Pod tym uroczym tytułem kryje się zbiór ponad czterdziestu smakowitych opowiadań z życia angielskich wyższych sfer. Przednia lekturka. I mówi to ta, która za czytaniem opowiadań nie przepada.
Każdy kto kiedykolwiek próbował napisać opowiadanie, wie jak trudno jest stworzyć krótką, chwytliwą historyjkę, którą zwieńczy odpowiednio zaskakująca puenta. Osobiście nigdy nie próbowałam, a (skromne, bo skromne, ale jednak) czytelnicze doświadczenie z opowiadaniami (w połączeniu z wrodzonym pesymizmem) nakazuje mi omijać szerokim łukiem zbiory opowiadań (już zwłaszcza, gdy są to naprędce sklecone zbiory historyjek pisanych na zamówienie przez ‘topowych’ pisarzy). Trochę inaczej sprawy się miały z „Małomównością lady Anny”. Ze względu na tematykę (angielska socjeta) i czas powstania (przełom XIX/XX wieku – mój ulubiony okres w literaturze) dałam Sakiemu kredyt zaufania. I nie żałuję. Było warto.
Saki (a właściwie Hector Hugh Munro) okazał się niezwykle utalentowanym portrecistą Anglii edwardiańskiej, ciasno opiętej gorsetem konwenansów, trochę zblazowanej, mocno znudzonej swą jałową egzystencją, a nade wszystko wyjątkowo zakłamanej. Zupełnie jakby ówcześni arystokraci żyli wyłącznie herbatą (pitą w porcelanie, z dodatkiem śmietanki i odpowiedniej ilości cukru), polowaniami, nudnymi przyjęciami i, oczywiście, ploteczkami. Króciutkie (kilkustronicowe) historyjki przenoszą czytelnika w świat high-lifu, w środek jakiejś obyczajowej scenki. Niektóre są przezabawne, inne skłaniają ku refleksji. Mi najbardziej podobały się opowiadania ze zwierzakami w roli głównej, które, mając w głębokim poważaniu ludzkie konwenanse, ze stoickim spokojem wdzierały się w poukładany świat postaci, generując komiczne sytuacje. Na przykład w „Tobermory” w czasie przyjęcia objawił się gadający kocur, który bez mrugnięcia okiem obsmarował wszystkich jego uczestników, powtarzając jedynie to co usłyszał snując się po pokojach. W innej historyjce wydra, reinkarnacja pewnej kobietki, mści się pośmiertnie demolując wszystko to, co bliskie było sercu nielubianej przez nią osobie. Przykładów jest jeszcze więcej.
Saki w bardzo wysmakowany sposób wyśmiewa się z hipokryzji arystokratów. Historyjki aż kipią od ironii i drobnych złośliwości:
Lucas był nieco otyły, starszy od Basseta o dziesięć lat, a jego cera byłaby znakomitym przykładem intensywnie uprawianych szparagów, lecz w tym konkretnym przypadku oznaczała po prostu brak ćwiczeń fizycznych [s. 225].
Poza tym opowiadanka napisane są uroczym językiem, który bezbłędnie odtwarza typowo angielską jałowość dialogów toczonych nad herbatką przez osoby cierpiące z powodu nadmiaru wolnego czasu. Mówiąc krótko – tych gadek o pierdołach, które po mistrzowsku oddawała również Jane Austen. W „Małomówności lady Anny” można na przykład poczytać o zbawiennym wpływie posiadania gołębnika na komfort zamieszkania:
Gołębnik sugeruje naturę niedbałą, ekstrawagancką i wesołą, czyli taką, jaką lubię. Z ludźmi rzucającymi ziarno pierzastym idiotom, którzy siedzą i gruchają lub przyglądają się sobie z zadowoleniem w stylu Ludwika XIV, na pewno można się dobrze czuć [s. 309].
Czy w podobnym tonie nie wypowiadał się Pan Woodhouse z „Emmy”?
Może Cię również zainteresuje:
- „Mamuta tu mam” Stanisław Tym 31/01/2008
- „Pełnia księżyca” P.G. Wodehouse 13/04/2009
- Bardziej angielski niż królowa 19/07/2010
- „Rebeka” Daphne du Maurier 06/01/2008
- „Dom w Riverton” Kate Morton 29/08/2009
- „Człowiek z Petersburga” (aka „Człowiek z Sankt Petersburga”) Ken Follett 10/02/2008
- Kabotyni i prowincjusze 21/05/2010










Zaciekawiłaś mnie tymi opowiadaniami.
Sprawdziłam on-line i są w paru bibl. ale dość
oddalonych, w tym jest jedna troszkę bliżej, która również ma ta pozycję.
TYmbardziej że sama nie przepadam za opowiadaniami ( ale coś weselszego chętnie bym poczytała).
Jedyne opowiadania które przeczytałam to :
„Tłumacz chorób” Lahiri ale były tego warte.
Może zbyt wiele Picoult nie przeplatanej niczym innym, dało się we znaki
i muszę odpocząć od
ciężkich tematów, które przecież tak przyciągają uwagę jeśli są dobrze napisane.
Przełom XIX i XX to również mój ulubiony:))))))))))))))))
Fajny tytuł, poszukam, bo też mnie zaciekawiłaś tą recenzją!
Judytto polecam twej uwadze Sakiego, opowiadanka są urocze. Z opowiadań, które przytrafiło mi się przeczytać bardzo podobało mi się jeszcze „Wszystkie boże dzieci tańczą” Murakamiego, na które trafiłam przez przypadek. Poza tym nie czytuję.
Padma: koniecznie :) Tym bardziej, że Ty Pani Anglistka :)
No ja też jestem zaciekawiona:) i już sobie zamówiłam:)
przypomniałas mi, ze gdzieś na pólce mam zapomniany zbior opowiadań Saki. Wyglada na to,ze weekend bedzie dobrym czasem na małe wykopaliska ksiązkowe;)