Druga książka Wojciech „WC” Cejrowskiego, którą przeczytałam nie jest ani lepsza, ani gorsza od tej poprzedniej. Jest po prostu inna i ta inność jest jej największą wadą i zaletą.
„Gringo wśród dzikich plemion” było książką awanturniczą, zbiorem anegdot, wspomnień i (czasem bardzo dziwacznych) przygód. „Rio Anaconda” natomiast jest tworem bardziej spójnym, przemyślanym, wciąż miejscami niezwykle zabawnym, ale również (a właściwie nade wszystko) skłaniającym ku refleksji. Wojciech Cejrowski jest już nie tylko podróżnikiem i łowcą przygód na dalekich lądach, ale również humanistą, który ubolewając nad degradującym wpływem cywilizacji, próbuje ocalić od zapomnienia to, co skazane na zagładę i udowadnia, że fakt noszenia majtek nie daje nam prawa do uważania się za lepszych.
„Rio Anaconda” jest zapisem podróży do kolumbijskiej dżungli w poszukiwaniu dzikich plemion Carpanena. Autorowi najpierw udało się odnaleźć plemię zewnętrzne, mniej odizolowane od cywilizacji (to jest takie, które choć korzysta z pewnych zdobyczy cywilizacji n.p. ubrań, wciąż żyje w głuszy kultywując dawne tradycje i wierzenia). Tam zaprzyjaźnia się z Angelino, czyli, jak z wdziękiem przetłumaczył Cejrowski, Anielcem – plemiennym szamanem, równie uroczym i filuternym jak to imię, które zresztą sam sobie nadał. Angelino nie jest w pełni przeszkolonym czarownikiem, nigdy nie udało mu się odebrać komplentych szamańskich nauk. W związku z tym jego rola polega głównie na improwizowaniu i stwarzaniu pozorów bycia dobrym szamanem, na tyle aby w swym plemieniu wzbudzić respekt. A to dorzuci świńskich raciczek do ognia, a to wywróży pogodę patrząc na rzekę (a jeśli się nie sprawdzi – zawsze można zrzucić na… nie, nie, nie powiem wam – sami sobie przeczytajcie), a to komuś pomoże wyzdrowieć. Anielec jest postacią sprytną, prostolinijną aż do bólu i jak na człowieka nie wyedukowanego – zaskakująco inteligentną. Poza tym jest uroczy w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Jednak Wojciechowi Cejrowskiemu było mało, chciał poznać tych najbardziej dzikich spośród dzikich Carpanena. Całkowicie odizolowanych od świata zewnętrznego. Więc opuszcza wioskę Anielca i wyrusza w głąb dżungli. I od tej chwili książka podobała mi się już trochę mniej. Cejrowski oczywiście odnajduje Dzikich i (dzięki pewnemu podstępowi) zdobywa zaufanie i przyjaźń prawdziwego szamana. Takiego przez duże „S”, takiego który umie naprawdę czarować. Tylko, że czytając miałam pewne wątpliwości czy autor przypadkiem trochę nie ubarwia. Trochę trudno uwierzyć w to wszystko.
Ale trudno byłoby też naocznie sprawdzić (a już zwłaszcza mnie – po dwóch książkach Pana WC jestem pewna, że do dżungli się nigdy nie wybiorę, przecież tam o zgrozo grasują masowe ilości węży), więc pozostaje uwierzyć autorowi na słowo. „Rio Anaconda” jest przepięknie wydana i bogato ilustrowana. Mogłaby tylko trochę mniej warzyć, a warto ją przeczytać choćby po to, aby dowiedzieć się:
- dlaczego krowy są jednocześnie szczęśliwe i nieszczęśliwe?
- dlaczego zabiera się świnię na podróż po rzece?
- jak przygotowuje się czcziczę – ulubiony przez Indian trunek?
- dlaczego cement udaje cukier?
- jak to jest być kotem szamana?
- i dlaczego na wyprawę do dżungli zawsze należy zabrać z sobą kalosze (i porządny kijaszek)?










Cejrowski ma niesamowity dar inteligentnego wyśmiewania się z „cywilizacji białych ludzi”. Bardzo to lubię, choć czasami jego zachowanie w stosunku do tubylców jest moim zdaniem zbyt obcesowe. Ale może dzięki temu, to nie jest kolejny program z turystą w roli przewodnika (oczywiście mówię tylko o programie, bo książek jeszcze nie czytałam. Ale w koszyku zamówień spoczywa grzecznie „Gringo…”)
I powiem Ci, Zosik, żeś umiejętnie zbudowała suspens. Ucięłaś opowiadanie o Angelino w bardzo intrygującym momencie :))
Inblanco – staram się :) Ale widzisz to zasługa mojego Lubego, który fuka na mnie, jak mu mówię co właśnie przeczytałam w Cejrowskim, bo sam chce przeczytać :)
A co do programu Cejrowskiego – nie oglądam i prawdę mówiąc oglądać nie mam ochoty. Co innego czytać ksiażki Pana WC, a co innego go słuchać na żywo. Mówiąc krótko – co za dużo to niezdrowo :D
Idziesz jak burza Zosik!:) Programów Cejrowskiego też fanką nie jestem, Natomiast niesamowita inteligencja i cięty dowcip spowodowały, że od Gringo nie mogłam się oderwać. Rio Anaconda oczekuje na swoją kolej na półce. Ale dzięki Twojej recenzji Zosik będę na nią częściej spoglądać teraz:)
Foxinaa nadrabiam zaległości w opisywaniu przeczytanych książek.
bardzo mi się ta książka podobała. Pośmiałam się też nad nią sporo;)
Cała seria „Poznaj Świat” warta jest każdej chwili, moim faworytem jest Tony Halik – „100000 km przygód” (chyba nie przekręciłem tytułu). Kompilacja zdjęć, wspomnień – na najwyższym poziomie!
Chiara ja też się obśmiałam. Ciekawa jestem czy znasz jeszcze jakieś inne książki Cejrowskiego, bo w katalogu Biblioteki Jagiellońskiej są jeszcze dwie pozycje: „WC na końcu Orinoko” oraz „Podróżnik WC” tom 1.
Pozdrawiam :)
Marszoblog: witaj w mych skromnych progach :) Mam na oku pozostałe książki z serii. Jak tylko nadarzy się okazja sięgnę po kolejne.
ja czytałam jego jeszcze tylko „gringo wśród dzikich plemion”, też fajne.
Pingback: Shit happen’s » Blog Archive » Nie chce mi się
Masz rację – są inne. Ale obie dobre :)
Exactly :)