„Czekolada” Joanne Harris

Pierwsza pozycja z wyzwaniowej listy już za mną. Na szczęście, bo prawdę powiedziawszy mocno mnie wymęczyła.

Na początek wyznanie: Uwielbiam czekoladę. W każdej postaci. W dużej ilości. Ale nie byle jaką. Rozsmakowuję się tylko w wyrobach najwyższej próby. Powieść Harris miała być niepoprawnie słodka i zniewalająco aromatyczna. A jest? Wyrobem czekoladopobnym. Mdłym i nudnym. Wiem, że i taki typ słodkości ma swych oddanych konsumentów, ale… ja do tego grona się nie zaliczam.

Kilka lat temu obejrzałam film wyreżyserowany przez Lasse Hallströma. Podobał mi się, nawet bardzo. Do dziś pamiętam sceny pokazujące wyrób czekoladowych specjałów. Ba, na samą myśl o nich cieknie mi ślinka do ust. By móc przedłużać w nieskończoność tą czekoladową rozpustę kupiłam literacki pierwowzór. Z przykrością muszę stwierdzić, że książka Harris jest nijaka, a jej opisy słodkich wiktuałów ani przez chwilę nie pobudził mojego łaknienia. Z praktycznego punktu widzenia nie jest to wcale takie złe (wszak pięć minut w ustach, całe życie w biodrach), ale z literackiego fatalne.

Pomijając tytułowe specjały, powieść Harris nie miała mi już zbyt wiele do zaoferowania. Historia jest po prostu nieciekawa. W czasie wielkiego postu do małego miasteczka na francuskiej prowincji, przybywa tajemnicza kobieta z córeczką. Remontuje starą piekarnię, otwierając w niej sklepik z luksusowymi czekoladkami. Kusi, kokietuje i odgaduje ludzkie pragnienia, mącąc wypracowany społeczny ład. Mieszkańcy dzielą się na dwa obozy: tych których uwiodła czekolada i tych, którzy słodkościom mówią nie. Na czele drugiej frakcji stoi ksiądz dewot – postać, która swym zachowaniem bardzo przypomina naszych rodzimych słuchaczy pewnego radia. Kobieta prowokuje duchownego, duchowny atakuje ją. Ich relacje przypominają mocno ugładzone dialogi kota z psem. Co gorsze, rację mają obie strony konfliktu. Co gorsze trudno jednoznacznie zdefiniować kto jest tu dobry, a kto zły. [Trochę mnie dziwi, że w naszym wspaniałym kraju, nikt do tej pory nie uznał powieści Joanne Harris za antykatolicką].

Ocena: 3/6 – tylko i wyłącznie ze względu na moje umiłowanie do czekolady.

Może Cię również zainteresuje:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Brytyjskie, Czytadło, Kobiece, Lekturki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „„Czekolada” Joanne Harris

  1. mbmm POLAND pisze:

    Ja najpierw czytałam, a długo, długo potem widziałam film. I może dlatego podobało mi się i to, i to.

  2. peek-a-boo POLAND pisze:

    No ale przeciez ta czekolada to symbol-przyjemności. A ksiązka mówi o tym, ze całkowite jej wyrzeczenie sie do niczego dobrego nie prowadzi. Lubię Harris, lubię jej, lekko kiczowaty, przyznaję, styl. A najbardziej smakuje mi ta sczypta magii. I pochwała wolności.

  3. entelepentele POLAND pisze:

    Ach! Jaka szkoda! Nie czytałam książki, może to i dobrze, jak się przekonuję czytając twoją recenzję! Ale często bywa, że z marnej książki powstaje dobry film (patrz „Czekolada”, a dla mnie też z ostatnich produkcji „Godziny”), bywa też odwrotnie – recenzenci nie chwalą ekranizacji Marqueza. Ja mam natomiast kłopot z „Przepiórkami w płatkach róży”, film jest genialny, ale jakby nie z tej książki:)

  4. patekku POLAND pisze:

    Nie przeczytałam do końca. Ale film mi się podobał.

  5. zosik POLAND pisze:

    mbmm: niestety w moim przypadku kolejność była odwrotna :(

    peek-a-boo: Zgadzam się, że „Czekolada” jest pochwałą wolności, ale tak jak lubię lekko anarchistyczny wydźwięk, o tyle ten u Harris mi się nie podobał; bunt był bezsensowny i pro forma.

    patekku: też bym nie doczytała, ale wyzwanie zobowiązuje ;) Przeczytałam już „Moje drzewko…” jestem urzeczona, napiszę więcej wkrótce.

    entelepentele: przez całe studia wbijano nam do głowy, że książki i ich adaptacje to osobne teksty i że nie można ich porównywać pod kątem „co lepsze”. Problem polega na tym, że trudno pisać o jednym w oderwaniu od drugiego. Ale zgadzam się, że z marnej książki można zrobić dobry film, podobnie jak najlepszą książkę można dokumentnie sknocić. Może też wyjść coś zupełnie zaskakującego jak w przypadku adaptacji „Kochanicy Francuza”. Ale skoro scenariusz napisał Harold Pinter nie mogło być inaczej. W ogóle adaptacje książek to temat na dłuższą bajkę, więc może na tym poprzestanę. Pozdrawiam!

  6. chihiro UNITED KINGDOM pisze:

    Ja tez nie czytalam tej ksiazki, i bardzo dobrze. Film mi sie podobal, ale podejrzewalam, ze powiesc bedzie wlasnie takim mdlym ulepkiem – i chyba slawna jest tylko ze wzgledu na film, nawet okladki nie mogli wymyslec lepszej niz zdjecie z filmu.

  7. chiara76 POLAND pisze:

    a ja nie czytałam, za to film również bardzo mi się podobał…

  8. zosik POLAND pisze:

    Chiaro, Chihiro: szkoda czasu na czytanie „Czekolady”, ale film pod rozwagę ;)

  9. phantasm83 FRANCE pisze:

    Film był nice, a książki nie czytałem :P

  10. werth POLAND pisze:

    Ale dla mnie CZekolada była doskonała. Najpierw widziałem film, a potem przeczytałem książkę i obydwie te pozycje przypadły mi do głustu i to całkowicie.

    A bunt głównej bohaterki nie był bezsensowny. Chodziło o to, że nikt nie ma prawa dyktować innym jak mają żyć.

    No i zaskoczyła mnie końcówka. i taki przewrotny -anty hollywoodzki, w stosunku do filmu, wydźwięk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>