Od kilku dni przymierzam się, aby spisać kłębiące się we mnie emocje, które towarzyszyły lekturze tej niezwykłej książki. I jakoś trudno jest mi się wysłowić, trudno jest mi opowiedzieć o tym co czułam. „Austerlitz” Sebalda jest książką wybitną. Zasługującą na najgorętsze wyrazy uznania. Za mistrzowską formę i poruszającą tematykę.
Tytułowy bohater znalazł się w transporcie dziecięcym do Wielkiej Brytanii. Tam adoptuje go rodzina walijskiego kaznodziei. Chłopiec dopiero w szkole dowiaduje się o swoim żydowskim pochodzeniu, emigracji z Pragi, a także o tym, że jego (nie żyjący już) opiekunowie zniszczyli wszystkie dokumenty adopcyjne. Austerlitz od początku przybiera pozę outsidera. Czuł się obcy, nie przystający do surowego otoczenia, ale dzięki zdolnościom intelektualnym udaje mu się zrobić karierę w kręgach naukowych. Pozornie zapełnia to pustkę po utraconym życiu. Przypadkowa wizyta na jednym z londyńskich dworców kolejowych, działa na niego niczym proustowska magdalenka. Austerlitz zaczyna sobie przypominać swoją przeszłość, jeszcze sprzed II wojny światowej, zanim, jako pięciolatek, znalazł się na brytyjskiej ziemi. Powieść Sebalda jest o próbie odtworzenia przeszłości, poznania swoich korzeni, ale także o okrucieństwach wojennej machiny, bowiem pod pretekstem jednostkowych losów autor snuje swoje refleksje na temat bolesnych doświadczeń minionego wieku. Sebald nikogo nie oskarża ani nie usprawiedliwia (choć sam, jako rodowity Niemiec, miałby po temu predyspozycje), za to w niezwykle subtelny sposób relacjonuje podróż Austerlitz w głąb swojej przeszłości. Wraz ze swym bohaterem próbuje zrozumieć. Ale czy coś tak piekielnie okrutnego można ogarnąć rozumem?
„Austerlitz” nie jest książką łatwą. Ba, kilkukrotnie miałam ochotę rzucić ją w kąt i do niej nie wracać. Przez mniej więcej połowę powieści poznajemy bohatera, zdobywamy jego zaufanie. Warto się przemęczyć, bo jest to książka, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Nie daje spokoju, powraca w myślach. Jest jak rozdrapana rana. Niesamowita powieść! Literacka doskonałość, której się nie zapomni.
Może Cię również zainteresuje:
- „Wyjechali” W.G. Sebald 12/11/2008
- „Pierścienie Saturna” W.G. Sebald 19/03/2009
- „Czuję. Zawrót głowy” W.G. Sebald 30/04/2009
- Grzebanie w przeszłości 26/06/2010
- „Alibrandi szuka siebie” Melina Marchetta 11/01/2008
- Mekka powietrzników 14/07/2010
- „Afrykańska odyseja” Klaus Brinkbäumer 06/10/2009










Zaczęłam tę książkę i … ja ją rzuciłam w kąt. Ale w zasadzie jestem ciekawa Sebalda, tylko czekam na bardziej sprzyjające warunki. A po Twojej recenzji tym bardziej chcę przeczytać powieść _w całości_.
P.S. Zosik, nie wiem czy wiesz ale pada śnieg u Ciebie. Właśnie zasypuje mi ekran :)
Inblanco rozumiem Cię doskonale. Przez około 200 stron wciąż zastanawiałam się czy nie rzucić w diabły Sebalda, bo tak mnie irytowała narracja. Ale się przemogłam i nie żałuję. Faktycznie „Austerlitz” jako książka trudna wymaga sprzyjających warunków do czytania.
A co do śniegu – taki mały zimowy widget ;P
Ja również jestem w trakcie Austerlitz. I raczej nie rzucę, bo język mnie zachwycił od pierwszych stron, więc choć nie jest to łatwy tekst, to jest to przyjemna trudność.
Śnieg jest fantastyczny, podoba mi się:)
Wyostrze moje biblioteczne zmysły ;) Może uda się ją dostać.
Lektura dla wytrwałych, ale warto spróbować, bo na długo zapada w pamięć.