni w Tokio” Marcin Bruczkowski 15/02/2008
- „Po zmierzchu” Haruki Murakami 28/10/2008
- “Wyrok śmierci na życzenie” Masahiko Shimada 09/01/2009
- „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami 01/07/2008
- Zadie Smith przedstawia „Księga innych ludzi” 30/05/2009
- Złoty medal w megalomanii 04/11/2010
- Okrucieństwa nie do przyjęcia 21/08/2010










Czytalam i slyszalam wiele dobrego i Mitchellu i tej powiesci i na pewno siegne po nia. Musze tez siegnac po „Maga”, nie wiem, jak to sie stalo, ale ta powiesc zupelnie mnie ominela, a wiem, ze nie zawiodlabym sie.
Chihiro, jak dla mnie of course, „Mag” to klasa sama w sobie. Na początku męczyłam się okrutnie z tą książką, ale w pewnym momencie nudna opowieść zaczyna się gmatwać i do końca już nie wiadomo kto z kim, dlaczego czy to sen czy jawa.
też mi się podobała ta książka…
Fajna, nie?
Czytałam nie tak dawno „Widmopis” Mitchella i na pewno uznałabym, że to świetna książka, gdybym nie odkryła wcześniej powieści „Atlas Chmur” tego samego autora. To jedna z takich książek, po których sporo spraw ulega przewartościowaniu, jest dla mnie po prostu wyjątkowa, a przecież nie jest wybitna, nie jest to jakieś światowe arcydzieło. Nie wiem, ma jakąś ukrytą siłę oddziaływania, niebezpieczne ;-) Gorąco polecam! Wymaga cierpliwości i trochę wysiłku, nie biernego a czynnego rodzaju lektury, więc raczej nie na podróż, tylko na spokojny wieczór, czy raczej kilka, zważywszy jej objętość… Rewelacja, moje prywatne odkrycie – nie słyszałam wcześniej o tym autorze i tak to sobie znalazłam na „chybił-trafił”. Sen nr 9 przeczytam z pewnością!
Libra z przyjemnością sięgnę po więcej Mitchella, bo faktycznie „Sen_numer_9″ bardzo mnie zaskoczył na plus. Na oku mam również jego „Konstelacje”, które nakładem WL ukazały się pod koniec ubiegłego roku.
Z Mitchellem jest właśnie tak jak piszesz, niby nie arcydzieło, ale jednak wciąga, zmusza do myślenia.
świetna powieść. uwielbiam