Mam wrażenie, że ostatnio przyciągam głównie jakieś denne czytadła. Nie wiem czy aż tak zmieniły się moje upodobania, czy odmóżdżająca praca przed komputerem daje się we znaki, czy po prostu mam takiego pecha i należy nade mną wykonać jakieś magiczne odczyny. Żałuję, że wczoraj, zaraz po przeczytaniu „Zagubionych w Tokio” nie zasiadłam do pisania, aby na świeżo dać upust gotującym się we mnie emocjom. Że byłam poirytowana to mało powiedzieć, byłam zła jak chrzan, że traciłam czas i energię na wydumaną opowieść a’la Murakami. Wrrrr
„Zagubieni w Tokio” chyba miało być powieścią o potędze męskiej przyjaźni. Książka jest bowiem zapisem poszukiwań japońskiego przyjaciela głównej postaci – Michała Jachimczyka, kolejnego zagubionego na Dalekim Wschodzie Polaka (sztandarowy typ postaci w pisarstwie Bruczkowskiego) – który któregoś dnia nie zjawia się w pracy i ślad po nim ginie. Jakby zapadł się pod ziemię. Jak dla mnie na kilometr to pachnie Harukim Murakamim (a konkretnie „Końcem świata i hard-boiled wonderland”), ale niestety Bruczkowski nie jest tak utalentowanym pisarzem, ani (co ważniejsze) nie jest Japończykiem. Co za tym idzie nie umie odtworzyć niezwykłej atmosfery prozy Murakamiego, tej nutki niepokoju i niezwykłości otaczającego świata. Książka Bruczkowskiego jest nudna, bezbarwna akcja wlecze się w sposób niemiłosierny i, krótko mówiąc, miałam w nosie jak się skończy.
A jednak z jakiegoś powodu postanowiłam dobrnąć do końca. Nie dlatego, że z powołania jestem męczennicą, która w wolnych chwilach lubi się pokatować źle napisanymi powieściami. Zrobiłam to, bo (o ma naiwności) do końca miałam nadzieję, że książka się zmieni, że Bruczkowski pomysłowo wybrnie z tego bagna. Nie wybrnął. Jeśli ktoś się zagubił w tej książce to właśnie on. Zapomniał czym zjednał sobie czytelników debiutując „Bezsennością w Tokio”: lekkim i dowcipnym autobiograficznym opisem życia w Tokio. Walory poznawcze podane w bardzo przystępnej formie (do tego zilustrowanej sporą ilością zdjęć) zadecydowały o tym, że „Bezsenność…” przeczytałam jednym tchem, zaczytana aż po uszy. W „Singapur, czwarta rano” autor, skuszony swym niespodziewanym literackim sukcesem, zaczyna bawić się w ‘prawdziwe pisanie’; podąża w stronę fikcji, choć wciąż można się sporo dowiedzieć o dolach i niedolach mieszkańca Malajów. Jednak w „Zagubionych w Tokio” Bruczkowski przesadził. Atmosfery Japonii w książce jak na lekarstwo, za to szanowny autor z siebie samego czyni (skądinąd dość bufonowatego) bohatera książki, która de facto jest fikcyjną opowieścią. Efekt? Bruczkowski ustami swojej głównej postaci (czyli Michała Jachimczyka) opowiada o sobie jaki to jest fajny, mądry i zdolny, a świat bez niego nie byłby taki sam. Żenada.
Panie Marcinie, zapewniam Pana, że nadmiar wiary w siebie jest szkodliwy dla zdrowia.
Może Cię również zainteresuje:
- „Sen_numer_9” David Mitchell 10/03/2008
- „Po zmierzchu” Haruki Murakami 28/10/2008
- „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami 01/07/2008
- Złoty medal w megalomanii 04/11/2010
- „Malarz świata ułudy” Kazuo Ishiguro 11/12/2008
- „W pogoni za dalekim głosem” Taichi Yamada 23/09/2008
- „Obcy” Taichi Yamada 23/02/2010










Węszyłam wokół tej książki już od jakiegoś czasu, ale nie byłam przekonana:) Chyba szósty zmysł zadziałał. A twoja recenzja Zosik całkiem mnie już ostudziła:))
Wiesz, jak to jest… Są gusta i guściki. Dla mnie „Zagubieni w Tokio” to żenujący przykład połączenia braku talentu literackiego z głębokim przeświadczeniem o własnej doskonałości w tej materii. Z takiego połączenia nic dobrego wyniknąć nie może.
Kolezanka pozyczyla mi te ksiazke z informacja, ze wprawdzie jest gorsza od „Bezsennosci…”, ale i tak warto przeczytac. Tez przeczytalam, ale rownie malo mi sie podobala, co Tobie. Normalnie nie czytam ksiazek, ktore mi sie nie podobaja, naprawde w calym 2007 tylko ta powiesc mnie rozczarowala. Tez mialam w nosie, jak sie akcja potoczy, tez uwazam, ze ksiazka nie ma zadnego stylu i struktury. Wiecej juz Bruczkowskiego czytac nie bede („Singapuru…” nie czytalam i nie zamierzam).
Chihiro zgadzamy się widzę :) A „Singapur…” sobie daruj, zdecydowanie. Ja już chyba na nic Bruczkowskiego się nie skuszę. Szkoda czasu i moich nerwów. Swoją drogą czytałaś „Faktorię Jedwabiu”?
aż taka żenada, naprawdę?
Czyli nie myliła mnie intuicja, ktora towarzyszac mi podczas przegladania ksiazek tego pana pogardliwie wzruszała ramionami.Czasem ta moja panna zarozumiała to panna roztropna;)
Ja po „Singapurze” postanowiłam sobie darować kolejne książki tego pana i jak widać słusznie…
Drogie Panie: tak żenada, nie popełniajcie mojego błędu :)
mnie się nie podobał Singapur kompletnie, za to „Zagubieni w Tokio” bardzo mi się spodobała.
To jeszcze i ja: „Bezsenność w Tokio” mnie zachwyciło, ale potem czytałam recenzje kolejnych książek i wolałam po nie nie sięgać, żeby nie psuć sobie wrażenia, bardzo miłego przecież, po pierwszej książce autora. I słusznie, jak widać!
Inblanco słusznie, słusznie! :)
Skończyłam ją czytać i mnie się ona podobała.
Kurcze, zosik, to moze ty wyslij swoja recenzje mail’em do Autora, bo on niczego nieswiadom pisze kolejna ksiazke! Moze dzieki tobie sie opamieta! Szkoda, zeby marnowal swoj czas, skoro ty nie zamierzasz juz czytac jego ksiazek…
Morgan, jakby to powiedzieć… jak dla mnie niech marnuje swój czas. Zawsze się znajdą jacyś amatorzy jego pisaniny, albo osoby takie, jak które w naiwności swej będą liczyć na książkę godną błyskotliwego debiutu.
W moim interesie jest raczej skupienie się na tym, abym to ja nie marnowała czasu na czytanie jego wypocin.
I dzięki za info, że pisze kolejną książkę. Aż strach się bać kogo będzie chciał w niej naśladować.
Ironia to, dla niektorych, jezyk obcy…
Z wyrazami szacunku
Amator Pisaniny Bruczkowskiego :)))
Morgan, dla Ciebie?
Czyżby odezwała się urażona duma? Bardzo mi przykro, że wyrażając swoje zdanie o mierności zdolności pisarskich Pana Bruczkowskiego tak bardzo uraziłam Twoje uczucia. To straszne i bardzo nad tym ubolewam. Jednocześnie zapewniam Cię, że zdania na temat wątpliwego talentu literackiego Pana Bruczkowskiego nie zmienię.
Ale jest dla Ciebie nadzieja: załóż pochwalnego bloga na cześć Marcina Bruczkowskiego!! :)) Myślę, że to świetny pomysł. I koniecznie podaj mi jego adres. Z przyjemnością go odwiedzę i dorzucę swoje trzy grosze.
A póki co wybacz, to mój blog, moje lekturki i moje opinie. A w moim odczuciu Bruczkowski to grafoman. Szkoda, że się ze mną nie zgadza.
Pozdrawiam serdecznie, Zosia
P.S. I jeszcze jedno… Nie chcę Cię martwić, ale moje odczucia podziela całkiem sporo innych czytelników.
Blog…?! No, tak! Teraz KAZDY pisze bloga… :) Ja jednak nie skorzystam…
Szkoda. To może napiszesz powieść.
Choć nie, przepraszam. Żeby pisać powieści trzeba być Marcinem Bruczkowskim :D
Znajoma podesłała mi ten thread, jak widzę stary, więc pewnie nikt tego nie przeczyta, ale kto wie…
> A w moim odczuciu Bruczkowski to grafoman. Szkoda, że się ze mną nie zgadza.
A kto Ci powiedział, że się nie zgadza…? Oczywiście, że się zgadzam!!! Jestem niereformowalnym grafomanem! I dlatego właśnie napisałem kolejną książkę, bo, zgodnie z definicją grafomaństwa, nie mogłem się powstrzymać :-))
NA SZCZĘŚCIE nie ustanowiono jeszcze przepisu czyniącego czytanie moich powieści obowiązkowym, więc po prostu serdecznie odradzam wszystkim sięganie po moją kolejną książkę, czyli „Radio Yokohama”. Jest to szmira, tandeta i potwornie nudne bajoro grafomańskiej prozy. Harlequiny w porównaniu z nią to literatura najwyższej klasy. Co lepsze, mimo umiejscowienia akcji w Yokohamie, powieść dzieje się cała w jednym budynku, więc ukochanej przez wszystkich Japonii jest tam JESZCZE mniej niż w „Zagubionych”. Czy wspominałem, że jestem niereformowalny…? :-) Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Marcin Bruczkowski
O raju! Odwiedził mnie sam autor! Wow! Jestem pod wrażeniem! I jeszcze zostawił mi komentarz, w którym niecnie postanowił mnie poinformować o swojej nowej powieści. Skoro jest to szmira, tandeta i potwornie nudne bajoro grafomańskiej prozy, chyba powinnam przeczytać? Mogę liczyć na egzemplarz recenzencki? ;)
Panie Marcinie, o gustach się nie dyskutuje, ale powiem szczerze – zazdroszczę tak oddanego grona wyznawców/ zwolenników/ czytelników. Zdążyłam o tym wpisie zapomnieć dawno temu, ale jak widać dla nich to wciąż jątrząca się rana.
Hej Zosik, bardzo mi miło, a tak a ogóle to uważam, że robisz kawał dobrej roboty z tą stroną www. Ja w ostatnich latach zupełnie nie mam czasu zaglądać na internet – odpisanie na kilkadziesiąt maili dziennie od czytelników jest wystarczającym wyzwaniem :-) Ale dzięki takim osobom jak Ty iluśtam ludzi sięgnie po taką czy inną książkę… i może przeżyją parę miłych chwil. Może przyjdzie im do głowy coś ciekawego, co by inaczej nie przyszło… a przecież o to chodzi, prawda? Więc kłaniam się po japońsku do ziemi albo jeszcze niżej. I, odpowiadając na Twoje pytanie – tak, dostaniesz egzemplarz do recenzji. Napisz proszę do mnie na priva (marcin[at]bruczkowski.com) z adresem pocztowym, wyślę Ci jak tylko pierwsze egzemplarze zejdą ze szpalt – za jakieś 5 tygodni. Tylko obiecaj, że będziesz bezlitosna :-) Ja się strasznie cieszę, jak komuś się nie podobają moje książki. Naprawdę. Z 2 przyczyn:
1. Jakby miały same pozytywne recenzje, to by znaczyło, że trafiają do bardzo wąskiego kręgu odbiorców, a ja chcę pisać dla ludzi :-)
2. „Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą.” (Łk 6:26, Biblia Tysiąclecia)
:-)
Marcin Bruczkowski
http://www.marcin.bruczkowski.com
O i to mi się podoba :) Marcin (bo chyba mogę sobie pozwolić na mówienie na ty skoro już tak daleko zaszliśmy ;) powinieneś być stawiany, jako przykład autora, który nie boi się krytyki. A to bardzo rzadka cecha.
Jestem Ci winna pewne wyjaśnienie, żeby nie było… Twoja pierwsza książka zachwyciła mnie i uwiodła swą bezpretensjonalnością i polecam ją każdemu kto chce przeczytać coś fajnego o Japonii. Co się tyczy „Bezsenności w Tokio” masz we mnie oddaną wielbicielkę. Niestety nie załapała się na entuzjastyczną recenzję (szkoda), bo wówczas jeszcze nie blogowałam. Może kiedyś to nadrobię.
Cieszę się z recenzenckiego egzemplarza bardzo, bardzo :) I obiecuję być bezlitosna – wedle życzenia :-)
Hej Zosiu (Marcin jestem, Gajdzinem zwany, bardzo mi miło :-),
w takim razie napisz do mnie na priva ze swoim adresem, żebym mógł wysłać książkę.
Wiesz, myślę, że wielu autorów boi się krytyki, ponieważ uważają ją za krytykę swojej osoby, a nie swojej książki. Najlepszym na to lekarstwem jest wyjść do ludzi i poznać jak największą liczbę czytelników. Spotyka się wtedy osoby, które lubią nas, ale nie lubią jakiejś naszej książki – albo na odwrót. I to pomaga zrozumieć, że nie ma takiej książki, która by się każdemu podobała, oraz że kiedy się nie podoba, to znaczy li i tylko tyle – że się danej osobie nie podoba, a nie że czytelnik NAS osobiście nie lubi. Zachęcam więc do tego wszystkich pisarzy, których poznaję na różnych Targach czy przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Na razie średnio mi wychodzi, muszę przyznać… :-) Ale nie przestaję próbować.
Pozdrowionka,
Marcin Bruczkowski