A dokładnie „Italczyk albo konfesjonał czarnych pokutników”. Tak kiczowaty tytuł może być zapowiedzą co najmniej dziwacznej treści. Ale podobało mi się i to nawet bardzo.

Powieść Radcliffe stała sobie na półeczce już od dobrych kilku lat. Kupiłam ją w moim ulubionym (i niestety już nieistniejącym) antykwariacie przy księgarni Zielonej Sowy, na fali zainteresowania powieścią gotycką. Wszystko to przez „Mnicha” M.G. Lewisa, którego w ramach zajęć z literatury czytałam z wypiekami na twarzy (dosłownie!) na pierwszym roku studiów. Spodobał mi się jego mroczny klimat, zawiła fabuła i, rzecz jasna, liczne pikantne świństewka i opisy bezeceństw wszelakiej maści. Tak, „Mnich” to klasa sama w sobie. Mam nadzieję, że kiedyś znajdę czas by przeczytać go raz jeszcze. Natomiast do przeczytania „Italczyka” zainspirowała mnie recenzja Danielle oraz, obejrzane nie tak dawno, „Becoming Jane”, w którym szanowna autorka kultowych podówczas powieści gotyckich objawia się we własnej, nieco zgorzkniałej, osobie.
Fabuły „Italczyka” nie sposób streścić. Zawiera w sobie wszystkie obowiązkowe składniki dobrej powieści gotyckiej: czarny charakter w mnisim habicie, dwoje niewinnych kochanków rozdzielonych przez los, występną markizę, stare opactwa, mroczne lochy i dużo, bardzo dużo tajemnic. Mówiąc krótko, w „Italczyku” mamy płomienny romans zaprawiony szczyptą grozy. Zaczyna się dość zabawnie: po kościele Santa Maria del Pianto przechadza się tajemnicza postać w czerni; zaintrygowani nią przyjezdni dowiadują się, że jest to morderca, który w kościelnych murach znalazł azyl: Przyjacielu (…) zabójstwa tak są u nas częste, że gdybyśmy nie okazali litości tym nieszczęśliwcom, miasta straciłyby połowę ludności [i pomyśleć, że Radcliffe w XVIII wieku nazywana była Szekspirem powieściopisarzy].
Akcja „Italczyka” oscyluje wokół dwójki młodych kochanków – nadobnej lecz ubogiej Elleny i, pochodzącego ze znamienitego rodu, Vivaldiego. Oczywiście rodzina młodziana nie popiera małżeńskich planów. Występna markiza do spółki ze swym spowiednikiem obmyślają więc intrygę, która raz na zawsze ma usunąć pobożną dziewicę… Będą porwania, zuchwałe ucieczki, pojedynki, wyjdą na jaw dawno skrywane tajemnice (także, ku mej niewypowiedzianej uciesze, te rodzinne), a także inne cuda, bo w „Italczyku” dzieje się naprawdę dużo.
Powieść Radcliffe odstręcza swoim napuszonym stylem. Poza tym jest napisana tak kwiecistym językiem, że czasem trudno w gąszczu pięknych, staromodnych słówek dopatrzeć się sensu czy też sedna. „Italczyk” nie był łatwy w odbiorze, ale gdy już się wgryzłam w egzaltowany styl, czytało się go błyskawicznie. Nie jest dzieło klasy „Mnicha”, ale na nowo rozbudziło we mnie apetyt na gotyckie romanse. Na pewno sięgnę po „Tajemnice zamku Udolpho”. Na półeczce czeka „Zamczysko w Otranto” Horacego Walpole’a. Nic nie może mnie powstrzymać przed zamieszczeniem próbki cudacznego pisarstwa pani Radcliffe (było nie było, nestorki powieściopisarstwa).
Vivaldi zawarł drzwi do swych apartamentów postanawiając rozważyć sprawę, jeżeli można użyć tego określenia, gdy namiętności górują raczej nad wysiłkiem rozumu. Kilka godzin biegał po amfiteatrze pokoi torturowany przypomnieniem Elleny, płonąc zazdrością, a także przestraszony konsekwencjami nieostrożnego kroku, który zamierzał przedsięwziąć. Wystarczająco dobrze znał usposobienie ojca i pewne cechy charakteru matki, aby obawiać się, że oboje zgłoszą stanowczy sprzeciw wobec małżeństwa, które zamyślił. Gdy jednak brał pod uwagę, że był jedynym synem, skłonny był żywić nadzieję na przebaczenie, mimo że tak ciężkie zgotuje im rozczarowanie.
Gdy Schedoni przeżuwał wściekłość na Vivaldiego, a Vincentino rozważał, w jaki sposób wynagrodzić zakonnikowi afront, który mu uczynił, markiza wróciła do pokoju. Spostrzegła na uczciwej twarzy syna ślady wzburzenia: cerę zarumienioną, a brwi lekko ściągnięte. Twarz Schedoniego odzwierciedlała wyłącznie dobrotliwość, tylko na młodzieńca spoglądał spod przymkniętych powiek. Te na wpół przymknięte oczy znamionowały zdradę lub co najmniej chytrość starając się ukryć podrażnioną pychę.
Duma jej jednak tak dotkliwie została zraniona, oburzenie sięgnęło tak głęboko, a żądza zemsty tak silnie rozgorzała, że umysł runął w odmęt wzburzonego oceanu, na którym straszne myśli grożą zdruzgotaniem reszty uczuć ludzkich.
I tak przez 500 stron ;). Nie jest to książka, która można z czystym sumieniem każdemu polecić. Współczesny czytelnik prędzej popłacze się ze śmiechu niż wystraszy. Jednak kwiecisty słowotok Ann Radcliffe, te jej karkołomne konstrukcje zdań (podziwiam tłumaczkę!), kiczowate opisy, mają w sobie coś pociągającego. Poza tym, zagłębianie się w meandry misternie ukutej intrygi, jest świetnym lekarstwem na jesienne chandro-słoty. Dlatego „Italczykowi” wystawiam 5 :)
P.S. A tu do przeczytania ciekawy artykuł o literackim gotycyzmie.
Może Cię również zainteresuje:
- „Zamczysko w Otranto” Horace Walpole 10/12/2007
- Tylko dla wielbicieli 16/09/2011
- Nadobne oszustwo 25/07/2010
- Mój dom moją twierdzą 18/06/2010
- Nie tylko zdjęcia 04/08/2010
- „Rebeka” Daphne du Maurier 06/01/2008
- „Pierścienie Saturna” W.G. Sebald 19/03/2009










Hi. I wish I could find a translation tool, so I could try and read your post in english. So far I have had no luck–do you know of one? I see you perhaps are reading Ann Radcliffe? I hope you like her. I really liked The Mysteries of Udolpho, but the book does have its faults. Still I found it a fun read (despite Emily’s many fainting spells). I would love to read some of her other fiction as well.
Dear Danielle :) I am afraid I don’t know any translation tool.
I really enjoy reading “The Italian, or the Confessional of the Black Penitents”. It was real fun. Also it wasn’t easy to read this novel. I don’t know how it looks in English, but Polish translation had a lot of old fashioned names of e.g. characters feelings. Of course I would love to read “The Mysteries of Udolpho” (especially after your review), but unfortunately I don’t have my own copy. I’ll try to find one in library.
no, ale jak było w Wiedniu?
Ja skończyłam w weekend „Czytając Lolitę w Teheranie” Azar Nafisi, teraz wzięłam się za „Białe Zęby”. Miłego tygodnia!
Świetna recenzja. Fragmenty, które zacytowałaś są wspaniałe! I od razu poniedziałek zrobił się mniej straszny :)
Chiaro, spokojnie wpis o Wiedniu będzie, czekam tylko na zdjęcia ;)
Inblanco: cieszę się bardzo, że mój wybór cytatów się spodobał, wierz mi nie było łatwo coś wybrać, bo cała książka jest właśnie TAK napisana. Naprawdę podziwiam talent tłumaczki, że w tych karkołomnych konstrukcjach zdań się nie pogubiła.
Intrygująca lektura lecz pewnie tj. piszesz nie dla wszystkich.
Miałam niedawno taki czas iż interesowały mnie stare zamczyska.
Czytałam „Mnicha” – bardzo mi się podobał (kiedyż to było… jeszcze w ogólniaku); z „Zamczyska w Otranto” nic nie pamiętam poza ilustracjami Szymona Kobylińskiego. Pani Radcliffe na pewno nic nie czytałam – takiego stylu nie mogłabym zapomnieć; dzięki za udostępnienie próbki :)
Mnie też kiedyś porwała „fala zainteresowania powieścią gotycką” :) Cieszę się, że napisałaś recenzję „Italczyka”. Może go odkurzę.