Nie o gotowaniu, jednak będzie.
Co się tyczy literatury, to wciąż (bardziej niechcący niż chcący) obracam się w kręgach angielskiej arystokracji (tyle, że epokę edwardiańską zamieniłam na czasy panowania Jerzego V). Czytam „Człowieka z Petersburga” Kena Folletta. W tym miejscu nie będę się zbytnio rozpisywać na temat aktualnej lekturki, poświęcę jej osobny post, jedna w toku czytanie nasunęła mi się pewna refleksja. Otóż czy ludzie kiedyś mieli gigantyczne żołądki? Wory bez dna, w których można było zmieścić góry jadła wszelakiego, do tego suto zakrapionego? A może dysponowali kilkoma (plus jednym zewnętrznym, doczepianym na USB)? A może po prostu kiedyś podawano mikroskopijne porcyjki? Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że earl Walden, jedna z głównych postaci „Człowieka z Petersburga”, spożywa obiad składający się z (kolejno): kieliszka sherry, zupy Brown Windsor, gotowanego łososia, butelki wina reńskiego, baraniny z galaretką z czerwonej porzeczki, pieczonych ziemniaków, szparagów, gęsich wątróbek (apetycznych, jak zaznacza narrator), lodów, połowy butelki szampana, brzoskwini (na deser) oraz kawy z biskwitami.
Więc co? Miał trzy żołądki czy kiedyś podawano mikroskopijne porcje?
Może Cię również zainteresuje:
- Ja uże na zimu zakutałsi 15/01/2008
- Post ten dedykuję 17/12/2007
- Ręka 05/04/2011
- Miłość, Ulisses, cenzura i Iran 07/04/2011










Hm… a ja mam inne pytanie :-) Kto za to wszystko placil?? Ja rozumiem, ze oni megabogaci byli, skoro mogli takie obiadki jadac, więc moze bogacze mają jakieś większe żolądki? albo szybszą przemianę materii?
No i masz los. Kwestia finansowa zupełnie mi nie przyszła do głowy. A coś musi być na rzeczy, bo takie gęsie wątróbki to pewnie rarytas.
Ech to rozpasanie klasy próżniaczej :D
co za przyjemny blog:) zapraszam na moją stronę o LIteraturze Współczesnej http://www.magdamatraszek.blox.pl
pozdrawiam:)
to kwestia malych porcji
w niektorych kulturach europejskich przeciez do dzis spozywa sie wielodaniowe obiady i kolacje (np Francuzi jedza sery, zupe, glowne danie, w miedzyczasie dobry alkohol, potem bagietka :D, desery i kawa itd itd) – a przeciez nie sa innym gatunkiem ludzi i 5 zoladkow nie maja. Sekret tkwi w tym, zeby przedkladac jakosc nad ilosc, wnioskuje po poscie, ze nie znasz ksiazki M. Guillamo ‘Francuzki nie tyja’, w ktorej to ksiazce pani autorka zdradza sekrety szczuplych Francuzek i opisuje kategorie w ktorych Francuzi mysla o jedzeniu (jakosc nad ilosc)
niezaleznie od tego czy nalezysz do kobiet wiecznie sie odchudzajacych, czy nie, polecam ksiazke, naprawde sympatyczna lektura, w niej opowiastki, anegdoty, porady o urodzie, zdradzone sekrety i przepisy na pyszne jedzenie
:)