Ladies and gentleman: chciałabym ogłosić, że bezimienna główna bohaterka „Rebeki” to najbardziej ‘niedorobione’ stworzenie płci żeńskiej z jakim dane mi było się zetknąć w literaturze. I wcale mnie nie dziwi, że Daphne du Maurier nie nadała jej nawet imienia. I bardzo dobrze, bo imię tej nieszczęśnicy na wieki już zostałoby synonimem naiwności, bojaźni i bezradności totalnej w wydaniu wręcz patologicznym. Co nie zmienia faktu, że powieść czyta się całkiem przyjemnie. Choćby dla samej sadystycznej przyjemności obserwowania, jak służba zatrudniona w Manderlay wchodzi Bezimiennej na głowę. Poza tym „Rebeka” nie jest książką, którą można czytać szybko. To raczej typ powieści, z którą się powoli zaprzyjaźniałam i czytałam, gdy miałam ochotę sprawdzić co słychać u tej prostodusznej kozy.
Daphne du Maurier miała swoisty talent do wymyślania irytujących bohaterów. Zachowanie wszystkich głównych postaci złościło mnie mniej lub bardziej. Bezimienna – swą bezradnością i brakiem choćby krzty stanowczości. Właściwie nie rozumiem czemu aż tak łatwo dawała się manipulować. Jak bardzo wierzyła w swą poślednią, względem Rebeki, pozycję. I co gorsze nie chciała nic zrobić, aby poprawić swój status. Max de Winter mierził mnie tym swoim chłodem i introwertycznością. Był taki do bólu angielski. Zimny jak bryła lodu, tajemniczy i odgrywający (nie wiadomo po co) komedię pod tytułem: „Jak bardzo kocham Rebekę”. Pani Danvers – kreatura. Podstępna żmijka. Na miejscu Bezimiennej, w pierwszych słowach mego listu, pogoniłabym jej kota zwalniając ją ze służby. Pani van Hopper. Kreatura numer dwa. Wścibskie i aroganckie babsko bez dozy samokrytycyzmu.
Bardzo ciepło wspominam ekranizację Alfreda Hitchcocka z 1940 roku. Widziałam ją po raz pierwszy jeszcze w szkole podstawowej, na Polonii 1. Oczywiście z włoskim dubbingiem, ale kiedyś zupełnie nie zwracałam uwagi na takie drobiazgi. Z seansu zapamiętałam głównie wyjątkowo diaboliczną panią Danvers i scenę finałową [uwaga SPOILER] z płonącym Manderlay. Mniej więcej dwa lata temu ponownie obejrzałam film. Cóż, ukryć się nie da… trochę się zestarzał. O takich lekko już zwiędłych dziełach zwykło się mówić, że trącą myszką. Urocze określenie, choć nie do końca rozumiem jego etymologię (że dana rzecz wydziela woń zdechłej myszy?). „Rebeka” zdecydowanie trąci myszką. Chorobliwie nieśmiała Bezimienna nie przetrwałaby w cynicznej współczesności ani chwili, skoro będąc Panią de Winter Numer Dwa nie umiała poradzić sobie z szarogęszącą się gospodynią. A smutny wniosek, który nasunął mi się po lekturze: silne kobiety zwyciężają nawet po śmierci. Prawdziwej femme fatale są niezniszczalne.
Może Cię również zainteresuje:
- Nadobne oszustwo 25/07/2010
- „Morderstwo w Madingley Grange” Caroline Graham 08/12/2008
- „Trąbka do słuchania” Leonora Carrington 31/10/2009
- Niewarci lub siebie warci 10/01/2011
- „Trzeci człowiek” Graham Greene 29/09/2008
- „Panie z Cranford” Elizabeth Gaskell 28/03/2008
- „Zamczysko w Otranto” Horace Walpole 10/12/2007










Wiesz, ja tak się zastanawiam, czy przypadkiem „Rebeka” nie jest takim angielskim odpowiednikiem „Na ustach grzechu”? Bo w zasadzie ta druga pani de Winter ma cechy, które były cenione przez matrony. To taki przerysowany Kopciuszek, nie uważasz?
Pozdrawiam w poniedziałek :)
Myślę, że coś w tym musi być, bo ta nieszczęśnica to takie ucieleśnienie wiktoriańskiego ideału skromności podniesione do kwadratu.
Mnie również Rebeka się podobała a postać bezimiennej mimo wszystko nie irytowała aż tak bardzo.
No… Rebeka taka sobie, ale po przeczytaniu wstępu na okładce miałam wrażenie, że to będzie w jakimś dworze, w którym straszy coś w rodzaju Białej Damy. Bezimienna ujdzie w tłoku, ale mogłaby być jakaś bardziej dumna wobec służby. W końcu była panią de Winter, a tytuł zobowiązuje.
nienatko i właśnie dlatego miałam ochotę ją kopnąć albo chociaż uszczypnąć, aby ta wreszcie się obudziła, wyzbyła tej głupiej pokory i pokazała pazura ;-)
Droga Autorko, musisz pamiętać, że opowieść zawarta w „Rebece” jest przekazywana nam przez drugą panią de Winter osobiście. A zatem wszystkie fakty i zdarzenia są przefiltrowane przez jej umysł, jej lęki i jej marzenia, czyli mamy do czynienia z narracją niewiarygodną w stanie czystym. Co z tego wynika? Ano to, że Maxim nie udawał, że wciąż miłuje nieboszczkę Rebekę, to jego druga żona tak interpretowała jego zachowanie. Każda zmarszczka na czółku Maxima, każdy gest zniecierpliwienia, irytacji, niepokoju, każdy wybuch gniewu, był przez nią postrzegany jako objaw jego niewygasłej miłości do Rebeki.
A to z kolei wynika z ogromnej nieśmiałości drugiej pani de Winter, braku pewności siebie, wiary we własne siły i wybitnie negatywnej samooceny. Bo tym właśnie jest „Rebeka”, genialnym studium nieśmiałości i dojrzewania.
I zaręczam, takie osoby, jak druga lady de Winter, żyją również współcześnie, patrz ja, z konieczności jakoś sobie radząc ze światem. Poważnie mówię, kiedy czytałam „Rebekę” widziałam siebie w wieku lat dwudziestu z groszem, taka sama zahukana oślica, wypisz wymaluj. Teraz jestem trochę starsza i trochę twardsza, ale ciągle żyję.
no, cóż, Bezimienna rzeczywiście jest bardzo irytująca. Miałąm wielką ochotę kopnac ją w kostkę i wyjaśnić jej jaka jest jej pozycja w tym domu. Irytowała mnie, aczkolwiek przyznam, że „Rebekę” czyta się całkiem miło. :)