Zawsze bowiem należy upraszczać

Georges Perec, zupełnie niespodziewanie, zirytował mnie w stopniu ponadprzeciętnym. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że to dziełko o objętości mikroskopijnej*, tak mikroskopijnej, że nazwanie go lekturą na jeden wieczór to grubsza przesada, bo to raczej czytanka na wieczoru ćwierć, albo i mniej, przysporzy mi tyle czytelniczego znoju, że będę czytała to w kawałkach, a między kolejnymi kawałkami zmuszona będę robić sobie kilkudniowe przerwy. Bo inaczej się nie dało. „O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę”, ten pozbawiony kropek szaleńczy potok słów, to nie książka na moje słaby nerwy.

Wbrew tytułowi notki, który pozwoliłam sobie zerżnąć z samego Pereca, w „O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika …” absolutnie nic nie jest proste. To koszmar, który narasta piramidalnie. Mamy oto bowiem szeregowego pracownika firmy-molocha z bliżej nieokreślonej branży. I ten skromny szeregowy pracownik chce poprosić o podwyżkę. Słowo „chce” jest tu kluczowe, bo od chęci do realizacji daleka, kręta i nieprzyzwoicie wyboista droga. Nieodzowny będzie spryt, cierpliwość i myślenie strategiczne. Na początek wypadałoby chociaż zastać kierownika w biurze, a to bynajmniej proste nie jest, tym bardziej, że taki kierownik w niemal każdej chwili może zatruć się nieświeżym jajkiem, zadławić ością lub zapaść na chorobę zakaźną typu odra, a w najgorszym wypadku wszystko to na raz. I broń boże nie próbuj usidlić kierownika w piątek. Piątek to generalnie fatalny dzień do załatwiania tego typu spraw.

Dzieło Pereca przywiodło mi na myśl „Zamek” Franza Kafki. W ogóle dużo tu z ducha Kafki, poczynając chociażby od, do szczętu zdehumanizowanego, przedsiębiorstwa, które ci płaci za to, byś odwiedzał jego rozmaite działy, składające się na całość lub część jednego z najpotężniejszych przedsiębiorstw w jednym z najważniejszych sektorów naszego najbardziej narodowego przemysłu. Obie książki w istocie opowiadają o  obsesyjnej próbie dotarcie do celu (u Kafki jest zamek, u Pereca podwyżka). Tyle, że ten cel w niepokojący sposób coraz bardziej się oddala. W  „O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika …” ów proces, ta pogoń za króliczkiem, przybiera monstrualne wręcz rozmiary, staje się orgią kombinatoryki i rachunku prawdopodobieństwa, co zresztą po części pokazuje schemat organizacyjny, którego fragment pozwalam sobie Wam zaprezentować.

A! Jest jeszcze jedna, dość zasadnicza, różnica między Kafką, a Perecem. Kafka był sieriozny do bólu. Perec – na szczęście nie.

„O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę”, Georges Perec, przełożył Wawrzyniec Brzozowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 94.

*75 stron, w tym obrazki, reszta to posłowie

więcej książek z serii don Kichot i Sancho Pansa
więcej Georgesa Pereca

 

Opublikowano Europa, Krótkie formy literackie, Lekturki, Literatura dowcipna, Piękna | Otagowano , , , | 7 komentarzy

Tylko dla wielbicieli

Ramota – niezaprzeczalnie, ale taka, że palce lizać, co równa się masie zupełnie niespodziewanej uciechy. Bodaj ostatni raz tak dobrze się bawiłam czytając „Italczyka” Ann Radcliffe.

„Róże i kapryfolium” niejakiego Paula Leicestera Forda to przykład książki, która zestarzała się dokumentnie, ale ten fakt (paradoksalnie) czynią ją tym bardziej atrakcyjną dla współczesnego czytelnika. Mamy oto bowiem epicki fresk z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, romans historyczny rzec by można, z nadobną i płochą panienką Janice w roli głównej. Panienką tak piękną, że wszyscy bez względu na poglądy, stan czy wyznanie wielbią ją i chcą posiąść (oczywiście jako żonę! Żadnych bezeceństw moi drodzy). Janice ma i rodziców – matkę dewotkę, która swą jedynaczkę najchętniej wydałaby za owdowiałego pastora z licznym przychówkiem i aroganckiego ojca, zwanego dalej Dziedzicem, wyjątkowo krnąbrną, konserwatywną i upartą kreaturę. Panienka wiedzie nudne prowincjonalne życie, a jej jedyną rozrywką zdaje się być gra na szpinecie (cokolwiek to jest) i ukradkowe czytanie powieści przygodowych. Do czasu, gdy we włościach Dziedzica pojawia się nowy pracownik kontraktowy, sprowadzony prosto z Anglii, zabójczo przystojny i bardzo tajemniczy Karol, który nie tylko zawróci w głowie niewinnej panience, ale i nie raz i nie dwa uratuje ją z opałów rozmaitego sortu. Bo Karol, jak wkrótce się okaże, bynajmniej nie jest prostaczkiem, za którego chce uchodzić, a w Ameryce, w przededniu walk niepodległościowych, będzie miał okazję nie raz zabłysnąć.

„Róże i kapryfolium” są okropne i znakomite zarazem. Fabuła jest okrutnie naciągana, nie wspominając już o tym, że kiczowata do cna, toteż, jak mniemam, dzieło zdzierżą i w pełni docenią tylko wielbiciele gatunku. Powieści nie sposób czytać na serio, bo powaga grozi tu co najmniej absmakiem, w najgorszym razie ostrym zatruciem. Poza tym, a trzeba to koniecznie dodać, to literatura na wskroś amerykańska, o czym P.L. Ford nie pozwala zapomnieć ani przez chwilę. Jest patetyczna i nie mniej patriotyczna, ale nie nudna. Nagłych zwrotów akcji jest tu co niemiara, rywalizacja o rękę Janice trwa do niemalże ostatniej strony, jest i czarny charakter i wojna, ale miłość i tak wszystko zwycięży.

Amen.

„Róże i kapryfolium” Paul Leicester Ford, przełożyła Janina Sujkowska, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 580.

Opublikowano Lekturki, Stareńkie, USA | Otagowano , , , | 7 komentarzy

Każdy jest winny

Oto rzecz godna najwyższej uwagi. „Wytępić całe to bydło” Svena Lindqvista, to książka – oskarżenie, która pozbawiła mnie wszelkich złudzeń na temat tego jak okrutny i wyrachowany może być biały człowiek.

Lindqvist, pochodzący ze Szwecji niezależny dziennikarz i podróżnik, stawia w swym reportażu – eseju intrygującą i odważną tezę: nazistowska polityka wobec Żydów nie wzięła się znikąd, rasizm i ludobójstwo nie są wynalazkami XX wieku, a Hitler miału wielu godnych siebie poprzedników. Sęk w tym, że o nich się nie mówi. Lindqvist nie jest reporterem śledczym, nie odkrywa tajemnic. Pisze o rzeczach znanych, choćby z lekcji historii czy „Jądra ciemności” Conrada, przywołując tytuł, na który sam autor chętnie się powołuje i z którego zaczerpną tytuł, bo Exterminate all the Brutus, to słowa padające z ust Kurtza. Lindqvist zbiera w całość ciemne sprawki dotąd celowo przemilczane, albo inaczej – interpretowane w sposób wygodny dla białego człowieka. Bo tak naprawdę to my wszyscy przyzwoliliśmy na to, aby na zbrodniczą politykę kolonialną XIX-wiecznych mocarstw, w imię której na siłę „cywilizowano” (czytaj: mordowano lub poddawano okrucieństwo najróżniejszego sortu) mieszkańców podbijanych ziem, spuścić zasłonę milczenia. Temat nie istnieje, podobnie jak znikały jeden po drugim narody eksterminowane przez białego człowieka z Zachodu.

Co w „Wytępić całe to bydło” w mym odczuciu jest najbardziej zawstydzające i odrażające, to fakt, że do prowadzonego bez mrugnięcia okiem regularnego ludobójstwa, usiłowano dorobić naukową teorię, znaleźć empiryczny dowód na (założoną z góry) intelektualną, fizyczną i kulturową niższość dzikich, których w imię postępu można, a nawet trzeba wyeliminować. Rasizm nie jest wynalazkiem dwudziestego wieku.

Reportaż Lindqvista to gorzka pigułka dla białego człowieka. To oskarżenie wymierzone w  zadowolonego z siebie, sytego i przekonanego o własnej wyższości Europejczyka. Każdy jest winny. Myślę, że lekturę „Wytępić całe to bydło” warto połączyć z „Witajcie w raju”. Jeni Dijelemans (nawiasem mówiąc również Szwedki) demaskuje w nim kulisy przemysłu turystycznego, który poniekąd jest kontynuacją ekspansji kolonialnej sprzed wieków. Współczesny kolonializm może i jest mniej krwawy, ale w istocie niewiele je różni.

Ty to już wiesz. Ja również. Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski. [s. 232]

„Wytępić całe to bydło” Sven Lindqvist, przełożyła Milena Haykowska, W.A.B., Warszawa 2009, s. 243.

Seria terra incognita

Opublikowano Lekturki, reportaż, Skandynawia | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Być może rozczarowanie roku

Przemęczyłam, wymęczyłam, skończyłam. „Uciekinierka” za mną. I to już chyba oficjalne – książka Alice Munro jest pierwsza w kolejce do miana rozczarowania roku.

Dla ścisłości – rankingu literackich rozczarowań nie prowadzę, raczej staram się szybko o nich zapominać. Nie jest to zresztą specjalnie kłopotliwe, bo należę do tych, którzy pamięć mają dobrą lecz krótką. Tyczy to się (stety-niestety) i książek, tych kiepskich również. Czy nazwę „Uciekinierkę” kiepską? Chyba jednak nie, ale przeciętną i owszem. A mój zawód wobec zbioru (nagrodzonego międzynarodowym Bookerem 2009) jest tym większy, bo i wiele sobie po opowiadaniach Munro obiecywałam. I jak to zwykle bywa z wygórowanymi oczekiwaniami  – na tychże oczekiwaniach się skończyło, a apetyt na opowiadania mocne, intrygujące i kunsztownie podane, takie, które pozostawią mnie z rozdziawioną gębą (dosłownie i w przenośni) nie został zaspokojony.

„Uciekinierka” to osiem opowiadań i pięć bohaterek w różnych momentach życia. Motywem przewodnim zbioru, co nie trudno odgadnąć, jest ucieczka. Sęk w tym, a w tym miejscu znów odnieść się muszę do mej kiepskiej pamięci, tuż po zakończeniu czytania nie jestem w stanie przypomnieć sobie niemalże żadnej historii ze zbioru. Z ośmiu tekstów dwa wywarły na mnie pewne wrażenie, zostały we mnie i zadały temat do przemyślenia. Bohaterką jednego z nich jest Robin, zamknięta w sobie marzycielka, postrzegana przez innych trochę jako dziwaczka, również ze względu na swe głębokie upodobanie do sztuk Szekspira. W czasie jednej z wypraw do Stradfordu na spektakl poznała Daniela. Mężczyzna szarmancko pomógł jej w niedoli, nakarmił, odprowadził na dworzec. Mieli spotkać się za rok, ale do spotkania nie dochodzi, z powodu który Robin pozna wiele lat później. To krótkie opowiadanie, na pierwszy rzut oka nieco łzawe i kiczowate, w gruncie rzeczy jest pięknym miniaturowym dramatem niespełnienia i samotności, rzeczą o niedopowiedzeniach, słowach, których boimy się wypowiedzieć i przypadku, który czasem decyduje o wszystkim. Żałuję, że pozostałe teksty nie są w podobnym tonie. To suche jak wióry opowiastki o małych życiowych dramatach. Ucieczkach fizycznych i duchowych. Planowanych i realizowanych, unurzanych w nudnej codzienności. Wewnętrznego napięcia, ba jakiegokolwiek napięcia, właściwie brak.

Lubię, gdy opowiadania zaskakują, tak, że aż dreszczyk przechodzi po plecach. Teksty Munro mnie nie zaskoczyły, albo inaczej, zaskoczyły mnie swą  nijakością.

„Uciekinierka” Alice Munro, przełożyła Alicja Skarbińska-Zielińska, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009, s. 392.

Opublikowano Kanada, Krótkie formy literackie, Lekturki, Piękna | Otagowano , , , , , | 7 komentarzy

Matki, które nienawidzą dzieci

Własne dzieci – koniecznie trzeba dodać.

Sophie Hannah jako kryminało- czy thrilleropisarka wciąż nie do końca mnie przekonuje, ALE ciekawość na równi z przekorą ciągnie mnie ku jej książkom*. „Na ratunek” okazało się wyjątkowo sprytnie wykoncypowanym i niekonwencjonalnie uformowanym czytadłem z dreszczykiem. Tak sprytnym i niekonwencjonalnym, że od grafomańskiego koszmarka (w wersji totalnej) powieść Hannah dzieli już tylko cienka czerwona linia, po której pisarka balansuje z wdziękiem dobrze wytresowanej, ups przepraszam, dobrze wytrenowanej bułgarskiej gimnastyczki. Tym razem udało się jej nie przekroczyć, choć nie obyło bez kilku irracjonalnych kawałków jakby żywcem wyjętych ze snu sfiksowanego erotomana. Czytało mi się „Na ratunek” nawet lepiej niż przesadnie melodramatyczne i niespójne „Przemów i przeżyj” (w którym, nawiasem mówiąc, taniej erotomanii było dużo więcej), choć nadal powieści Hannah nie mogę uznać za nic lepszego nad czasoumilacz do tramwaju, kolejki, pociągu, ewentualnie na leżak w ogrodzie (w dwóch ostatnich okolicznościach zresztą lekturę ostatnio uskuteczniałam).

Co mile zaskoczyło i potwierdziło słuszność mej czytelniczej intuicji, to konstrukcja powieści. Bowiem pani Hannah ma na thriller własny patent czy jak kto woli formułę**. Intryga „Na ratunek” ciągnie się niczym guma do żucia, to fakt, któremu zaprzeczyć niepodobna, ale ma to i swój urok i uzasadnienie. Akcja powieści toczy się w środowisku zamożnych matek kilkulatków, rozdartych między pracą, a (nazwijmy to) posługą wychowawczą i prowadzeniem domu. Autorka angażuje w fabułę szereg intrygujących postaci, wikłając je w śledztwo tylko na pierwszy rzut oka proste i oczywiste. Zmęczona znojem i udrękami macierzyństwa pełnoetatowa mama Geraldine popełnia samobójstwo, po uprzednim uśmierceniu swej jedynaczki. Na samobójstwo wskazuje dość lakoniczny list pożegnalny i dziennik denatki, z którego wynika, że od dawna cierpiała na depresję i szczerze nie znosiła córki. Sęk w tym, że nikt z jej rodziny nie wierzy w depresję Geraldine, ani tym bardziej samobójstwo. Kto w takim razie jej pomógł?

Finał – duże zaskoczenie, ale od meandrującego śledztwa, zabaw z tożsamością i paru innych wrzuconych do powieści dyrdymałów, mnie bardziej zainteresowała przemycona w „Na ratunek” ostra krytyka rodziny jako instytucji i macierzyństwa w ogóle. Hannah ujawnia mroczne strony rodzicielstwa, pokazując je jako niekończące się pasmo katuszy, udręk i mąk dla kobiet. Przekonuje, że nie każda kobieta na matkę się nadaję. Dla jej zamożnych bohaterek posiadanie dzieci nie jest dopustem bożym. To smutna przypadłość, obowiązek, który zmusza je do wyrzeczenia się siebie. Te kobiety kochają i nie cierpię swego potomstwa zarazem. Oddają im całą uwagę jednocześnie marząc o chwili świętego spokoju.

Ocena: ★★★★☆☆

„Na ratunek” Sophie Hannah, przełożył Piotr Kaliński, G+J, Warszawa 2009, 512 s.

* Nie można przemilczeć również czynnika ekonomicznego, bo „Na Ratunek” w Taniej Książce można kupić za jedną trzecią ceny z okładki, co nie jest kwotą znaczącą.

** To pachnie powtarzalnym schematem, ale przedwcześnie nie kraczmy. Poczytamy – zobaczymy

Opublikowano Brytyjskie, Kryminalni, Lekturki | Otagowano , , , | 2 komentarzy