„Mamuta tu mam” Stanisław Tym
Pomimo mojej ogromnej sympatii do Stanisława Tyma, pomimo tego, że „Misia” widziałam kilkadziesiąt razy i praktycznie znam na pamięć, pomimo tego, że Tyma podziwiam – książka mnie rozczarowała. Krótko mówiąc – była taka sobie. Mało śmieszna, a właściwie dość nudna (pomijając kilka niezłych fragmentów, między innymi historię najnowszych dziejów Polski).
„Mamuta tu mam” z założenia miało być przekrojem przez (bardzo bogaty) dorobek satyryczny Tyma. I zdawałoby się, że będzie w czym wybierać. A tu niespodzianka, w moim osobistym odczuciu antologia przypomina zbiorek skompletowanych naprędce rysunków, dykteryjek, skeczy i jednoaktówek. Niby wszystko jest ładnie poukładane tematycznie, czyta się szybciutko, ale… gdzie w tym wszystkim podziewa się Tym, którego tak bardzo lubię? Ironiczny, zdystansowany do siebie, bezkompromisowy w obnażaniu absurdów PRL? Z „Mamuta tu mam” jest trochę tak, jak z „Rysiem”. Grzech przekombinowania. Chce się za dużo, ale nie wszystko wychodzi. Mam wrażenie, że Stanisław Tym nie do końca umie się odnaleźć w czasach post-PRL-owskich. Oczywiście z satyrycznego punktu widzenia. Dlatego wolę go pamiętać jako Misia aka Ryszarda Ochódzkiego aka Kaowca z „Rejsu”, niż autora „Mamuta tu mam”.
Czytanie nie będzie stratą czasu, bo dużo czasu lektura nie zajmie (ze względu na długość tekstów zamieszczonych w zbiorku polecam do tramwaju). Ale można sobie podarować.
Może Cię również zainteresuje:
- Ups… Ten post jest jedyny w swym rodzaju ;-)
















Panie kochany,
ta książka jest bardzo dobra i wyśmienicie pokazuje jak autor odnalazł się we współczesnych realiach. Jako jeden z niewielu potrafi połaczyć to co rozdzieliła w narodzie transformacja, w przeciwieństwie do satyryków co tylko bazują na tym co w telewizji usłyszą czy zobaczą.
Pozostaw swoj komentarz.