Pierwsza pozycja z wyzwaniowej listy już za mną. Na szczęście, bo prawdę powiedziawszy mocno mnie wymęczyła.
Na początek wyznanie: Uwielbiam czekoladę. W każdej postaci. W dużej ilości. Ale nie byle jaką. Rozsmakowuję się tylko w wyrobach najwyższej próby. Powieść Harris miała być niepoprawnie słodka i zniewalająco aromatyczna. A jest? Wyrobem czekoladopobnym. Mdłym i nudnym. Wiem, że i taki typ słodkości ma swych oddanych konsumentów, ale… ja do tego grona się nie zaliczam.
![]()
Kilka lat temu obejrzałam film wyreżyserowany przez Lasse Hallströma. Podobał mi się, nawet bardzo. Do dziś pamiętam sceny pokazujące wyrób czekoladowych specjałów. Ba, na samą myśl o nich cieknie mi ślinka do ust. By móc przedłużać w nieskończoność tą czekoladową rozpustę kupiłam literacki pierwowzór. Z przykrością muszę stwierdzić, że książka Harris jest nijaka, a jej opisy słodkich wiktuałów ani przez chwilę nie pobudził mojego łaknienia. Z praktycznego punktu widzenia nie jest to wcale takie złe (wszak pięć minut w ustach, całe życie w biodrach), ale z literackiego fatalne.
Pomijając tytułowe specjały, powieść Harris nie miała mi już zbyt wiele do zaoferowania. Historia jest po prostu nieciekawa. W czasie wielkiego postu do małego miasteczka na francuskiej prowincji, przybywa tajemnicza kobieta z córeczką. Remontuje starą piekarnię, otwierając w niej sklepik z luksusowymi czekoladkami. Kusi, kokietuje i odgaduje ludzkie pragnienia, mącąc wypracowany społeczny ład. Mieszkańcy dzielą się na dwa obozy: tych których uwiodła czekolada i tych, którzy słodkościom mówią nie. Na czele drugiej frakcji stoi ksiądz dewot – postać, która swym zachowaniem bardzo przypomina naszych rodzimych słuchaczy pewnego radia. Kobieta prowokuje duchownego, duchowny atakuje ją. Ich relacje przypominają mocno ugładzone dialogi kota z psem. Co gorsze, rację mają obie strony konfliktu. Co gorsze trudno jednoznacznie zdefiniować kto jest tu dobry, a kto zły. [Trochę mnie dziwi, że w naszym wspaniałym kraju, nikt do tej pory nie uznał powieści Joanne Harris za antykatolicką].
Ocena: 3/6 – tylko i wyłącznie ze względu na moje umiłowanie do czekolady.
Może Cię również zainteresuje:
- „Przystupa” Grażyna Plebanek 25/12/2007
- „Złodziejka” Sarah Waters 06/12/2008
- „Jedzenie: Rytuały i magia” (red.) Franz-Theo Gottwald & Lothar Kolmer 23/05/2009
- „Wampir z Ropraz” Jacques Chessex 08/02/2009
- „Zabić drozda” Harper Lee 11/03/2008
- „Rebeka” Daphne du Maurier 06/01/2008
- „Trzeci człowiek” Graham Greene 29/09/2008










Ja najpierw czytałam, a długo, długo potem widziałam film. I może dlatego podobało mi się i to, i to.
No ale przeciez ta czekolada to symbol-przyjemności. A ksiązka mówi o tym, ze całkowite jej wyrzeczenie sie do niczego dobrego nie prowadzi. Lubię Harris, lubię jej, lekko kiczowaty, przyznaję, styl. A najbardziej smakuje mi ta sczypta magii. I pochwała wolności.
Ach! Jaka szkoda! Nie czytałam książki, może to i dobrze, jak się przekonuję czytając twoją recenzję! Ale często bywa, że z marnej książki powstaje dobry film (patrz „Czekolada”, a dla mnie też z ostatnich produkcji „Godziny”), bywa też odwrotnie – recenzenci nie chwalą ekranizacji Marqueza. Ja mam natomiast kłopot z „Przepiórkami w płatkach róży”, film jest genialny, ale jakby nie z tej książki:)
Nie przeczytałam do końca. Ale film mi się podobał.
mbmm: niestety w moim przypadku kolejność była odwrotna :(
peek-a-boo: Zgadzam się, że „Czekolada” jest pochwałą wolności, ale tak jak lubię lekko anarchistyczny wydźwięk, o tyle ten u Harris mi się nie podobał; bunt był bezsensowny i pro forma.
patekku: też bym nie doczytała, ale wyzwanie zobowiązuje ;) Przeczytałam już „Moje drzewko…” jestem urzeczona, napiszę więcej wkrótce.
entelepentele: przez całe studia wbijano nam do głowy, że książki i ich adaptacje to osobne teksty i że nie można ich porównywać pod kątem „co lepsze”. Problem polega na tym, że trudno pisać o jednym w oderwaniu od drugiego. Ale zgadzam się, że z marnej książki można zrobić dobry film, podobnie jak najlepszą książkę można dokumentnie sknocić. Może też wyjść coś zupełnie zaskakującego jak w przypadku adaptacji „Kochanicy Francuza”. Ale skoro scenariusz napisał Harold Pinter nie mogło być inaczej. W ogóle adaptacje książek to temat na dłuższą bajkę, więc może na tym poprzestanę. Pozdrawiam!
Ja tez nie czytalam tej ksiazki, i bardzo dobrze. Film mi sie podobal, ale podejrzewalam, ze powiesc bedzie wlasnie takim mdlym ulepkiem – i chyba slawna jest tylko ze wzgledu na film, nawet okladki nie mogli wymyslec lepszej niz zdjecie z filmu.
a ja nie czytałam, za to film również bardzo mi się podobał…
Chiaro, Chihiro: szkoda czasu na czytanie „Czekolady”, ale film pod rozwagę ;)
Film był nice, a książki nie czytałem :P
Ale dla mnie CZekolada była doskonała. Najpierw widziałem film, a potem przeczytałem książkę i obydwie te pozycje przypadły mi do głustu i to całkowicie.
A bunt głównej bohaterki nie był bezsensowny. Chodziło o to, że nikt nie ma prawa dyktować innym jak mają żyć.
No i zaskoczyła mnie końcówka. i taki przewrotny -anty hollywoodzki, w stosunku do filmu, wydźwięk